czwartek, 22 grudnia 2011

Pazuzu to mój człowiek

Lokalizacja: Karczew, Polska
Zawsze o mnie pamięta, tylko on śle mi eski w urodziny i święta. Z szumnie zapowiadanego bicia zyciówki na Falenickim Biegu Górskim w zeszłą sobotę (jak z większości moich szumnych zapowiedzi) wyszły nici, udało mi się jedynie złamać godzinkę (fotkę na dole cyknęli po 1 pętli, oporządzonej w 13').
jeszcze przed najlepszą tego dnia kobietą
Niemniej jednak co się odwlecze, to nie uciecze, a ja, mimo braku odbycia obozu w Zakopanem (co zrobiło pół biegowo-orientacyjnej Polski) rosnę w biegową siłę! Wczoraj bowiem, na zaśnieżonej żużlowej bieżni wokół boiska LKS Mazur (które już niedługo zostanie zmapowane na potrzeby nowej mapowej produkcji, a ja przy tej okazji, rysując w OrienteeringCADzie całe swoje osiedle, postaram się zrealizować jedno z wielkich marzeń, żeby z dumą powiedzieć "mieszkam na mapie", co prawda sprinterskiej, ale zawsze!) wykonałem pierwszy raz od prawie 3 lat (luty 2009) trening pt. "8km BC2 po 4'01/km". Śmieszna dla co mocniejszych graczy prędkość, ale jakże ona mnie cieszy! Przecież od rzeczonego lutego nie byłem nawet przez chwilę na tyle silny!
Dzisiaj natomiast, w ramach dobrego prezentu, zrobiłem "dwadzieścia jeden na dwudzieste pierwsze", który to trening, z odpowiednią progresją, mam zamiar wykonywać do co najmniej 50tki! Zakręciłem taaaakie koło po mapie Anielin-Pogorzel, dystans troszkę ponad 1/2 maraton wyszedł, więc oficjalnie mogę potwierdzić nową życióweczkę na 21,097km: 1:38:59. Przy okazji (dzięki trenerowi Karolowi) wspomnę o dobrej bece, jaką zafundowali każdemu biegaczowi organizatorzy wiązowskiego 0,5maratonu: tutajNatomiast okres tuż po świętach-sylwester spędzę tradycyjnie (3 raz) w Sztutowie razem z szeroko pojętą mazowiecką kadrą. Plan prosty: 30km/dzień + użalanie się nad swoją marną formą + alkoholowe ekscesy.
Bez echa nie może także przejść zmiana loga blogaska. Upchnąłem w nim kawał życia oraz mojej unikalnej i niepowtarzalnej charakterystyki! Od jedynych Mistrzostw Świata, które widziałem na własne oczy i przebierania się na parkingu przy centrum handlowym, przez najlepszych ziomków, po pobiegowe piwka i cycki Kluchy. Nie zabrakło także miejsca dla (nieczynnego niestety) kamieniołomu, który szerszej publiczności raczej nie jest znany, ale ta węższa wie, że odkryto tam najstarsze ślady czworonoga (tetrapoda). 
Zmiany. Słowo klucz. Zmianom (i to ciągłym) ulega też lewa część blogaska. Dodałem link do prężnie działającej strony mego klubu (szkoda, że linku do mnie na niej brak), zrewidowałem polecenia godne, na bieżąco dodaję nowe blogaskowe produkcje (ostatnio indakitch.blogspot.com), a także weryfikuję swoje dane. W wielkim stylu zamierzam też powrócić na attackpoint.org, które kiedyyyyś spełniało funkcję miniblogaska - wahałem się pół roku z tym, bo głupot to tam dostatek, ale chuj (ma być bez wulgaryzmów) niech będzie.
Na dobranoc wypada życzyć sobie tempa w lesie nie wolniejszego niż solo w Whiplashu i co najmniej 366 dni dobrych treningów do następnych urodzin!

czwartek, 15 grudnia 2011

Ale ja, jestem, szczęście rozpiera mnie

Lokalizacja: Szczęśliwice, 01-001 Warszawa, Polska
Czwartkowy wieczór, tafla jeziora w Parku Szczęśliwickim leciutko skuta lodem, na starcie  2 etapu Warszawa Nocą stoi przeszło prawie 120 osób. Do historii przejdzie to później jako największy masowy start w Polsce w roku 2011. Pośród nich ja, bez teoretycznych szans na zwycięstwo, ale z ambicjami na top3 i sporym prawdopodobieństwem poetyckiego opisu tegoż biegu.
Historia rozpoczęła się równo tydzień temu, kiedy to zaopatrzony w mapę z 1 etapu zeszłorocznego "Szybkiego Mózgu" postanowiłem "rozpoznać teren" w oddalonym od mojego miejsca zamieszkania o około 10 minut biegu warszawskim parku "U Cyglera". Jak się później okaże, na nic się to zdało, bo wyzwania techniczne są tam żadne, ale zyskałem informację, ile brakuje mi do zeszłorocznych zwycięzców. 3 minuty. Znamienne 3 minuty.
Równo o 19:00 walka rozpoczyna się. Po kilkunastu metrach, wzorowany tymże filmikiem, na pełnym biegu piszczelem w ławkę postanawia przyjebać murowany faworyt, a mój klubowy kolega, Łobo. (Kosztowało go to zapewne zwycięstwo, bo minął mnie dopiero w drodze na 5pk, a ja dałem wtedy słowny wyraz swojemu ogromnemu zdziwieniu jego możliwym do narzucenia tempem, przyspieszenie porównywalne z F1!). Na 1pk, jak było spodziewane, wszyscy lecą na pełnej kurwie, cudowne uczucie. Wbijam razem z tłumem, 2-3-4 spokojnie, po czym staję doczytać, gdzie tera. Dookoła biegaczy full, spore zamieszanie, ale czołówka już uciekła. Po chwili formuję mini-tramwaik z Sokalem, ze zmiennym prowadzeniem trzymamy się do 17pk, po drodze mam niemałe problemy z rozwikłaniem zadanej przez budowniczego kolejności wbijania punktasów, to w sumie jedyne nawigacyjne zagadnienie tego biegu. Nabiegając na 7pk przez dobre 150m przed punktem biegnę pod prąd świateł, nigdy nie miałem okazji biegać nocnych zmian na Jukoli, ale to była chyba taka namiastka, uczucie świetne! Tuż przed 17pk, mając ustalony jedyny słuszny wariancik z prawej, wpadam na dość/naprawdę głupi pomysł, aby pobiec przeciwnie do trenera Darka. On z pewnym wahnięciem ciśnie od prawej, ja jadę z lewej, widzimy się przy 19, tylko, że ja mam jeszcze 18 do podbicia. Dalej daję z siebie ile wlezie, na 27 prawie doganiam Sokala i Igora (Piłkowski vs. Majewski 2:2 na razie), niestety potem aż do mety widzę oddalające się światła. Kończę ze sporą satysfakcją z dobrego ścigania, ale sporo większym niedosytem z otrzymanego biegowego wpierdolu. Jak się bowiem okazuje, do mistrza 2 etapu Warszawa Nocą, na co dzień zapalonego fejsbugowicza, a także mojego klubowego kolegi Kuby tracę owe znamienne 3 minuty. Na dystansie ~5km trochę za dużo, ale chyba akurat, jak na moje aktualne biegowe skilzy. 
Szybkie bieganie, szybko się wszyscy do domu zawinęli, "szybka piłka."
W sobotę falenicki bieg górski, mam do poprawienia chciałoby się napisać zeszłoroczną, ale ostatnimi czasy mają miejsce spore zawirowania czasowe i np. taka edycja 2012 zaczyna się w roku 2011, więc tegoroczną życióweczkę ustaloną na niebotycznym poziomie 39:30. 

środa, 30 listopada 2011

Damdiridamdiridiridaridej

Lokalizacja: Ochota, 01-001 Warszawa, Polska
Skoro chujem i kłamcą (choć nie dosłownie i bez nazwisk) nazwali mnie już nawet na jacekmorawski.pl, wypadałoby zacząć trzymać notkową formę ~2/tydzień. Nie wiem co prawda, jak będzie wyglądało to wyrabianie normy, ale fajnie wygląda to ~2. Realia są na pewno takie, że w tym tygodniu (a także w całym sezonie treningowym, który rozpoczął się w poniedziałek) mam już nabiegane 0km. Niestety, szybkie bieganie po asfalcie/kostce brukowej zdecydowanie nie wpływa dobrze na "kontuzje", więc prawe udo cały czas mnie troszkę pobolewa.
Tydzień po pierwszym, historycznym etapie pierwszej, historycznej edycji Warszawa Nocą ponownie odwiedziłem wschodnie okolice metra Ursynów, tym razem w celu wymiany trzystu złotych na buty do biegania w znanym sklepie jacekbiega.pl, jako, że prawie 2 lata użytkowania i nie wiem ile, ale pewnie miljard km poważnie nadszarpnęły moje dotychczasowe. Filozofia życiowa każe mi bowiem biegać w jednych butach do oporu, sprzedawca butów powie, że GDZIE TAM! PARA NA 1000KM! ale nie czuję się z tym źle. Ich foteczka po prawej, ostatnio nawet 2 etapy (czyli w moim przypadku 65km) GEZnO w nich trzasnąłem. [*]
Dzisiaj odbył się także pierwszy, historyczny etap trzeciej już edycji WNOF. Wrocław leży 6 godzin podróży koleją od Warszawy, razy 2 to 12, wyprawa jedynie w celach biegackich leży poza obszarem moich zainteresowań, wyprawa w także innych celach leży wewnątrz tego obszaru, ale aktualnie celów brak! Wyników na razie nie ma, więc internetowo poanalizować nic też nie mogę. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dzisiejszy wieczór, jak co wtorek, spędziłem ze świeżo upieczonym Mistrzem Polski w Biegu Po Schodach na siłowni+saunie. I tu spora ciekawostka, Łobo należy do tej mniejszości, która nie czytuje regularnie (ahaha przecież nawet noteczki nie są regularne) na bieżąco mojego blogaska!
Ruszyła także akcja "WUOC 2012" (dla mniej zorientowanych lub nie klikających w moje linki - Akademickie Mistrzostwa Świata w Alicante), ja, jak już wyżej napisałem trenuję hardo! ale piszę o tym, bo liczba chętnych jest naprawdę pokaźna i naprawdę ciekawie będzie podczas biegów kwalifikacyjnych. Dla mnie, chociaż patrząc trzeźwo pewnie się nie dostanę, są to główne i docelowe zawody sezonu.
Chciałem jeszcze, wzorem Morawskiego, przedstawić jakąś zawiłą, niezrozumiałą dla tych, którzy rozumieć nie mają, a dającą jedynie pole do rozmyślań historię, ale nic mi do głowy nie wpadło.
Co prawda sam dość często wcześniej próbowałem nawracać czytelników na dobrą muzykę, więc o wzorowaniu się nie ma mowy, niemniej jednak wzorując się na wero1318 na koniec pioseneczka. Masakrycznie jaram się ostatnio nie taką już najnowszą, ale co z tego, płytą pt. Demonologia świetnego przecież rapera Słonia. Słucham 24/dobę. I, co zwróciło moją uwagę, mało w niej wulgaryzmów. Jak ktoś dotrwa do refrenu, zrozumie tytuł pościka :)

poniedziałek, 28 listopada 2011

Walczyć i wygrywać!

Lokalizacja: Ochota, 01-001 Warszawa, Polska
Spokojna, leniwa wręcz niedziela (noc, 1:21, 28 listopada, prawie jak noc, 2:06, 26 lipca), robię różne studenckie sprawy na jutro, przy okazji czytam sobie najnowszą notkę Karola...to jest prawdziwy i regularny bloger...(ja niestety trochę pokłócony z przyciskiem nowy post jestem ostatnio, ale w głowie układa mi się pewien zarys bajkopisarstwa)...myślę sobie: może notka wtorek?...ale patrzę w linkach Jasinka◪...wchodzę poczytać, bo moja stopa tam jeszcze nie stanęła...pasjonująca lektura stylem przypominająca nieco inną produkcję rocznik 94...kółko myszki kręcone stopniowo do siebie...a tu nagle jeb! jak grom z jasnego nieba po prawej stronie jakieś fińskie znaczki + pogrubione Tamperelle. Klikam i zdziwieniu mojemu nie ma końca. Blogasek samej brązowej medalistki Mistrzostw Świata Juniorów z roku 2010! Działający od 2 miesięcy! Przepełniony naprawdę interesującą zawartością! A mi nic o tym nie wiadomo! Pozdrawiam Monika! Obejrzałem wszystkie fotki z jej wyprawy na Nordkapp, co skłoniło mnie do głębokich refleksji o życiu, "czemu nie mam takiego widoku z okna" itd. Sam nabrałem chęci do ruszania palcami na klawiaturze.
O GEZnO chciałbym napisać osobną noteczkę (lub szumnie "relację"), pewnie ukaże się ona około miesiąca po samych zawodach...Oprócz górskiego ekstremalnego, przez ostatni miesiąc działo się stosunkowo mało godnych wspomnienia rzeczy. W sumie to zmieniłem o kilka pikselików szerokość blogaska oraz postanowiłem promować na samej górze po lewej 2 internetowe produkcje: blogaska największej juniorskiej gwiazdy oraz fotoblogaska wero1318 :) Nie próżnowała za to orientalistyczna Polska, dominowały zakończenia sezonu mniej lub bardziej oficjalne oraz mniej lub bardziej przebierankowe, ja nie trafiłem na żadne, no cóż...
Natomiast ostatni tydzień przyniósł mi ogromną ilość 3 startów sprinterskich i 1 przełajowego w 4 dni. Tło wydarzeń zarysowało się około miesiąca temu, gdy założyłem się o grubą stawkę ze świeżo dzisiaj upieczonym Mistrzem Polski w Bieganiu Po Schodach W Górę Budynku Łobem (spore propsy!), który z nas okaże się lepszy podczas 1 etapu Warszawa Nocą. Naiwnie wierzyłem, że skoro w "prawdziwym" (chociaż może niepotrzebne te "" ?) bno, czyli w lesie ograłbym go biegnąc tyłem, to przy spodziewanej trudnej sprinterskiej trasce również będę lepszy. (Etap 2 zeszłorocznego Szybkiego Mózgu zdecydowanie nie należał do Łoba) Bliższe tło powstało w zeszłą sobotę, kiedy to w przejawie mądrości zagrałem w piłkarskim turnieju, co zaowocowało tym, że jakiś kolega wpierdolił mi się kolanem w udo, przez sobotę i niedzielę ledwo co chodziłem, a aż do wtorku sprawiało mi to ból. Przypomniało mi to, że z podobną kontuzją pt. "zbite udo" (albo jego czterogłowy mjensień) zmagałem się podczas O-Ringenu w roku 2006, kiedy to szczęśliwie zablokowałem nogę między kamieniami i spadłem na rzeczone udo ze skały. Naprawdę ciekawe uczucie, polecam. Przekonany o swoich sporych szansach, w przeddzień zawodów, zastosowałem doskonale znaną sprinterską metodę, a mianowicie dokładny spacer po całym terenie zawodów. 
W środę, 23 listopada, miałem niebywałą okazję wystartować w pierwszym, historycznym, etapie pierwszej, historycznej, edycji warszawskiego odpowiednika Wrocław Night O-Fight, czyli Warszawa Nocą. Zacząłem całkiem przyzwoicie, na 4pk oprócz błędu na wejściu zamarzły mi już wszystkie palce u rąk, na 11pk wybrałem zdecydowanie gorszy wariant, i przegrałem na nim 57", seria 12-14 przyniosła mi kolejne braki myśleniowe, wariantowe i czasowe, natomiast końcówka była bardzo dobra. Całkiem przyzwoity bieg, okraszony sporymi problemami z utrzymaniem dobrego tempa oraz 1'40" błędu przyniósł mi 9 lokatę i 2'43" straty do "niespodziewanego zwycięzcy". Szczególnie biegowo poznałem swoje aktualne miejsce w szeregu. Cykl WN rozpoczął się bardzo obiecująco, trasa technicznie naprawdę fajna, punkty bez lampionów prawie niewidoczne, ale może ze względu na sportowe niepowodzenie podobało mi się średnio. Wystartowała oszałamiająca liczba 159 osób, w tym delegacja z Łodzi. Bez żagla. Jako, że mój garminek postanowił skasować ten bieg z historii, mogłem 1 raz w życiu wykreślić przebiegi w paincie. Kolorów aż nadto. Nie zrobili mi niestety żadnej fotki, więc więcej załączników graficznych nie będzie.

Dzień później przyszło mi po raz już drugi reprezentować AZS UW, udo + lekko przeciążone dzięki niemu kolano dawały znać już od rana, więc, mając na uwadze nadchodzące 2 sprinty w sobotę, do przełajów postanowiłem podejść bardzo po macoszemu. Po raz pierwszy w historii Akademickie Mistrzostwa Warszawy i Mazowsza w Biegach Przełajowych zawitały do Rembertowa na były? poligon tuż obok AONu. Trasa 3,3km w 12:35. Uniknąłem nadmiernego przewentylowania i znamiennego dla mocnego biegania w temperaturach okolic 0 stopni kaszlu potem przez pół dnia. Następne przełaje na wiosnę. Dziękuję.
W sobotę los rzucił mnie do Nowego Dworu Mazowieckiego na Ogólnopolskie Mistrzostwa Polski UKSów, cokolwiek (pewnie hajs z urzędu) ta nazwa oznacza. Dojechałem tam koleją, co wiązało się z koniecznością obudzenia się gdy jeszcze ciemno za oknem. Frekwencja niestety nie dopisała, jak we środę, co niby nie dziwi, bo sam spodziewałem się jednowariantowych i prościuteńkich sprincików po osiedlach, z jakich Polska orientacja słynie, a nie wzniesienia się na wyżyny budownictwa tras. Z drugiej strony od razu widać, który klub ma lepszych marketingowców i speców od reklamy.
Od początku wszystko szło po mojej myśli. Prawie ostatnia minuta startowa, temperatura kilka stopni lepsza, niż w ostatnich dniach, brak opisownika. Na początku miałem małe problemy z lokalizacją startu, ale potem zapierdalanie jak siemasz! Niemniej jednak patrzenia w mapę było naprawdę sporo. Troszkę ostudził mnie 4pk stojący z innej strony płotu, niż nabiegłem, potem na 10 wariant nieoptymalny oraz 18 kółko mi zakryło alejkę. O właśnie, jedynie do nieumiejętności przerywania kółek i nie do końca fortunnego umiejscowienia numerków pk na mapie można się przyczepić, oprócz tego wszystko w jak najlepszym porządku. Wyzwania techniczne na wysokim poziomie. Trochę zacząłem słabnąć w drodze na 22, ale po chwili spojrzałem na zegarek (przed biegiem wiedziałem, że Igor biegał 15:50), wykrzesałem z siebie jeszcze kawałek i wygrałem 1 etap z przewagą 5". Fajnie. 2 godzinki przerwy m. in. na wytarcie gówna z butów i już byłem w szkole stanowiącej centrum 2 etapu. Start niby przyspieszony, ale i tak się opóźnił w wyniku problemów z rozstawianiem pk. Jako, że start był handicapowy, a ja miałem odpowiednio 5 i 32 sekundy przewagi nad następnymi Igorem Majewskim (w środę przegrałem z nim 30") i Bartkiem Nowakiem (obaj WKS Gwardia), pojawiło się miejsce na taktyczne przemyślenia. Niestety, zarządca szkoły nie udostępnił wewnętrznego dziedzińca dla celów rozgrzewki, co wymusiło przeniesienie całego startu na zewnątrz, a także popsuło koncepcję budowniczego, który 2 pierwsze pk ustawił tuż przy furtce. Miałem więc jako jedyny z kategorii okazję czytać mapę już na starcie, reszta wiedziała jak biec. No cóż, 5" nie okazało się problemem dla Igora i już na 3pk biegliśmy razem. Okazało się także, że te nie na czas rozstawione punkty nie mają aktywowanych puszek, więc co punkt mogliśmy radośnie kurwić. Trzymałem się z tyłu aż do 8pk, gdzie Igor postanowił sforsować łańcuchową barierkę bez skakania. Było to dość głupie, bo po chwili leżał na ziemi. Do 9pk miałem już 10-15m przewagi, jednak tu zaskoczyła mnie inwencja organizatorów, którzy wzorem Norwegów na WOCu w roku 2010  przegrodzili chodnik "płotem nie do przejścia". W tył zwrot i znowu goniłem. Dalej pk na dobrze znanej z OOM skrzynce elektrycznej, a potem naprawdę wymagająca sprinterska orientacja. Mając prawie cały czas kontrolę nad wydarzeniami wbijałem punkt za punktem, po 24 obejrzałem się dokładnie za siebie, nie było nikogo :) Tłum zaczął wiwatować, ostatnie 400m pokonałem przy ogłuszającym hałasie, zupełnie jak na MŚ. Jeszcze tylko chwila niepewności przy czytaniu chipa (a mi przypomniała się ta piękna cisza i wybuch radości podczas sztafet na tegorocznym JWOCu) i mogłem w spokoju odpalać pobiegowe piwka. Gdybym nie odbył w tym roku pielgrzymki do Bolesławca, byłby to najlepszy sprint roku. Przebiegnięte 5,1km i można tylko domniemywać, ile zajęło by to prawdziwym eliciarzom.
Wyniki (do zabawy w szukanie "płotowych" - czyli skaczących przez płoty)

niedziela, 13 listopada 2011

giezno

Lokalizacja: Łapsze Niżne, Polska
2 etapy, 7895km, 87:40h, 40005m przewyższenia, 5 skręconych kostek, 16 naderwanych ścięgien.
Wyzwanie na pewno nie na moje siły, ale pewnie niedługo wkurwienie przejdzie i urośnie we mnie chęć zawalczenia na GEZnO w roku 2012.
Notka jak z twittera albo statusu na fejssssiku, ale nastały takie czasy, że informować trzeba krótko i jak najszybciej (a najlepiej to przez mobile app for facebug), bo inaczej żadnych lubię to ani komentków, staram się nadążać za trendami!
A na serio to wpisik w dobrym od pół roku przecież już utrzymywanym stylu też będzie.

poniedziałek, 31 października 2011

Jesienna deprecha

Lokalizacja: Karczew, Polska
"Long time no blogasek", zdążyło się już nawet robić ciemno o 17, a opowieść o minionych 3 tygodniach tym razem rozpocznę od środka. Rezygnacja Piłkowskiego z MP longu odbiła się szerokim echem niestety nie odbiła się żadnym echem w orientacyjnym światku. Nic dziwnego, ale moja strata spora, bo może udzieliłbym wywiadu przed kamerą? Z biegania ~30km w ~180minut zrezygnowałem dość świadomie, bo i jaki sens miałoby do dzisiaj dochodzić do siebie albo okupić to większą/mniejszą kontuzją? Transcendentalne doznania i osiągnięcie wyższego poziomu świadomości zostawię sobie na za dwa tygodnie. Niewątpliwą zaletą takiego stanu rzeczy jest dokonanie przeze mnie książkowego roztrenowania i planowane rozpoczęcie hardego treno napierdalania kilometrasów już od aktualnego tygodnia. Mogłem także w kapciach oglądać pierwszą w Polsce próbę nadawania trakingu GPSa online z tychże mistrzostw, jakość pozostawiła sporo do życzenia, wyszło na pewno najlepiej w historii, a za pomysł wielkie brawa!
na linii startowej m. in. znany niespełniony hejter, Łukasz Krymo
W miniony wikend miałem niesłychaną okazję biegać 1 zmianę na mazowieckiej edycji Smalandskavlen, czyli Mistrzostwach Warszawy i Mazowsza w Sztafetowym Biegu na Orientację w Lesie Młochowskim. Wynixy tu. Brakuje mi nerwów do rozpisywania się o wszystkim, co można było poprawić w moim występie. Niejednokrotnie w trakcie tegoż "biegu na orientację" przychodziło mi na myśl nawiązać do klasyki Przemysława Mossakowskiego - i w kalamburowy sposób na mecie pokazać do czego nadaje się ta mapa. Była bowiem nadzwyczaj i niespotykanie marna, mógłbym śmiało podjąć wyzwanie robienia na niej zielonego i wycinek (a także ustawienia punktu nr 7) po pijaku i każdy to powie, Wisełka rządzi w Krakowie wyszłoby lepiej.
Po przyzwoitym (wygranym, a jak!) otwarciu, moi klubowi koledzy, bracia Wróblewscy spisali się zupełnie na miarę swoich możliwości i możemy szczycić się miejscem w top 4. Na medale przyjdzie czas w przyszłym roku. Chętnie bym opisał poszczególne pk i błędasy, ale najzwyczajniej w świecie nie pamiętam, co się tam działo, a ślad gpsa w połączeniu z "mapą" wcale odpowiedzi nie przynosi. Najlepsze jajca na 14, jak ktoś ma czas, to polecam sobie zrobić samemu ten kawałek w pliku .ocd na podstawie zdjęcia lotniczego i porównać. Parę fotek tam.


Dzień później (czyli wczoraj) postanowiliśmy natomiast z Kubą i Łobem (5 i 4 miejsce MP sprint przypominam) jebnąć trening pod GEZNO, czyli długie rozbieganie w terenie urozmaiconym. 120 minut i 21km może i "dupy nie urywa", ale cieszy oraz spowodowało, że boli mje wszystko dosłownie. Pierwszy od hohohohoho "wikend 30km"!
Dwa tygodnie wcześniej miałem natomiast niebywałą okazję wystartować w Pucharze Prawie Równych Czasów Puszek Mety albo UNTS. Mapa już nie wschodzącej, a świecącej jaśniuteńko gwiazdy polskiej kartografii - Jacka. Znając listę startową miałem prosty plan -  pewny bieg i pewne 3 miejsce. Pewny bieg postanowiłem wykonać lansowaną przez najlepszego biegacza naszych czasów metodą "full speed - no mistake", po polsku "na pełnej kurwie wjazd". Prawie się udało. Prawie, bo było to ciut za szybko jak na moje orientacyjne skilsy na pk 16 i 19. Przegrałem i to z kretesem oraz sromotnie. Powrócę 100x silniejszy na wiosnę! (chociaż chodzi mi jeszcze po głowie pomysł pt. "Nocne Mistrzostwa Łodzi", jednak raczej wybiorę "Zachlewanie Pały")



środa, 12 października 2011

Primo Victoria

Lokalizacja: Ochota, 01-001 Warszawa, Polska
Wybory wygrał Osama, z kaset straszy Obama? Tak rapował dobry i uznany raper. W każdym razie Osama "oficjalnie" od maja nie żyje (dowód śmierci całkiem przekonujący - klapek w wodzie), Obama odpadnie za rok, a u nas 
z tym, że karą tą niedługo będzie strzał z ostrej broni w tył głowy. I dług publiczny na każdego (37000000) po 20000 PLN i rabunek Funduszu Rezerwy Demograficznej na łatanie dziur w ZUSie. No ale, wiadomo, MNIEJSZE ZŁO. Tyle o "polityce", bo ani nie znam się na sprawach za dobrze, ani nie oglądam zbytnio TVNów24, więc nikt mi mózgu nie pierze. Mój krzyżyk się w każdym razie stosując aktualną nomenklaturę "zmarnował", a Nowa Prawica w skali kraju dostała około 150 koła głosów...
W zeszłą wikend miałem niesłychaną okazję wystartować w kompletnie darmowych zawodach w Orle (miejscowość Orło) nieopodal Ostrowii Mazowieckiej. Wygrałem, a jak. Jak łatwo obliczyć, po raz 1 w tym roku. Tamtejszy las nie zaskoczył, porost na mapie rzeczywiście był i to hardy, a organizatorzy, żeby nie było do końca tak banalnie, postanowili mapę (a więc i linie północy) wydrukować przechyloną o 15stopni w prawo. Mi przynajmniej dość poważnie utrudniało to trzymanie należytego kierunku i pracę z kompasem. Co ciekawe, już na 1pk strzeliłbym sobie w kolano nkla, przybijając nie swój pk w dołku niepodal mojego prawowitego. Dalej żadnych nie swoich punktasów nie widziałem, więc po 48' szczęśliwie bieg ukończyłem. Po drodze, konkretnie przed ósemką na mojej twarzy zagościł nieukrywany uśmiech, bowiem na 4minutki zgarnąłem trenera Karola. Wyjebałem się z radości natychmiast na pysk, jednak po chwili wstałem! Na uwagę zasługuje jeszcze pk numer 12, który to rozegrałem po profesorsku naobkółko. Przywiodło mi to trochę na myśl pierwsze zawody tego sezonu (i drugą noteczkę na tym blogasku!) w Obornikach Śląskich, gdzie budowniczy tras 2 razy nakazał zawodnikom borykać się z trudnościami przebiegu na kreskę przez pole. Abstrachując już od problematyki wariantów po drogach, zauważyć należy niedużą liczbę punktów kontrolnych, a więc i duże odległości między nimi. Zupełnie, jak przystało na klasyk (nawet rok temu biegałem we Szwecji we święta wielkanocne 8km z 8pk) i zupełnie nietypowo, jak na polskie standardy. Inne ciekawe spostrzeżenie to możliwość pokonania w uczciwej niebezspośredniej walce w lesie full lepszego biegowo, a trudniącego się ostatnio bieganiem w górę budynków po schodach, Łoba (znanego zawodnika OK!Sportu, 4miejsce MP Sprint 2011).
Ja w Orle byłem po raz 1, jednak w zeszłą zimę odbył się tam bieg "przełajowy", na którym obecnych było kilku orientalistów. Ich wspomnienia były jak najbardziej pozytywne, ponieważ organizatorzy zadbali wtedy o ognisko, kiełby, browarki, a nawet wódeczkę. Tym razem sytuacja powtórzyła się, wyłączając alkohol. Nieprzezornie nawet piwka po biegu nie przywiozłem ze sobą, więc na trzeźwo (chciałem napisać, że ostatni raz było od "wychowania w trzeźwości" daleko :)), ale zeszłoroczna edycja Limanowa Cupu nie była ostatnim razem) przyszło mi wyjść na podium, gdzie miałem okazję unieść ręce do góry w geście tryumfu. Nie zrobiłem tego jednak, ale ale następna okazja już w sobotę :) na highlighcie sezonu na prawie niebieganej dotąd przeze mnie mapie na potrzeby tegorocznych mistrzostw warszawy w średniodystansowym bno nazwanej Zagórze.
Dzisiaj też oficjalnie podjąłem się bronienia lekkoatletycznych/przełajowych barw swojej szkoły, czyli przyszedłem na trening AZS, pierwsza biegowa okazja już w przeddzień Gezna, 11.11.11. Po burzliwych saunowych rozmowach ustalone zostały też wstępnie składy na górskie ekstremalne przygody, więc już nikogo nie szukam. (Nadmienię, iż nikt się nie zgłosił ;(
Wracając na koniec do początku, czyli tytułu: will you jump with us? And will u madafakers sing with us? Through the gates of hell!
Komentkujcie, lubcie to i klikajcie hopelessy! Pozróóffeczki!

czwartek, 6 października 2011

32.48 i 32.51

Lokalizacja: Ochota, Warszawa, Polska
Takie są właśnie moje nowe oficjalne życióweczki na 10000m (pobite wiadomo przecież gdzie). Niestety nic bardziej omylnego. Są to moje, wyrażone w minutach.sekundach straty do zwycięzcy (Kowalskiego) biegów: nocnego i klasycznego w ramach tegorocznych Mistrzostw Polski. Nie ma co ukrywać, zadowolony nie jestem i to chyba główny powód błyskawicznego tempa pisania tej noteczki.
Nie będę się rozwodził, gdzie porobiłem 2', a gdzie 7' błędu, chociaż do takiego klasycznego wypisania 1-15", 2-1'30, 5-25" bardzo mnie ciągnie. Może następnym razem. Z ręką na sercu mogę natomiast napisać, że w życiu nie biegałem w nocy w tak wymagającym terenie (może i trochę losowe niektóre pk, ale i tak kto miał, to wygrał), nie raz i nie 2 się porządnie zakręciłem. Przestraszony zapewnieniami o krwiożerczych jeżynach postanowiłem po raz 1 uzbroić się w orientacyjne ochraniacze (takie na piszczele) - i poczuć PRAWIE jak szwajcarski kadrowicz (Hubmann moja miłość, wiadomo, zawsze sobie z nim fotki cykam). Muszę przyznać, że zupełnie się nie przydały i więcej w taki sposób ośmieszać się nie zamierzam. (Co do idola, to niespotykane zdziwienie na tych MP budziła moja "koszulka z autografem idola", chociaż dumnie noszę ją już od roku.) W każdym razie nocne zmagania zakończyłem nie dołączając do "klubu stu", marny powód do dumy.
Następny dzień przyniósł sprint w krzakowych okolicach Podzamczańskiego/Ogrodzieńskiego zamku. Wszystko ok, gdybym nie zdecydował się na bieganie w krótkich spodenkach. Był to błąd. Skałki wchodziły mi zdecydowanie łatwiej, niż w nocy, zaliczyłem kilka dobrych przebiegów, jednak także kilkoma chujowszymi zaprzepaściłem swoje szanse na cokolwiek tego dnia. Czarę goryczy przepełniłem, ku uciesze tłumu, nie wyczytując jak należy 14pk. Mogę się jednak pochwalić niebywałym osiągnięciem, a mianowicie truchtając przed startem odwiedziłem sklep i nabyłem piwka na po biegu, przez co jedynie 2minuty spóźniłem się na start. Niespodziewanie, dodatkowy sprincik wygrała gwiazda M16 - Krzychu Wołowczyk. 

fot. W. Jasiński (I. Karbowiak)?

Ostatni prawdziwy bieg MP w tym roku (long po płaskim to chyba jednak mimo wszystko trochę mało wspólnego ma z biegiem na orientację, lepiej jakiś pół albo i 0,7 maratonik strzelić) przyniósł ponownie wymagający teren (+łatwiejszą końcówkę na dorżnięcie) "zielonej jury", mam takie małe treningowe założenie, żeby za rok biegało mi się trochę przyjemniej w tamtejszych okolicach. 13,8km trasy oznaczało dla mnie przebiegnięcie 17, jak łatwo się domyślić zasilenie "klubu stu" i bodaj pierwszą przegraną w lesie z trenerem Karolem...eszzzz
Co ciekawe, niedużo zabrakło, aby na trasie minęło (na ile minut to spory wstyd) mnie wszystkich 3 medalistów, nie doszło do tego poniekąd dzięki mojemu zawahaniu przy przedostatnim pk. Co najmniej do wiosny zaczekamy więc na "młodego" mistrza w M21. 


Jako, że stosunkowo szybko odjechałem w stronę domu, nie dane było mi obejrzeć zakończenia, na którym oprócz Orientusiowego żagla (Haribo pozdrawiam :) nie zabrakło atrakcji , m. in. "zdziwienia Olejnika".



Aktualnie moim dalekim celem jest GEZNO ("klubowe zakończenie roku", może ktoś chce ze mną w parze?), jednak po drodze nie omieszkam wystartować w zawodach sezonu, czyli pierwszym od 2 lat Pucharze UNTS, a także, już w tą sobotę, w Ostrowi Mazowieckiej na mapie współautorstwa wschodzącej gwiazdy polskiej kartografii Adama Szmulindropsa. 
A i, jak pewnie mało kto wie, mieszkam aktualnie ok. 200m od swej szkoły, w DS 1 UW "Muchomorek" (jakby kto chciał wpaść, to ul. Żwirki i Wigury 97/99, dojazd z centrum stolicy autobusami linii 128, 175 i 504), co pozwoli mi dość często jadać w barze Kim Loan, gdzie zawsze można spotkać studenciaków z wydziałów Matematyki lub Informatyki i posłuchać/pokręcić bekę z ich wielce "uczonych" rozmów i mądrzenia się na naukowe tematy, o jakich zwykłym śmiertelnikom się nawet nie śniło. kmwtw :D
No, miejmy nadzieję, że w już w sobotę tylko na moim blogasku kolejna porcja hejtingu w dobrym stylu!  Komentujcie, udostępniajcie i lajkujcie! Pozdróffki!

czwartek, 22 września 2011

Ślimaczenie sportu

Lokalizacja: Karczew, Polska
Cała Polska pewnie teraz biega z lampą w lesie, a ja, jako, że oficjalnie otrzymałem żółtą kartkę za niepisanie, muszę troszkę popracować z moim, zapuszczonym nieco, ale i tak najbardziej pożądanym i, co tu dużo gadać, najlepszym orientacyjnym blogaskiem w Polsce :)
Najważniejsza sprawa - w wakacje ubolewałem trochę, że nikt nie anonsuje/propsuje moich mapowych treningów. Zmieniło się to diametralnie, naliczyłem już 2 takie przypadki tutu!
Mniej ważne - przez ostatni ponad miesiąc niewrzucania przeze mnie mapek miało miejsce aż nadto wartych publikacji zdarzeń, w tym najważniejszym, czyli ubiegłowikendowych Klubowych Miszczostwach Polski nie miałem okazji pozapierdalać z mapą (jak podali moi statystycy, opuściłem je pierwszy raz od września 2006, kiedy to osobiście dbałem, by nikt nie zawinął punktów). Prestiżową sztafetę pokoleń, a także ogólną klasyfikację po raz 1 w historii wygrał Orientuś Łódź, nooo wyniki mówią same za siebie, więc biadolenie o żaglu sobię daruję.
Od ostatniego czwartku do niedzieli miałem niesłychaną okazję przebywać w Żelazku, odbywając "klubowe techniczne konsultacje" :D przed MP razem z m. in. wrocławskim Śląskiem, którego zawodnicy, oprócz tego, że też mieli niesłychaną okazję przebywać z nami, to ich delegacja na KMP miała niesłychaną okazję wygrać wspomnianą wyżej sztafetę. No, może za rok.
Na mapach dookoła Żelazka odbywało się moje tytułowe ślimaczenie sportu (takie określenie zasłyszałem na Warsaw Orient Meetingu, o którym już niedługo, oznacza ni mniej, ni więcej, tylko marne skillzy (umiejętności po polsku) biegowe, ale stosunkowo dobre wyniki, bo reszta kategorii robi większe błędy, a kogo dotyczy w oryginale, to trzeba sobie samemu rozkminić - i nie chodzi o K18 na Mazowszu, bo wiadomo, że tam to elite orientacja i klasa światowa) - gałęziochy i jeżyny na pewno nie sprzyjają osiąganiu okołoświetlnych prędkości, a teren na MP nocne to już podobno prawdziwe hardkore (co potwierdzają parametry trati). Niestety, prawie połowa  z 6 mapek mi zginęła, a pozostałych 4 nie chce mi się dzisiaj skanować, więc graficznych załączników wyjątkowo nie będzie, niemniej jednak ślady giepeesa składałyby się głównie z zawijasów koloru czerwonego. W każdym razie trochę techniki złapałem, jbc na nocnych łapie mnie na 4 "Haribo" Charuba lub na 12 "Dwojadżer" Dwojak i dowożę się za nimi (taaa). Drugie niestety, że na pierwszym treningu doznałem potężnego jebnięcia gałęzią w prawy goleń, czego nieubłaganym skutkiem (według mej najlepszej kontuzjowej wiedzy) było lekkie przeciążenie lewego Achillesa po kolejnych treningach. Jak powszechnie wiadomo nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło :D, wiec w ramach jego odciążania wczoraj śmignąłem na rowerze do szkoły i z powrotem na tzw. obkółko, windując życiowy rekord km na rowerze na niebotyczny poziom 80. Zaznaczę, że rower jest taki sobie, opony wcale nie wyścigowe, Dupa boli.
Godne wspomnienia jest także moje bieganie z wcześniejszego tygodnia. Otóż odbył się Warsaw Orient Meeting, a na sobotnią część składał się sprint w znanym bynajmniej nie z wymagającej sprinterskiej orientacji warszawskim parku Arkadia. Tegoroczne trasy były na pewno lepsze od tych z roku 2008, a dla mnie na tyle trudne, że już na 3pk zaprzepaściłem szanse na podium. Wygrać z Mistrzem Świata i jego kolegą z klubu raczej by się nie udało, ale dobrze, że przybyli z niedalekich Pabianic, bo trenerowi Karolowi byłoby wstyd...W sobotni wieczór startowały też 2 z 7 zmian klubowej sztafety, mnie to z racji bycia zbyt starym minęło. Niedziela była natomiast dniem kończącym klubowe mazowieckie zmagania, zawody chyba najmniejsze w moim życiu, przypomniało mi się, że po wspomnianych wyżej KMP i MP we wrześniu 2006 ktoś tam biadolił, że biegał na lepiej organizowanych treningach we Sverige, ja na pewno biegałem na liczniej obsadzonych treningach i to nawet we Polsce. Oprócz tego przydałby się Igor Błachut, żeby, jak na JWOCu powiedzieć "emocje jak na grzybach", bo jakichkolwiek emocji naprawdę zabrakło. Po 3 godzinach na słońcu ruszyłem z 3-osobowej masówki (OK!Sport Warszawa i Victoria Józefów dysponują zawodnikami wybitnie nie pasującymi pod takie sztafety) powalczyć trochę. Dopóki trzymałem "plegier" Kuby było ok, potem się troszkę posypało. Mimo wszystko trudno znaleźć motywację do biegania sztafet o tzw. pietruszkę. Była to też bodaj najbardziej zakręcona trasa (na kawałku mapy wielkości A6), jaką w życiu przebiegłem, odbierając palmę pierwszeństwa E2 z GPPomorza z roku 2006.
Tak oto dobrnąłem do ostatniego akapitu opowieści, a mianowicie rozegranych na początku września na mapach z zeszłorocznych KMP w Białce Mistrzostwach woj. lubelskiego. Było to już ponad 2tygodnie temu, więc pamiętam jak przez mgłę, ale ułożyłem swoimi wynikami ciekawy ciąg pod postacią 2,3,4. Zapoczątkowany został tam mój pojedynek z Rafałem "Owczarem" Owczarkiem i mimo porażki w bezwzględnym czasie, wygrywam 2:1. Pierwszym z 3 biegów był sprint w stadninie, jeden z pk organizatorzy kazali odpuścić, żeby nikogo koń nie jebnął, mapa średnio dokładna, ale już wiedziałem (bo rok temu obiegałem, głupi), żeby na 2 jechać prosto, ale potem zapomniałem, że żywopłot na 7 jest dziurawy jak siemasz, tylko nie w miejscu, gdzie wymyśliłem przecinać. Przy okazji przypomniałem sobie o mojej zeszłorocznej fotograficznej pamiątce z KMP.
"zmęczony biegacz"
Po kilku godzinach przerwy zaplanowano masowy start biegu nocnego. A w nocy - wiadomo - o błędy nietrudno. Szczególnie przy bezpośrednim ściganiu. Szczególnie, gdy w terenie jest 17x więcej przecinek niż na mapie. Tak więc już na 1 zostawiłem główny tramwaj (Kuba+Owczar), a potem tyko dopełniałem dzieło, najlepiej wyszło mi to na 10. Sporą część trasy towarzyszył mi/ja jemu Kruku, na długim przebiegu dopadliśmy też Owczara, obu ich szczęśliwie wydymałem na końcóweczce, co pozwoliło mi stracić jedyne 15' i zająć marne 3 miejsce. Całe zawody zakończył dystans średni na kawałku mapy dokładnie tym samym, co rok temu, trafił mi się nawet 1 ten sam przebieg 9-10, wariant tegoroczny ściechą przez 2metrowe pokrzywy okazał się gorszy. Gorsze okazało się też moje czucie mapy, organizatorzy ponownie zaproponowali pk w największych śmieciach i pokrzywach (15), a całości dopełnił skok na ostatni pk ze skarpy, która jak na dłoni ukazywała lessową budowę całej okolicy. Piłkowsky-Owczarek 2:1!


Z obserwacji życia fejsbugowego wiem też, że Merzowi na WOCu zakrwawionego biało-czerwonego trykotu pozazdrościł Podziński na JECu, wyszło mu lepiej ;)


PS Czy znany i nieprzezemnielubiany Kuba "Prasnal" Prasał od około miesiąca jest chomikiem??? Tak wogle to fotky Kadry Mazowsza Juniorasów (ałtorstwa Japan Logic) z Francji z MŚ b. intrygujące, 4 lata temu najpierw 2 osoby za domniemanie wypity alkohol z tejże kadry wyjebano, a potem kolejne 2 również za domniemania "zawieszono". Ja akurat w 2007 roku odnalazłem koniec tęczy z garnkiem pełnym złota, więc miałem szczęście.


Zakończę, jak to ostatnio jest w modzie na nowoforum:
NIE BYŁO SRAJTAŚMY W TOJACH!!!! GDZIE MÓJ DYPLOM????
Bez pozdrowień,
Tadeusz Piłkowski

wtorek, 30 sierpnia 2011

Ciężkie czasy

Lokalizacja: Trypolis, Libia
Zdecydowanie straszliwie zaniedbałem ostatnio blogaska, przyczyn takiegoż stanu rzeczy jest kilka, a na pewno moje ostatnie (GPP oraz CVČ) wyniki nie pomagają...Za chwilę początek roku szkolnego, a u mnie cały czas środek sierpnia.
Byłem świadkiem/uczestnikiem wielu ciekawych wydarzeń w ostatnich dniach, trochę mapek  mam jeszcze do zeskanowania, więc notka następna będzie obfita co najmniej, jak róg objętości. Zdążył, i to dawno, się już skończyć francuski WOC, gpsa ze sztafetowych dokonań kobiet poleca chyba każdy, nie będę gorszy. W międzyczasie do krainy borówek w lasach wylecieli Gajda&Morawski, dzięki czemu, ku mojej radości, z Tampere notuję ostatnio sporo odwiedzin, smuci mnie natomiast, że liczba ta znacząco przewyższa kilka polskich miast, np. taki Wrocław...Niby pożądany "bloger" ze mnie, ale do hasła "Wykaż się w lesie" nie bardzo się stosuję, więc i mało kto poważnie traktuje mego blogaska. Czas najwyższy to zmienić!
Co do treningu, zauważyłem, iż tzw. Kadra Mazowsza Juniorów miała praktycznie całe wakacje zaplanowane zawodami/bieganiem na orientację - więc jesień może zdecydowanie należeć do mazowieckich juniorów? Na razie umiem jedynie z wyników odczytać, którego dnia miało miejsce największe zachlewanie pałki, kto mógł złapać rotawirusa, kto próbował forsować bagno nie do przejścia, kto na pewno nie jest zadowolony ze swojego biegania, z kogo beka, bo jest wieprzem itd. A właśnie, wczoraj podobno miały miejsce oficjalne obchody 18 urodzin Zuzanny Kubickiej, chyba mnie pominięto przy zaprosinach...Odnotowałem także, że Kadra Mazowsza na zawody towarzyszące mistrzostwom świata, w terenie, o jakim nikt, kto tam nie był nawet nie śnił, postanowiła wysłać najbardziej doświadczonego trenera bno, który przecież około rok temu "zszedł z orientalistycznego drzewa", czyli odważył się biegać nie po ścieżkach.
Innym powód, z którego zwlekam z opisem Grand Prix Polonia, to fotografia mnie razem ze znanym spikerem i prezesem Łukaszem Charubą wykonana tuż po E2, czyli sprincie. Jak wiadomo, łódzki klub prosto ze stolicy Karkonoszy wybrał się na Hungaria Kupa pod samą granicę rumuńską. Miały tam miejsce dalsze cyrki związane z dekoracją i ich żaglem, proponowaną przeze mnie sektorówkę na razie zastąpił banerek, ale wszystko idzie w kierunku pokaźnych opraw w przyszłości. W każdym razie wspomnianego wyżej zdjęcia nie odnalazłem w "orientusiowej" galerii z GPP na znanym serwisie picasaweb.google.com, nad czym niezmiernie boleję , a także nie mam czym okrasić pięknej noteczki.
Na koniec, o ile ktoś jest szkolony w ruskiej mowie, taka oto niespodzianka, której niestety nie dane było dotrzeć na moskiewskie Łużniki. 

środa, 17 sierpnia 2011

Dobry sierpień, dobre życie


Biegałem w ostatni wikend na Dolnym Śląsku, tuż przy granicy z Czechami - w Jeleniej Górze - na Grand Prix Polonia. Rozpiszę się przy okazji publikacji map, ale zawody maaaarniuuusieńkie i typowo na zarobienie tzw. hajsu nastawione. Moje występy śmiało można natomiast porównać do występów naszych kadrowiczów na WOCu. To znaczy, jakby do stolicy Karkonoszy zjechali Japończycy, Koreańczycy z Północy, dziadek z Holandii, Turasy, Hong-Kongi, Grecy i US and A, to bym się uplasował w połowie stawki.
Ale nie o tym chciałem dzisiaj, w dzień "Long F". Natknąłem się mianowicie w domu na takie oto pismo:
bez daty, ale za pomocą metody węgla C14/C12 komentków wydatowane na lata 1976-1977 rok 1978, a przytaczając je, oprócz niewątpliwej wartości pamiątkowej, chciałem zwrócić uwagę na akapit nr 2 od końca. Mi to jak siemasz przypomina dzisiejsze promocyjne zapewnienia o zielonym sporcie(.pl) itd. Tylko, że wtedy ok, nie każdy mógł słyszeć o BnO, natomiast dzisiaj minęło ~35lat. A sprawa ma się tak, że kto ma na oriętacje biegać - już to robi, a żadne promo akcje nic nie zmienią (minęły 3 miesiące od sławetnej CPBzM - ile nowych osób akcja ta przyciągnęła? Na palcach swoich rąk, o ile nie jednej policzę.) Przecież kiedyś w woj. małopolskim za czasów wojskowych nawet TV przyjeżdżała na promocyjne zawody, przecież w stolicy na "szkolnych" bywało po 700? dzieciaków. Nie przyciągnęło ich - to tym bardziej KOsprint albo 72 kamery w lesie, czy też kosze do segregacji odpadów i  zapowiedź w lokalnej internetowej tv tego nie zrobią.
Promować i reklamować to można proszek do prania, pigułki na ból łba albo marne piwo, prawdziwe rzeczy, a tym bardziej niepowtarzalny sport powinny bronić się same.
No, stanowisko gotowe, zara lecimy z mistrzostwami.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Keszitsen kepet onmagarol

Lokalizacja: Karczew, Polska
ja+zamek w Chęcinach
Prawie zgodnie z niedzielną zapowiedzią, w przedprzeddzień WOCa (którego niestety nie dane mi obejrzeć na własne oczy w tym roku) oto najbardziej wyczekiwana noteczka roku!
Zaczynając od początku, czyli od dzisiaj, trzeba cofnąć się około rok wstecz. Wtedy to, chyba, w czasopiśmie "Bieganie" przeczytałem artykuł o jakimś brodatym Amerykaninie, który biega "naturalnie", na boso, w dżungli, bez zegarka, gdzie nogi poniosą itd. Trochę mnie to zainspirowało, niektóre "postulaty" postanowiłem nawet wprowadzić u siebie. Oczywiście z butów jeszcze nie wyskoczyłem. Szło mi to dość średnio, bo 1. nie dysponuję specjalnie ciekawym i niezbieganym lasem w okolicy 2. nie byłem na tyle mocny, żeby pozwolić sobie na 2h rozbiegania "przed siebie". Aż 17 lipca tego roku wylądowałem w woj. świętokrzyskim, a konkretnie w Bocheńcu, by razem z ponad połową swojego roku doskonalić geologiczne skilzy, otłuc wszystkie napotkane skały (głównie full ciekawe peliciaki-"wapienie pelitowe") młotem, wyzbierać trochę odcisków albo i muszli martwych od co najmniej 150mln lat zwierząt morskich, ale, co najważniejsze, zastać tam jak najbardziej dziki las oferujący miłe przewyższenia. O tym, co parę dni temu - zaraz, na razie dzisiaj.
niby droga, a tu jezioro
Jako, że po 3 tygodniach dobrego zachlewania pały (największe hity to Ruda na Trawie Żubrowej mmm i Barmańska - czuć tanie wino, ale ale ale 6,97zł/0,5 l/21% =najlepszy na świecie stosunek cena/jakość) i wyciszenia wróciłem pełen życia, energii, z jak najbardziej świeżym spojrzeniem i pozytywnym bagatelizowaniem każdego problemu, bardzo przypomina mi to stan tuż po feriach/zimowym obozie. Tylko, że teraz pada deszcz, a wtedy śnieg. Postanowiłem więc wykonać dość podobny trening "progresywne (ale nie do porzygu) 17". 17, bo tyle lat ma przecież najmłodszy tegoroczny mistrz świata juniorów w biegu na orientację, a także każdy urodzony w roku 1994. Nawet punkty tej "wycieczki" były podobne do lutego - jeziora. Tylko, że wtedy zamarznięte, a ja zdobywałem ich środki, a teraz jak najbardziej odmarznięte, za to jedno nowe w okolicach bunkrów na Dąbrowieckiej Górze (mapa Pogorzel) - powstałe na terenie normalnie bez żadnych cieków/zbiorników/niepodmokłym. A jako, że doszczętnie zatopiony został również rów antyczołgowy z czasów II WŚ, głębokość tego zbiornika dochodzi podobno do 5 metrów! Molesta (ewenement!) na skalę lokalną. Hydrolodzy mają ciekawy rok. W każdym razie do zajezdni zjechałem po miłych 75minutach.


a zakończenie jak w F1
Miesiąc temu miałem dwukrotną przyjemność biegać w Kaszebe O-Cup, nie zawalczyłem tam za bardzo, w pierwszym występie popisałem się podbiciem złego 1pk, Piłkowsky i nkl to jednak żadna norma (no chyba, że to GPM i puszki mnie nie lubią), więc średnio się ucieszyłem, szczególnie, że mogłem pokonać znanego na Pomorzu nie tylko z łapania wbiegających na metę, bo triathlonistę, blogera i byłego orientalistę Piotra Suchenię. (Mapki są tak marnie wydrukowane, że na skanach już kompletnie nic nie widać spod warstwic, więc już trochę tradycyjnie odpuszczę sobie przebiegi...)Następnego dnia, po eliminacjach biegu średniego, dostałem dobrą propozycję zostania jednym ze spikerów, jednak coś się nie sprawdziłem w tej robocie, może jeszcze mój czas w tej profesji nadejdzie! Podczas ostatniego, 4 etapu, zmarnowałem wszystkie szanse na rehabilitację, miotając się mocno po mocno wydeptanym lesie oraz nie wykręcając najlepszego finiszu. No cóż, przynajmniej dobra najebka na maksymalnie wesoło mi się udała na bankiecie. Tej koszulki miałem nie publikować, ale już się doprała i chyba zasłużyła.
pozdrówki z bankietu!
czy w Czechach też miewają
zawieszenia za piwka?
PoJWOCowy tydzień spędziłem 4x na mapie, co prawda 3x był to Meran i 2x trasy z majowych nocnych mistrzostw, więc znane pk, ale treningi na mapie jak wiadomo najlepsze i zawsze spoko, więc zawsze coś! Po 2 "odgrzanych kotletach" nadszedł czas na najlepszą i doczekującą się właśnie aktualyzacji? mazowiecką mapkie - Radość, w wersji bez dróg i z gwiazdą Dawida. Walnąłem kilka błędasów, w tym 2' na 13 oraz, mimo najszczerszych intencji, jednak nie trafiłem w 15. Mapową serię zakończył Meran, w wersji także bez dróg, ale za to z rwącym potokiem w miejscu suchego rowu między 4 i 5, forsowałem go dwukrotnie tuż przy zbudowanej przez miejscowych tamie z worków z piaskiem. Dobre jajca z wodą w tym roku. Tradycyjnie minąłęm jeden pk - tym razem nr 9 - typowy równoległy błędasek oraz pogrubiłem na czerwono kawałek śladu gps - przed 5 (na Radości za 10) - jak ktoś zgadnie, co się tam działo, to legitymacja Scotland Yardu już czeka :]



Następnie ja wyjechałem kopać! kopać! (warto tu wspomnieć o mojej ulubionej produkcji filmowej pt. "Kapitan Bomba" - mało wulgarny i bardzo poważny humor, polecam z całego serca obejrzenie wszystkich odcinków! a potem wypowiadanie się za pomocą cytatów!) a reszta orientalnej/orientalistycznej/orientacyjno-sportowej, ja jebe, jak ta "orientacja sportowa" głupio brzmi! Polski w jakże wymagające technicznych przygotowań płasko-zielono-okopowe tereny okolic Nowego Dworu Mazowieckiego. Zaczęła się, już w tym roku ostatnia? :) (co roku chyba ta śpiewka) olimpiada młodzieży. Young guns, czyli młode strzelby z Victorii Józefów, czyli Basia+Marysia pokazały trochę, na co je stać! Jasne, że mogło być 2x lepiej, ale moje gratulacje! I żeby nie było, że bez propsów - PROPSIKI Oczywiście po wszystkim zapozowały do foteczek z uniesionymi kciukami :)
Ale highlightem eventu Ciekawe okazały się też sztafety i awans Krzycha Wołowczyka na 3 zmianie z 389234? albo i 389235 miejsca na 2. Jak metro. Nadmienię też, że powstała ostatnio całkiem fajna i przyjemna strona warszawskiego UNTSu, unts.waw.pl. Ale highlightem eventu (tak, tak, idę z duchem czasu i angielskie słowa muszą stanowić o sile pisanej wypowiedzi)* okazała się współpraca z firmą Rikaline i planowany 1 raz w Polsce ONLAJN STRIMING TRAKINGU GIEPEESA, który wcale nie był online, moje zapytanie o niego, jak każdy średnio wygodny post na forum przeszło bez echa (vide Morawsky i punkty w stajni na KMP we wrześniu 2010) a działanie (wnioskuję z jednej załączonej fotografii, więc może się mylę?) zostawiło trochę do życzenia, więc żadna moja za monitorkiem strata :)

o tu, dookoła i po szczycie
Czubatki i Bolmińskiej
głównie kręciłem km 
pozdrówki z fontanny
W przerwach od studiowania zrealizowałem w Bocheńcu kilka treningów, nacisk kładąc na 
wytrzymałościowe przygotowanie do 2 części sezonu, było tego 2 mikrocykle i po powrocie domknąłem kolejny mezocyklik. Ojoj, teoretykiem sportu to być nie umiem...W każdym razie w terenie wprost stworzonym do tego "naturalnego biegania" przed siebie i ile sił w nogach trzaskałem sobie przyspieszane lub nie wybieganka lub podbiegasy lub zabawy biegowe po wąziutkich i zawalonych gałęziochami ścieżkach oraz raz śmignąłęm w niebywałym deszczu 26 lipca 40km po asfalcie na rowerze z oponami przeznaczonymi do zjeżdzania w lesie, 3razy ze sporej górki rozpędzając się do ponad 50km/h!, ustanawiając swój niebotyczny rekord życiowy 53km/h! i cykając sobie fotkę z w ogóle nie widzianym podczas tego kursu zameczkiem. Parę km wpadło w nogi, raz się nawet troszku pogubiłem i domknąłem 1/2-maraton w 1:50. 30/dzień nie wyszło, więc może nóg nie połamię albo się nie zajadę w przyszłości najbliższej. Pozdro trenerze Karolu!
ja+kłm Ostrówka
na szczycie Miedzianki, 354m n.p.m.
Po powrocie czekały mnie tony analiz (jednak bez tomów papieru, czy może na odwrót?) biegowych dokonań orientalistycznej braci, wyszedłem z tego zwycięsko, a najbardziej na + zaskoczył znany Rafał Owczarek w XXI Biegu PW.
Jak już pisałem, "lipcowe" przygody zakończyłem 6 sierpnia, pokonując autem trasę Anielin-Metro Wilanowska-Karczew w 72minuty, wrzuciłbym jakies fotki z 18 Asi/Kozy, ale najwyraźniej nie dla moich oczu są one.
No, jak w tytule, keszitsen kepet onmagarol i czem prędzej na fejsbuga!


*Głupie żarty oczywiście, nigdy nie zejdę na psy! - oczywiście nie oznacza to, że nigdy nie zacznę pisać w języku bardziej zrozumiałym dla żądnych O-informacji czytelników worldofo.com

wtorek, 9 sierpnia 2011

Najpóźniej jutro

Lokalizacja: Karczew, Polska
Trochę się "jutro" z nadmiaru moich zajęć i obowiązków przedłużyło...w każdym razie wczoraj, czyli w poniedziałek, nie mogąc rozstać się z Anielinem wybrałem się tym razem na ten otwocki, jakieś 2 tygodnie temu miał tam miejsce trening OK!Sportu. Na punktach (tych, na które trafiłem oczywiście) zastałem nawet przemoczone i zbielałe kawałki krepiny, może to nie będący w niektórych klubach dziennym porządkiem na treningach SportIdent, ale zawsze coś! Las nie stanowi specjalnego wyzwania orientacyjnego, biegany był/jest przeze mnie na prawie każdym treningu, czyli pewnie ze 740 razy. Od aktualizacji mapki (2004) powycinało się w nim nieco (9 pk to samiutki środek uprawy choinek i za 12 za drogą), przybyło też trochę zielonego C. Ja wymyśliłem sobie, że pójdę na ok. 100%, kładąc przy tym nacisk na pracę z kompasem (którego nie miałem na palcu od prawie miesiąca) oraz pewność siebie przy nabiegu. No, może to nie ultrahighquality mapowe treningi w Czechach, ale zawsze coś!
Wyszło całkiem ok, do 2 pk średnia 4'00/km, potem troszku słabiej, przy 11 znalazłem jakiś wykop, ale, jak widać, to nie to, a górka z 13 nigdy w życiu mi nie pasowała, kiedyś na nocnych nawet 7' błędasa tam wykonałem. Traska 5km, 26:40, tempo biegu 4'50, ahr 183, zabitych komarów na całym treningu ~50. Zadowolony full.


(o ile komuś już się udało to przeczytać, to nie będę ingerował w to, co na górze)
ERRATA: zabrakło też gorących zapowiedzi treningu na fejsbugu, ocadowych udziwnień oraz tłumu klikających w uniesiony ku górze kciuk, za to mapa była w folii, zawsze coś!


niedziela, 7 sierpnia 2011

Dobry lipiec!

Lokalizacja: Madeira, Portugalia
Wszystkich zniecierpliwionych brakiem jakiejkolwiek aktywności pragnę uszczęśliwić - najpóźniej jutro będzie taaaaaaaaka noteczka z tysiącem plików graficznych, więc grzejcie już monitory! (o ile macie takie stare, które tego wymagają) Co prawda już jakiś czas temu zmieniłem nieco lewe oblicze blogaska, zostało to pewnie dostrzeżone, ale wypada w końcu oficjlanie to potwierdzić.
Powejherowskomistrzostwowy szał zdążył już trochę osłabnąć,  mistrzem świata jeszcze nie zostałem (choć jestem na najlepszej drodze), polską orientację sportową ogarnął lekki wakacyjny marazm, moment na moje "odrodzenie blogera" jest zatem idealny.
ja + ciężarówka, podobno w kamieniołomie płacą lepiej, niż we wojsku
Po udanych dla całej Polski MŚJ spędziłem tydzień w domu, potem prawie 3 w Bocheńcu, a na koniec 1 dzień w podwareckim Anielinie, wróciłem wczoraj o 7, pospałem do 15 i mój lipiec się skończył :( 
(w międzyczasie oczywiście przystanąłem na chwilę 1 sierpnia o godzinie 17)

Na niezwłoczną publikację zasługują moje mapki z Kaszebe O-Cup, może trochę przemyśleń poJWOCowych, 4 mapowe treningi w tygodniu po MŚJ, geologiczne przeżycia z G. Świętokrzyskich, dobre i bardzo dobre ( :] ) treningi tamże, analiza wyników OOM/Igrzysk CISM/Karst Cupu/O-Ringenu/Swiss O-Weeku/Biegu PW (pół mojej rodziny pobiegło), awans Legii w el. LE, plany na najbliższą przyszłość i wiele, wiele innych! Możliwe także, że zabiorę się za wrzucenie/opis mapek z zeszłorocznego O-Ringenu i tegorocznej, kwietniowej Parchatki! Sporo stukania w klawiszki przede mną, ale jaa nie dam rady?
??? Gaziantep

wtorek, 12 lipca 2011

Są słowa!

Lokalizacja: Georgia Południowa i Sandwich Południowy
Cóż poradzić, żadnym mistrzem, a już na pewno świata nie jestem i przez najbliższy czas nie zostanę, więc zainteresowanie mną oscyluje obecnie w okolicach zera, na temat wydarzeń ostatniej niedzieli (8.07, bieg sztafetowy na Mistrzostwach Świata Juniorów) "ludzie atramentu litry wylali" już, ja zbytnim refleksem (jak zawsze zresztą) się nie popisałem, więc i tytułowych słów nie będzie tutaj nadmiar. W sumie popisywać się nie chciałem, także żadna strata.
Za łzy w oczach i ciary na plecach podczas Mazurka Dąbrowskiego (śpiewamy oczywiście kiedy, nie póki) - DZIĘKUJĘ wam chłopaki!
szczęśliwie bez nkla :]
Chciałbym jedynie przywołać w tym momencie niezbyt szeroko znaną i bardziej niedocenianą, niż lubianą piosenkę kultowego zespołu KULT pt. Łączmy się w pary, kochajmy się. Nie było chyba po tych mistrzostwach takich 2 polskich orientalistów, którzy by się nie kochali?


Plany na najbliższy miesiąc: 17.07 - 5.08 Świętokrzyska Stacja Naukowa Wydziału Geologii UW (jak to brzmi!), Bocheniec.

środa, 6 lipca 2011

Jotwuoce

Lokalizacja: Rumia, Polska

Czyli tzw. JWOC kręci się aktualnie w moraine'owych okolicach Wejherowa i Rumi. Przeciętny obserwator mógłby powiedzieć, że mój udział w całej zabawie to wsadzanie rąk z chipami do puchy. Nic bardziej omylnego, bo praca w okolicach mety zaczyna się 3-4h przed startem. W każdym razie dobrze spełniam się w łapaniu każdego jednego uczestnika jwoca po zakończonym biegu. Poza tym mam czystą przyjemność robić to m. in. z szeroko znanym blogerem Suchym.
ojojoj po klasyku zdychamy?
W Rumii spędzam właśnie 6 dzień i z dumą mogę powiedzieć, że dziś używam po raz 1 internetu. Jak zawsze szumnie zapowiadane massive blogging mi się nie udało, ale przypomnieć o sobie wypada. Chociaż internetowych materiałów tworzonych w związku z JWOCem (foteczki, filmiki, liveblogasek, audio (video?) streamy...) są tony i ogrom, w związku z czym przebić będzie się raczej ciężko. 

Wczorajszy dzień odpoczynku spożytkowałem na start w Kaszebe O-Cup w jedynym podczas tej 4-dniówki klasyku. Nogi ciężuteńkie, technicznie bez rewelacji ;( , a krajobrazu dopełniło wbicie nie tego pierwszego punktu. No cóż, szczęścia i to nie tylko w bno troszkę mi ostatnio brak, chociaż kto nie był i nie widział jak zawsze wie wszyściuteńko. Międzyczasów nie mogę się dokopać, więc dogłębna pobieżna analiza wkrótce. Wieczorem przyszedł za to czas na piwkowanie przy przecudownym widoku z Kępy Redłowskiej, trochę się trzeba przy tym namęczyć z tak zwanego buta, ale polecam!
Występy Polaków trochę na razie rozczarowują, oczywiście panowie gwiazdy świecą jaśniutko, ale w skład tej repry wchodzą nie 3, a 12 osób. Na pewno u każdego znajdą się jakieś pozytywy, ale wymagać od biegających u "siebie" można zdecydowanie więcej! Inna sprawa, że zdobywanie doświadczenia jest ważne full, ale nie powinno być jedynym celem...haha...osobiste i na szybko przemyślenia zawsze spoko oddzielać trzema kropeczkami...szybkie sprawy. Rywalizacja jest natomiast bardzo zacięta, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że podobnie, jak w piłce nożnej nie ma już słabych krajów/klubów (co roku przypominamy sobie o tym w wakacje, gdy z pucharów europejskich w spektakularnych potyczkach odpadają polscy ligowcy), tak w młodzieżowej orientacji całkiem ok wypadają przedstawiciele nacji obstawiających kiedyś dobre tyły, jak np. Nowej Zelandii, czy Hiszpanii. Kierunek rozwoju obrali chyba trochę lepszy, niż "my", chociaż duże pieniądze odgrywają na pewno niemałą rolę.