wtorek, 12 lipca 2011

Są słowa!

Lokalizacja: Georgia Południowa i Sandwich Południowy
Cóż poradzić, żadnym mistrzem, a już na pewno świata nie jestem i przez najbliższy czas nie zostanę, więc zainteresowanie mną oscyluje obecnie w okolicach zera, na temat wydarzeń ostatniej niedzieli (8.07, bieg sztafetowy na Mistrzostwach Świata Juniorów) "ludzie atramentu litry wylali" już, ja zbytnim refleksem (jak zawsze zresztą) się nie popisałem, więc i tytułowych słów nie będzie tutaj nadmiar. W sumie popisywać się nie chciałem, także żadna strata.
Za łzy w oczach i ciary na plecach podczas Mazurka Dąbrowskiego (śpiewamy oczywiście kiedy, nie póki) - DZIĘKUJĘ wam chłopaki!
szczęśliwie bez nkla :]
Chciałbym jedynie przywołać w tym momencie niezbyt szeroko znaną i bardziej niedocenianą, niż lubianą piosenkę kultowego zespołu KULT pt. Łączmy się w pary, kochajmy się. Nie było chyba po tych mistrzostwach takich 2 polskich orientalistów, którzy by się nie kochali?


Plany na najbliższy miesiąc: 17.07 - 5.08 Świętokrzyska Stacja Naukowa Wydziału Geologii UW (jak to brzmi!), Bocheniec.

środa, 6 lipca 2011

Jotwuoce

Lokalizacja: Rumia, Polska

Czyli tzw. JWOC kręci się aktualnie w moraine'owych okolicach Wejherowa i Rumi. Przeciętny obserwator mógłby powiedzieć, że mój udział w całej zabawie to wsadzanie rąk z chipami do puchy. Nic bardziej omylnego, bo praca w okolicach mety zaczyna się 3-4h przed startem. W każdym razie dobrze spełniam się w łapaniu każdego jednego uczestnika jwoca po zakończonym biegu. Poza tym mam czystą przyjemność robić to m. in. z szeroko znanym blogerem Suchym.
ojojoj po klasyku zdychamy?
W Rumii spędzam właśnie 6 dzień i z dumą mogę powiedzieć, że dziś używam po raz 1 internetu. Jak zawsze szumnie zapowiadane massive blogging mi się nie udało, ale przypomnieć o sobie wypada. Chociaż internetowych materiałów tworzonych w związku z JWOCem (foteczki, filmiki, liveblogasek, audio (video?) streamy...) są tony i ogrom, w związku z czym przebić będzie się raczej ciężko. 

Wczorajszy dzień odpoczynku spożytkowałem na start w Kaszebe O-Cup w jedynym podczas tej 4-dniówki klasyku. Nogi ciężuteńkie, technicznie bez rewelacji ;( , a krajobrazu dopełniło wbicie nie tego pierwszego punktu. No cóż, szczęścia i to nie tylko w bno troszkę mi ostatnio brak, chociaż kto nie był i nie widział jak zawsze wie wszyściuteńko. Międzyczasów nie mogę się dokopać, więc dogłębna pobieżna analiza wkrótce. Wieczorem przyszedł za to czas na piwkowanie przy przecudownym widoku z Kępy Redłowskiej, trochę się trzeba przy tym namęczyć z tak zwanego buta, ale polecam!
Występy Polaków trochę na razie rozczarowują, oczywiście panowie gwiazdy świecą jaśniutko, ale w skład tej repry wchodzą nie 3, a 12 osób. Na pewno u każdego znajdą się jakieś pozytywy, ale wymagać od biegających u "siebie" można zdecydowanie więcej! Inna sprawa, że zdobywanie doświadczenia jest ważne full, ale nie powinno być jedynym celem...haha...osobiste i na szybko przemyślenia zawsze spoko oddzielać trzema kropeczkami...szybkie sprawy. Rywalizacja jest natomiast bardzo zacięta, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że podobnie, jak w piłce nożnej nie ma już słabych krajów/klubów (co roku przypominamy sobie o tym w wakacje, gdy z pucharów europejskich w spektakularnych potyczkach odpadają polscy ligowcy), tak w młodzieżowej orientacji całkiem ok wypadają przedstawiciele nacji obstawiających kiedyś dobre tyły, jak np. Nowej Zelandii, czy Hiszpanii. Kierunek rozwoju obrali chyba trochę lepszy, niż "my", chociaż duże pieniądze odgrywają na pewno niemałą rolę.

piątek, 1 lipca 2011

Turn the Page

Lokalizacja: Karczew, Polska
"Long time no blogasek" i jeśli ktoś liznął trochę angielskiego wie o co chodzi. Ale "tag już mam" niestety, a przemyśleń nt. ostatnich 2 tygodni mi nie brakuje. Także stare rzeczy może w następnej noteczce, bo mam nadzieję, że z dniem dzisiejszym, o ile internet w okolicach JWOCa pozwoli, rozpocznie się era tzw. massive blogging. W każdym razie wyjazd już jutro dzisiaj rano i chyba spora przygoda przede mną/każdym? 
Ostatni wikend minął pod znakiem 30 już edycji [wynixy] Wawel Kapu (niektórzy mówią nawet Kacu). Wyrosłem już trochę z testowania swoich alkoholowych możliwości na dzień przed wymagającym bieganiem, bez piwek się oczywiście nie obeszło, wszystko będzie obliczone dalej, ale bez przesady.
Przygodę z lasem w okolicach Żelazka zacząłem treningiem we czwartek. Wdrapałem się na szczyt góry, pooglądałem trochę skałek, znalazłem parę pk, a oprócz tego odkryłem najważniejsze, czyli pokrzywasy+jeżyny kryjące się pod niewinnym symbolem porostu.
Tak jak przewidywałem, następnego dnia na trasie spotkało mnie sporo takich atrakcji, trochę przedeptanych przez pierwszych zawodników, ale zawsze. W każdym razie bieganie ze wszech stron wymagające, a takiego właśnie się (ja) oczekuje(ę)! Mapa troszkę "pływała", ale chyba nikt nie oczekiwał czeskiej perfekcji od jej autora? Warstwice+skały w każdym razie cały czas ok. Wpadło mi niestety parę mniejszych/większych baboli, przez co zamiast kilku, skończyło się na 21' zarobionych w tzw. piździec.


Wieczorem miał natomiast miejsce pojedynek na wpierdalanie kaszany/kiełby Włodar vs. Bigos, przy którym Puchar Wawelu wydaje się jedynie spacerkiem. Z powodu niewystarczających funduszy nie wyłoniono niestety zwycięzcy, ale ja, kładąc się spać, stawiałbym każde pieniądze, że nie ma szans, aby obaj stanęli dnia następnego na podium! Dzień zakończyłem liczbą 4 bronxów (2 świeżutko po biegu (nic lepszego na tym świecie się chyba nie zdarza) + 2 wieczorkiem).
Mapki oraz dalsze relacje pozwolę sobie wrzucić w najbliższym czasie, mając wszystko należycie dopracowane.
krajobraz blogera :D
Jak każdy szanujący się "bloger" powinienem zakończyć jakimiś wymyślnymi ciekawymi fragmentami mapek, nie tym razem niestety. Na usprawiedliwienie swoje napiszę tylko, że tak jak kiedyś Jacek przypisywał pojawianie się notek na blogasku Kowala swoim wypocinkom :) , tak ja jestem co najmniej pewien, że nowe zapisane linijki u Morawskiego (i nie tylko?) są po trosze moją zasługą!
Pozdrawiam (zupełnie jak mama 2stego) wszystkich, a szczególnie tych najwierniejszych, czytelników mojego blog aska! 

And there I go, turn the page.