środa, 30 listopada 2011

Damdiridamdiridiridaridej

Lokalizacja: Ochota, 01-001 Warszawa, Polska
Skoro chujem i kłamcą (choć nie dosłownie i bez nazwisk) nazwali mnie już nawet na jacekmorawski.pl, wypadałoby zacząć trzymać notkową formę ~2/tydzień. Nie wiem co prawda, jak będzie wyglądało to wyrabianie normy, ale fajnie wygląda to ~2. Realia są na pewno takie, że w tym tygodniu (a także w całym sezonie treningowym, który rozpoczął się w poniedziałek) mam już nabiegane 0km. Niestety, szybkie bieganie po asfalcie/kostce brukowej zdecydowanie nie wpływa dobrze na "kontuzje", więc prawe udo cały czas mnie troszkę pobolewa.
Tydzień po pierwszym, historycznym etapie pierwszej, historycznej edycji Warszawa Nocą ponownie odwiedziłem wschodnie okolice metra Ursynów, tym razem w celu wymiany trzystu złotych na buty do biegania w znanym sklepie jacekbiega.pl, jako, że prawie 2 lata użytkowania i nie wiem ile, ale pewnie miljard km poważnie nadszarpnęły moje dotychczasowe. Filozofia życiowa każe mi bowiem biegać w jednych butach do oporu, sprzedawca butów powie, że GDZIE TAM! PARA NA 1000KM! ale nie czuję się z tym źle. Ich foteczka po prawej, ostatnio nawet 2 etapy (czyli w moim przypadku 65km) GEZnO w nich trzasnąłem. [*]
Dzisiaj odbył się także pierwszy, historyczny etap trzeciej już edycji WNOF. Wrocław leży 6 godzin podróży koleją od Warszawy, razy 2 to 12, wyprawa jedynie w celach biegackich leży poza obszarem moich zainteresowań, wyprawa w także innych celach leży wewnątrz tego obszaru, ale aktualnie celów brak! Wyników na razie nie ma, więc internetowo poanalizować nic też nie mogę. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dzisiejszy wieczór, jak co wtorek, spędziłem ze świeżo upieczonym Mistrzem Polski w Biegu Po Schodach na siłowni+saunie. I tu spora ciekawostka, Łobo należy do tej mniejszości, która nie czytuje regularnie (ahaha przecież nawet noteczki nie są regularne) na bieżąco mojego blogaska!
Ruszyła także akcja "WUOC 2012" (dla mniej zorientowanych lub nie klikających w moje linki - Akademickie Mistrzostwa Świata w Alicante), ja, jak już wyżej napisałem trenuję hardo! ale piszę o tym, bo liczba chętnych jest naprawdę pokaźna i naprawdę ciekawie będzie podczas biegów kwalifikacyjnych. Dla mnie, chociaż patrząc trzeźwo pewnie się nie dostanę, są to główne i docelowe zawody sezonu.
Chciałem jeszcze, wzorem Morawskiego, przedstawić jakąś zawiłą, niezrozumiałą dla tych, którzy rozumieć nie mają, a dającą jedynie pole do rozmyślań historię, ale nic mi do głowy nie wpadło.
Co prawda sam dość często wcześniej próbowałem nawracać czytelników na dobrą muzykę, więc o wzorowaniu się nie ma mowy, niemniej jednak wzorując się na wero1318 na koniec pioseneczka. Masakrycznie jaram się ostatnio nie taką już najnowszą, ale co z tego, płytą pt. Demonologia świetnego przecież rapera Słonia. Słucham 24/dobę. I, co zwróciło moją uwagę, mało w niej wulgaryzmów. Jak ktoś dotrwa do refrenu, zrozumie tytuł pościka :)

poniedziałek, 28 listopada 2011

Walczyć i wygrywać!

Lokalizacja: Ochota, 01-001 Warszawa, Polska
Spokojna, leniwa wręcz niedziela (noc, 1:21, 28 listopada, prawie jak noc, 2:06, 26 lipca), robię różne studenckie sprawy na jutro, przy okazji czytam sobie najnowszą notkę Karola...to jest prawdziwy i regularny bloger...(ja niestety trochę pokłócony z przyciskiem nowy post jestem ostatnio, ale w głowie układa mi się pewien zarys bajkopisarstwa)...myślę sobie: może notka wtorek?...ale patrzę w linkach Jasinka◪...wchodzę poczytać, bo moja stopa tam jeszcze nie stanęła...pasjonująca lektura stylem przypominająca nieco inną produkcję rocznik 94...kółko myszki kręcone stopniowo do siebie...a tu nagle jeb! jak grom z jasnego nieba po prawej stronie jakieś fińskie znaczki + pogrubione Tamperelle. Klikam i zdziwieniu mojemu nie ma końca. Blogasek samej brązowej medalistki Mistrzostw Świata Juniorów z roku 2010! Działający od 2 miesięcy! Przepełniony naprawdę interesującą zawartością! A mi nic o tym nie wiadomo! Pozdrawiam Monika! Obejrzałem wszystkie fotki z jej wyprawy na Nordkapp, co skłoniło mnie do głębokich refleksji o życiu, "czemu nie mam takiego widoku z okna" itd. Sam nabrałem chęci do ruszania palcami na klawiaturze.
O GEZnO chciałbym napisać osobną noteczkę (lub szumnie "relację"), pewnie ukaże się ona około miesiąca po samych zawodach...Oprócz górskiego ekstremalnego, przez ostatni miesiąc działo się stosunkowo mało godnych wspomnienia rzeczy. W sumie to zmieniłem o kilka pikselików szerokość blogaska oraz postanowiłem promować na samej górze po lewej 2 internetowe produkcje: blogaska największej juniorskiej gwiazdy oraz fotoblogaska wero1318 :) Nie próżnowała za to orientalistyczna Polska, dominowały zakończenia sezonu mniej lub bardziej oficjalne oraz mniej lub bardziej przebierankowe, ja nie trafiłem na żadne, no cóż...
Natomiast ostatni tydzień przyniósł mi ogromną ilość 3 startów sprinterskich i 1 przełajowego w 4 dni. Tło wydarzeń zarysowało się około miesiąca temu, gdy założyłem się o grubą stawkę ze świeżo dzisiaj upieczonym Mistrzem Polski w Bieganiu Po Schodach W Górę Budynku Łobem (spore propsy!), który z nas okaże się lepszy podczas 1 etapu Warszawa Nocą. Naiwnie wierzyłem, że skoro w "prawdziwym" (chociaż może niepotrzebne te "" ?) bno, czyli w lesie ograłbym go biegnąc tyłem, to przy spodziewanej trudnej sprinterskiej trasce również będę lepszy. (Etap 2 zeszłorocznego Szybkiego Mózgu zdecydowanie nie należał do Łoba) Bliższe tło powstało w zeszłą sobotę, kiedy to w przejawie mądrości zagrałem w piłkarskim turnieju, co zaowocowało tym, że jakiś kolega wpierdolił mi się kolanem w udo, przez sobotę i niedzielę ledwo co chodziłem, a aż do wtorku sprawiało mi to ból. Przypomniało mi to, że z podobną kontuzją pt. "zbite udo" (albo jego czterogłowy mjensień) zmagałem się podczas O-Ringenu w roku 2006, kiedy to szczęśliwie zablokowałem nogę między kamieniami i spadłem na rzeczone udo ze skały. Naprawdę ciekawe uczucie, polecam. Przekonany o swoich sporych szansach, w przeddzień zawodów, zastosowałem doskonale znaną sprinterską metodę, a mianowicie dokładny spacer po całym terenie zawodów. 
W środę, 23 listopada, miałem niebywałą okazję wystartować w pierwszym, historycznym, etapie pierwszej, historycznej, edycji warszawskiego odpowiednika Wrocław Night O-Fight, czyli Warszawa Nocą. Zacząłem całkiem przyzwoicie, na 4pk oprócz błędu na wejściu zamarzły mi już wszystkie palce u rąk, na 11pk wybrałem zdecydowanie gorszy wariant, i przegrałem na nim 57", seria 12-14 przyniosła mi kolejne braki myśleniowe, wariantowe i czasowe, natomiast końcówka była bardzo dobra. Całkiem przyzwoity bieg, okraszony sporymi problemami z utrzymaniem dobrego tempa oraz 1'40" błędu przyniósł mi 9 lokatę i 2'43" straty do "niespodziewanego zwycięzcy". Szczególnie biegowo poznałem swoje aktualne miejsce w szeregu. Cykl WN rozpoczął się bardzo obiecująco, trasa technicznie naprawdę fajna, punkty bez lampionów prawie niewidoczne, ale może ze względu na sportowe niepowodzenie podobało mi się średnio. Wystartowała oszałamiająca liczba 159 osób, w tym delegacja z Łodzi. Bez żagla. Jako, że mój garminek postanowił skasować ten bieg z historii, mogłem 1 raz w życiu wykreślić przebiegi w paincie. Kolorów aż nadto. Nie zrobili mi niestety żadnej fotki, więc więcej załączników graficznych nie będzie.

Dzień później przyszło mi po raz już drugi reprezentować AZS UW, udo + lekko przeciążone dzięki niemu kolano dawały znać już od rana, więc, mając na uwadze nadchodzące 2 sprinty w sobotę, do przełajów postanowiłem podejść bardzo po macoszemu. Po raz pierwszy w historii Akademickie Mistrzostwa Warszawy i Mazowsza w Biegach Przełajowych zawitały do Rembertowa na były? poligon tuż obok AONu. Trasa 3,3km w 12:35. Uniknąłem nadmiernego przewentylowania i znamiennego dla mocnego biegania w temperaturach okolic 0 stopni kaszlu potem przez pół dnia. Następne przełaje na wiosnę. Dziękuję.
W sobotę los rzucił mnie do Nowego Dworu Mazowieckiego na Ogólnopolskie Mistrzostwa Polski UKSów, cokolwiek (pewnie hajs z urzędu) ta nazwa oznacza. Dojechałem tam koleją, co wiązało się z koniecznością obudzenia się gdy jeszcze ciemno za oknem. Frekwencja niestety nie dopisała, jak we środę, co niby nie dziwi, bo sam spodziewałem się jednowariantowych i prościuteńkich sprincików po osiedlach, z jakich Polska orientacja słynie, a nie wzniesienia się na wyżyny budownictwa tras. Z drugiej strony od razu widać, który klub ma lepszych marketingowców i speców od reklamy.
Od początku wszystko szło po mojej myśli. Prawie ostatnia minuta startowa, temperatura kilka stopni lepsza, niż w ostatnich dniach, brak opisownika. Na początku miałem małe problemy z lokalizacją startu, ale potem zapierdalanie jak siemasz! Niemniej jednak patrzenia w mapę było naprawdę sporo. Troszkę ostudził mnie 4pk stojący z innej strony płotu, niż nabiegłem, potem na 10 wariant nieoptymalny oraz 18 kółko mi zakryło alejkę. O właśnie, jedynie do nieumiejętności przerywania kółek i nie do końca fortunnego umiejscowienia numerków pk na mapie można się przyczepić, oprócz tego wszystko w jak najlepszym porządku. Wyzwania techniczne na wysokim poziomie. Trochę zacząłem słabnąć w drodze na 22, ale po chwili spojrzałem na zegarek (przed biegiem wiedziałem, że Igor biegał 15:50), wykrzesałem z siebie jeszcze kawałek i wygrałem 1 etap z przewagą 5". Fajnie. 2 godzinki przerwy m. in. na wytarcie gówna z butów i już byłem w szkole stanowiącej centrum 2 etapu. Start niby przyspieszony, ale i tak się opóźnił w wyniku problemów z rozstawianiem pk. Jako, że start był handicapowy, a ja miałem odpowiednio 5 i 32 sekundy przewagi nad następnymi Igorem Majewskim (w środę przegrałem z nim 30") i Bartkiem Nowakiem (obaj WKS Gwardia), pojawiło się miejsce na taktyczne przemyślenia. Niestety, zarządca szkoły nie udostępnił wewnętrznego dziedzińca dla celów rozgrzewki, co wymusiło przeniesienie całego startu na zewnątrz, a także popsuło koncepcję budowniczego, który 2 pierwsze pk ustawił tuż przy furtce. Miałem więc jako jedyny z kategorii okazję czytać mapę już na starcie, reszta wiedziała jak biec. No cóż, 5" nie okazało się problemem dla Igora i już na 3pk biegliśmy razem. Okazało się także, że te nie na czas rozstawione punkty nie mają aktywowanych puszek, więc co punkt mogliśmy radośnie kurwić. Trzymałem się z tyłu aż do 8pk, gdzie Igor postanowił sforsować łańcuchową barierkę bez skakania. Było to dość głupie, bo po chwili leżał na ziemi. Do 9pk miałem już 10-15m przewagi, jednak tu zaskoczyła mnie inwencja organizatorów, którzy wzorem Norwegów na WOCu w roku 2010  przegrodzili chodnik "płotem nie do przejścia". W tył zwrot i znowu goniłem. Dalej pk na dobrze znanej z OOM skrzynce elektrycznej, a potem naprawdę wymagająca sprinterska orientacja. Mając prawie cały czas kontrolę nad wydarzeniami wbijałem punkt za punktem, po 24 obejrzałem się dokładnie za siebie, nie było nikogo :) Tłum zaczął wiwatować, ostatnie 400m pokonałem przy ogłuszającym hałasie, zupełnie jak na MŚ. Jeszcze tylko chwila niepewności przy czytaniu chipa (a mi przypomniała się ta piękna cisza i wybuch radości podczas sztafet na tegorocznym JWOCu) i mogłem w spokoju odpalać pobiegowe piwka. Gdybym nie odbył w tym roku pielgrzymki do Bolesławca, byłby to najlepszy sprint roku. Przebiegnięte 5,1km i można tylko domniemywać, ile zajęło by to prawdziwym eliciarzom.
Wyniki (do zabawy w szukanie "płotowych" - czyli skaczących przez płoty)

niedziela, 13 listopada 2011

giezno

Lokalizacja: Łapsze Niżne, Polska
2 etapy, 7895km, 87:40h, 40005m przewyższenia, 5 skręconych kostek, 16 naderwanych ścięgien.
Wyzwanie na pewno nie na moje siły, ale pewnie niedługo wkurwienie przejdzie i urośnie we mnie chęć zawalczenia na GEZnO w roku 2012.
Notka jak z twittera albo statusu na fejssssiku, ale nastały takie czasy, że informować trzeba krótko i jak najszybciej (a najlepiej to przez mobile app for facebug), bo inaczej żadnych lubię to ani komentków, staram się nadążać za trendami!
A na serio to wpisik w dobrym od pół roku przecież już utrzymywanym stylu też będzie.