czwartek, 22 grudnia 2011

Pazuzu to mój człowiek

Lokalizacja: Karczew, Polska
Zawsze o mnie pamięta, tylko on śle mi eski w urodziny i święta. Z szumnie zapowiadanego bicia zyciówki na Falenickim Biegu Górskim w zeszłą sobotę (jak z większości moich szumnych zapowiedzi) wyszły nici, udało mi się jedynie złamać godzinkę (fotkę na dole cyknęli po 1 pętli, oporządzonej w 13').
jeszcze przed najlepszą tego dnia kobietą
Niemniej jednak co się odwlecze, to nie uciecze, a ja, mimo braku odbycia obozu w Zakopanem (co zrobiło pół biegowo-orientacyjnej Polski) rosnę w biegową siłę! Wczoraj bowiem, na zaśnieżonej żużlowej bieżni wokół boiska LKS Mazur (które już niedługo zostanie zmapowane na potrzeby nowej mapowej produkcji, a ja przy tej okazji, rysując w OrienteeringCADzie całe swoje osiedle, postaram się zrealizować jedno z wielkich marzeń, żeby z dumą powiedzieć "mieszkam na mapie", co prawda sprinterskiej, ale zawsze!) wykonałem pierwszy raz od prawie 3 lat (luty 2009) trening pt. "8km BC2 po 4'01/km". Śmieszna dla co mocniejszych graczy prędkość, ale jakże ona mnie cieszy! Przecież od rzeczonego lutego nie byłem nawet przez chwilę na tyle silny!
Dzisiaj natomiast, w ramach dobrego prezentu, zrobiłem "dwadzieścia jeden na dwudzieste pierwsze", który to trening, z odpowiednią progresją, mam zamiar wykonywać do co najmniej 50tki! Zakręciłem taaaakie koło po mapie Anielin-Pogorzel, dystans troszkę ponad 1/2 maraton wyszedł, więc oficjalnie mogę potwierdzić nową życióweczkę na 21,097km: 1:38:59. Przy okazji (dzięki trenerowi Karolowi) wspomnę o dobrej bece, jaką zafundowali każdemu biegaczowi organizatorzy wiązowskiego 0,5maratonu: tutajNatomiast okres tuż po świętach-sylwester spędzę tradycyjnie (3 raz) w Sztutowie razem z szeroko pojętą mazowiecką kadrą. Plan prosty: 30km/dzień + użalanie się nad swoją marną formą + alkoholowe ekscesy.
Bez echa nie może także przejść zmiana loga blogaska. Upchnąłem w nim kawał życia oraz mojej unikalnej i niepowtarzalnej charakterystyki! Od jedynych Mistrzostw Świata, które widziałem na własne oczy i przebierania się na parkingu przy centrum handlowym, przez najlepszych ziomków, po pobiegowe piwka i cycki Kluchy. Nie zabrakło także miejsca dla (nieczynnego niestety) kamieniołomu, który szerszej publiczności raczej nie jest znany, ale ta węższa wie, że odkryto tam najstarsze ślady czworonoga (tetrapoda). 
Zmiany. Słowo klucz. Zmianom (i to ciągłym) ulega też lewa część blogaska. Dodałem link do prężnie działającej strony mego klubu (szkoda, że linku do mnie na niej brak), zrewidowałem polecenia godne, na bieżąco dodaję nowe blogaskowe produkcje (ostatnio indakitch.blogspot.com), a także weryfikuję swoje dane. W wielkim stylu zamierzam też powrócić na attackpoint.org, które kiedyyyyś spełniało funkcję miniblogaska - wahałem się pół roku z tym, bo głupot to tam dostatek, ale chuj (ma być bez wulgaryzmów) niech będzie.
Na dobranoc wypada życzyć sobie tempa w lesie nie wolniejszego niż solo w Whiplashu i co najmniej 366 dni dobrych treningów do następnych urodzin!

czwartek, 15 grudnia 2011

Ale ja, jestem, szczęście rozpiera mnie

Lokalizacja: Szczęśliwice, 01-001 Warszawa, Polska
Czwartkowy wieczór, tafla jeziora w Parku Szczęśliwickim leciutko skuta lodem, na starcie  2 etapu Warszawa Nocą stoi przeszło prawie 120 osób. Do historii przejdzie to później jako największy masowy start w Polsce w roku 2011. Pośród nich ja, bez teoretycznych szans na zwycięstwo, ale z ambicjami na top3 i sporym prawdopodobieństwem poetyckiego opisu tegoż biegu.
Historia rozpoczęła się równo tydzień temu, kiedy to zaopatrzony w mapę z 1 etapu zeszłorocznego "Szybkiego Mózgu" postanowiłem "rozpoznać teren" w oddalonym od mojego miejsca zamieszkania o około 10 minut biegu warszawskim parku "U Cyglera". Jak się później okaże, na nic się to zdało, bo wyzwania techniczne są tam żadne, ale zyskałem informację, ile brakuje mi do zeszłorocznych zwycięzców. 3 minuty. Znamienne 3 minuty.
Równo o 19:00 walka rozpoczyna się. Po kilkunastu metrach, wzorowany tymże filmikiem, na pełnym biegu piszczelem w ławkę postanawia przyjebać murowany faworyt, a mój klubowy kolega, Łobo. (Kosztowało go to zapewne zwycięstwo, bo minął mnie dopiero w drodze na 5pk, a ja dałem wtedy słowny wyraz swojemu ogromnemu zdziwieniu jego możliwym do narzucenia tempem, przyspieszenie porównywalne z F1!). Na 1pk, jak było spodziewane, wszyscy lecą na pełnej kurwie, cudowne uczucie. Wbijam razem z tłumem, 2-3-4 spokojnie, po czym staję doczytać, gdzie tera. Dookoła biegaczy full, spore zamieszanie, ale czołówka już uciekła. Po chwili formuję mini-tramwaik z Sokalem, ze zmiennym prowadzeniem trzymamy się do 17pk, po drodze mam niemałe problemy z rozwikłaniem zadanej przez budowniczego kolejności wbijania punktasów, to w sumie jedyne nawigacyjne zagadnienie tego biegu. Nabiegając na 7pk przez dobre 150m przed punktem biegnę pod prąd świateł, nigdy nie miałem okazji biegać nocnych zmian na Jukoli, ale to była chyba taka namiastka, uczucie świetne! Tuż przed 17pk, mając ustalony jedyny słuszny wariancik z prawej, wpadam na dość/naprawdę głupi pomysł, aby pobiec przeciwnie do trenera Darka. On z pewnym wahnięciem ciśnie od prawej, ja jadę z lewej, widzimy się przy 19, tylko, że ja mam jeszcze 18 do podbicia. Dalej daję z siebie ile wlezie, na 27 prawie doganiam Sokala i Igora (Piłkowski vs. Majewski 2:2 na razie), niestety potem aż do mety widzę oddalające się światła. Kończę ze sporą satysfakcją z dobrego ścigania, ale sporo większym niedosytem z otrzymanego biegowego wpierdolu. Jak się bowiem okazuje, do mistrza 2 etapu Warszawa Nocą, na co dzień zapalonego fejsbugowicza, a także mojego klubowego kolegi Kuby tracę owe znamienne 3 minuty. Na dystansie ~5km trochę za dużo, ale chyba akurat, jak na moje aktualne biegowe skilzy. 
Szybkie bieganie, szybko się wszyscy do domu zawinęli, "szybka piłka."
W sobotę falenicki bieg górski, mam do poprawienia chciałoby się napisać zeszłoroczną, ale ostatnimi czasy mają miejsce spore zawirowania czasowe i np. taka edycja 2012 zaczyna się w roku 2011, więc tegoroczną życióweczkę ustaloną na niebotycznym poziomie 39:30.