poniedziałek, 12 listopada 2012

Giezno

Przeszło już do historii, ale szeroko komentowane i rozkminiane w pewnych kręgach (a przeze mnie na pewno) będzie przynajmniej do przyszłorocznej edycji. Żadnej relacji grubej jeszcze nie widziałem, więc niby byłaby szansa być pierwszym, ale coś podejrzewam, że z racji wulgaryzmów (i tak w wyważonej ilości) na żadnej szanowanej stronie linka do mojej (która już już już niedługo :) by nie było. Cóż, na przykład jedne z pierwszych słów na powitanie od mamy (gdy upewniła się, że nogi mi jednak nie odpadły) to, cytuję:
"łooo czytałam twoją noteczkę z soboty, a tam 3razy napierać, myślę sobie ocb, czytam jeszcze raz i :( a później klikam np. na blogasek jakiegoś wacka (łaka) z Łodzi i piękna prawilna relacja, zupełnie jak dla pani od polskiego w gimbazie, nie mógłbyś tak samo miałkie i nijakie pościki wypisywać na internetach?"
Cóż, w odpowiedzi mogłem tylko powtórzyć słowa pana Białasa i Solara "mamo, mamo, to dla mnie gadka szmatka", a jak ktoś lubi zadania domowe, to może policzyć tzw. przekleństwa w tej piosence. Odpowiedzi w komentarzach, dedlajn do piątkowego wieczora, zwycięzca wygrywa browarka na następnych zawodach oraz uścisk dłoni na "robionym" przeze mnie treningu w sobotę.
Aktualnie chodzenie, w szczególności po schodach, stanowi dla mnie nie lada wyzwanie, niemniej jednak przebiegi w quickrouciku już udało się naciągnąć, same obrazki nie oddadzą dramatyzmu, więc wrzuciłem całe pliki .qrt - proszę bardzo. Warstwice są co 10m, a skala to 1:40 albo 45koła. Drugiego dnia tradycyjnie (bo już po raz 2) nie ukończyłem trasy, samotne 25km wystarczyło w zupełności. Szersza i grubsza relacja w(kr)ódce!
Na koniec wrzucam mój ulubiony ostatnio filmik z kobietą śpiewającą całkiem ładnie z kartki (polecam od 6:53).

sobota, 10 listopada 2012

GEZnO 2012 gruba relacja

Miałem dzisiaj niebywałą okazję startować w XI edycji legendarnych górskich ekstremalnych zawodów. Wyszło troszkę ponad 6 godzin walki po górach, prawie 40km przebiegnięte, prawie 2km przewyższenia i prawie 8 miejsce w 1 etapie, przy 70 minutach straty do zwycięzców. Prawie, bo na 7 punkcie tragicznie rękę rozciął sobie mój kolega z pary Krystian, a resztę trasy pokonałem sam, dzięki czemu w ostatecznym rozrachunku zajmujemy przedostatnie miejsce. Przebiegi swoje z pewnością wkrótce opublikuję (relację tesz :D ), niemniej jednak kolejność ta sama, co u sławnych wicewiceliderów. Wyniki podobno tutej. Zajebista sprawa zeszmacić się do granic możliwości w cudownych okolicznościach przyrody, polecam z całego serca. A i poszukuję kolegi do pary na za rok, planowane sławne napieranie (ewentualnie napieranie w dal, czyli napierdalanie) z całych sił przez 2 dni i wejście w top3 :)
a start wyglądał tak

czwartek, 1 listopada 2012

There is a road

15 minut poświęcone na przeczytanie osatniej notki Suchego przy dźwiękach jej tytułowego utworu było zdecydowanie bardzo dobrze spędzonym czasem. Motywacja, postawienie celu, motywacja no i jeszcze chyba motywacja potrzebne są do treningu biegowego w obecnym okresie. Powiedzieć i napisać łatwo, zapierdalać dzień w dzień i tydzień w tydzień mocne i przemyślane treningi już trochę trudniej.
W każdym razie wielkimi krokami zbliża się GEZnO, które w zeszłym roku obfitowało w prawie 70km w 2 dni. Wielkimi krokami ku uciesze tłumów chciałbym także zbliżyć się do publikacji notki nt. zeszłorocznych górsko-ekstremalnych przeżyć. Z możliwych terminów pisarskich został już tylko ten wikend, więc może w piątek/sobotę/niedzielę się uda? Nadmienię także, że w sobotę mam zamiar startować w ABC OK!treningu w Józefowie, a w niedzielę po raz pierwszy w życiu w "ulicznym" biegu w Otwocku.
Na koniec dodam, że, jak dzisiaj zauważyłem, z dniem wczorajszym w przepastnej przestrzeni niebieskiego f ze swoim fanpagiem wystartował nie kto inny, a linkowany do oporu przeze mnie ostatnio zeszłoroczny mistrz świata juniorów w sztafecie. Wystartował, dodajmy, z pierdolnięciem prawie tak mocnym, jak karuzela treningowa innego mistrza świata juniorów w sztafecie. Od razu zjadł bowiem na 2 śniadanie dotychczasowe 2 orientacyjne fanpagi, w tym mój. Liczby nie kłamią, a liczby fanów tym bardziej. Ale cóż począć, nade mną nie stoi cały Orientuś z żaglem, a jedynie ichniejszy pan prezes.
foto. P. Drągowski

niedziela, 28 października 2012

Rekort

postów w miesiącu musi być odpowiednio wyśrubowany. Zajrzałem właśnie w celach małego ogarnięcia mapek z okolic tajemniczo dla mnie brzmiącego miasta Novy Bor na blogasek klasyka i przy okazji sprawdziłem najważniejsze liczby. I co? 11. Osiągnięte 2 razy, co prawda wpisami typu "what an fucken outstanding runner I am + jedna mapka", ale zawsze. Klasyg to klasyg, czytane było grubo kiedyś i znam na pamięć jak ty. Jednakże tyleżsamo notek, co w najlepszych czasach przez miesiąc zostało tamże opublikowane przez cały 2012 rok. Wiadomo wszak, że każdy szanujący się w świecie polskiej orientacji sportowej bloger zmierza do osiągnięcia częstotliwości aktualizacji protoplasty (0 razy/28 miesięcy). Hołd oddany, a przechodząc do meritum, to mapek z Bohemii 2009 szukałem zaintrygowany stroną Bohemii 2013. Ja chyba już wiem, gdzie i jak spędzę koniec nadchodzącego lipca, nadmienię jeszcze, że rozgrywane są tam tzw. 3-členné pivní štafety, które 2 lata temu miały bardzo oficjalną rangę mistrzostw Europy. Znam moc Czechów, ale może czas na polską dominację?
Dzisiaj natomiast w typowo październikowej zimowej scenerii zainaugurowano cykl OK!treningów pod nazwą ABC biegu na orientację. Wrzuciłbym przebiegi, ale mimo zapewnień, brak mapek na stronie. A następny OK!treninżek już w sobotę, tę sobotę. Na pewno zabraknie źle postawionych dołków w źle narysowanym zielonym!
pozdrawiam i chowam się w bramie

czwartek, 25 października 2012

Piękne góry


pozdrówki spod krzyża

Mam ambitny plan zrealizowania wszystkich 4 gorąco zapowiedzianych pewnego pięknego (bo jeszcze przed Longiem) październikowego dnia noteczek przed tegorocznym GEZnO. Jak łatwo policzyć, zostało 16 dni, czyli tzw. "mało". Mam też ambitny plan wstać jutro (jak we każdy czwartek zresztą) o 6:15, co nie zapowiada długich wypocin. Może to i lepiej, bo chyba mało kto ma ochotę czytać teksty z >3000 wyrazów, jak to niedawno dojebałem do pieca. No dobra, w każdym razie bezpośrednia przyczyna dzisiejszego pisarstwa to " ;ooo jakie mega " zdjęcie Marysi z odbytego w zeszłą sobotę Biegu na Kasprowy.
Historia zaczyna się w czasach, gdy jeszcze nie poznałem dobrodziejstw golenia bani na prawie łyso, czyli pod koniec lipca. Wróciłem sromotnie pokonany  po otrzymaniu sromotnego wpierdolu z vidnavskiego Grand Prix Silesia (które dodatkowo pożegnałem jedząc chyba nie za bardzo świeżą kiełbę, co z kolei poskutkowało zarzyganiem kibla w KFC w Częstochowie oraz 3 dniami jedzenia jogurcików z dżemem), ale z perspektywą 4-dniowego wypadu w Tatry z polską czołówką światowego towerrunningu (biegania po schodach w górę budynków), czyli Bartoszem Świątkow. Co bardziej pilni czytelnicy blogaska zapewne dostrzegli małą notkę na ten temat - dziś pora na małe rozszerzenie. Moje dotamtenczasowe doświadczenia z tymi pięknymi górami sprowadzały się do wejścia na Morskie Oko w wieku lat 9, krótkiego klasowego wyjazdu w 2 klasie licbazy oraz pojedynczego wejścia na jakieś 1950metrów do jakiegoś schroniska w drodze powrotnej z Mistrzostw Słowacji w roku 2009. Jako ciekawostkę dodam, że w tym 2009 nasi południowi sąsiedzi do rozegrania biegu nocnego na mistrzostwach kraju użyli papierowych kart i perforatorów, a w pomyślnym przeprowadzeniu biegu średniego dość aktywnie przeszkadzali Cyganie z okolicznego taboru. I pomyśleć, że po 3 latach, z lekką pomocą co bardziej globtrotterskich "biegaczek" z Polsko odbyły się w tym kraju Mistrzostwa Świata Juniorów...
A więc z nową zawrotną fryzurą ruszyłem z dwoma kolegami na podbój. Zatrzymaliśmy się w okolicach COSu i stamtąd też rozpoczynaliśmy każdą z 4 wypraw w piękne góry. Ale po kolei. Zapraszam chętnych do zapoznania się z mapą topo oraz moimi śladami jepeesa - będzie łatwiej śledzić wydarzenia. Pierwszego dnia dokonaliśmy wbitki niebieskim szlakiem do Murowańca, potem Czarny Staw Gąsienicowy i atak na Kościelec. Atak udany dodajmy. 2156 metrów rozjebane! Cieszyłem się jak głupi, bo nigdy jeszcze nie postawiłem nogi tak wysoko. Przy schodzeniu gwałtownie załamać postanowiła się pogoda, więc przy akompaniamencie deszczu na głowach (świeżo po pierwszych goleniach czuć wszystko x100, więc nawet niewinny deszczyk trochę przeszkadzał) zarzuciliśmy pomysł wbitki na Świnicę i skierowaliśmy się w dół. W okolicach dolnej stacji wyciągu pan deszcz trochę odpuścił, więc postanowiliśmy żółtym szlakiem zaatakować Kasprowy. Ten sam z wcześniej wspomnianego zdjęcia. O kurwa, jak się te schody dłużyły. Na szczycie pogoda wybitnie nie na robienie fotek, więc po chwili zwłoki zbiegaliśmy sobie już zielonym szlakiem. Oczywiście byłem wtedy dość słaby po tym jedzeniu jedynie jogurtów, więc nijak nie kleiłem grupy. Zakończyliśmy przy wciąż łądującym deszczu z liczbą 23km.
połowa drogi
Drugi dzień zaczęliśmy przy pięknej pogodzie od wbitki na Kasprowy (ten sam, co na zdjęciu wcześniej wspomnianym) tym samym zielonym szlakiem, którym wbiegano 20 października. Następnie uderzyliśmy po szczytach na Świnicę. 2301m rozjebane to już nie byłyby przelewki! Niestety, pan deszcz ponownie powiedział "nie" i atak zakończyliśmy wg mojego garminka na 2179 metrze nad poziomem morza. Niby nowy rekord, ale niedosyt pozostał. Podczas odwrotu skręciliśmy w szlak czarny i myk, myk, myk po ultramokrych kamieniach, a potem po płaskim do Murowańca. Muszę tutaj przyznać, że o ile na Kościelec wszedłem, jako ktoś z nikłym doświadczeniem w Tatrach, bez większych problemów, to Świnica była już o poziom trudniejsza, a zejście stamtąd czarnym dość wymagające. Teraz beka z takich trudności, ale wtedy tak śmiesznie nie było. Z Murowańca zrobiliśmy zbieg na zwanej tak nie bez kozery "pełnej kurwie". Co prawda ja trochę wolniej, niż czołowi schodobiegacze, ale przestraszone nie na żarty miny turystów niezapomniane. Następnie dla dokręcenia kilometerków odwiedziliśmy jeszcze zielonym szlakiem Nosal, piękny sterczący szczyt w pięknych górach i do tego tak blisko. Moim skromnym zdaniem full lepszy dla niezaprawionych turystów od Giewontu, ale o tym później. (jedyny mankament to brak krzyża, aż chce się zawołać: gdzie jest krzyż?). Kolejne 24km.
Trzeci dzień to tzw. "gwóźdź programu". Wyszliśmy Wybiegliśmy z samego rana, wbitka żółtym do Murowańca, poszerzenie składu o znajomą Łoba biegaczkę na nartach (zapomniałem imienia...ale z bicem większym 1,5x od mojego, od twojego czytelniku też zapewne) i atak niebieskim na Zawrat. Atak nieudany dodajmy, bo znowu chmury nie okazały się łaskawe. Niestety, chujowa pogoda prześladowała nas przez 3 początkowe dni i odpuściła dopiero ostatniego. Takie życie. Przeczekaliśmy w schronisku i już tylko we trzech ponowiliśmy atak. Tym razem udanie! Mapa mówi, że 2158m, ja ponownie cieszyłem się jak dziecko, zupełnie nieświadom tego, co oczekiwało przed nami. Ale po kolei. Tuż za Stawem szlak staje się coraz hardszy, z czym moje mierne doświadczenie radziło sobie średnio, jednakże podołałem, a jak. Nadszedł jednak czas na wyzwanie w moim mniemaniu najgrubsze z grubych - Orlą Perć. Świadom, że wypadki śmiertelne zdarzają się jedynie w zimę, więc utrata życia mi nie grozi, zacząłem podążać wzdłuż niekończących się łańcuchów. Na pewno nie pomagał w tym lekki lęk wysokości, z którym walczę już od dzieciństwa, a takie widoki, jak serwowane nawet przy chujowej pogodzie na tym najtrudniejszym na świecie całym czerwonym szlaku walkę tę czyniły bardzo ciekawą. Czytałem kilka internetowych relacji z przejścia Orlej Perci i dominującą opinią jest "ciężko opisać". Zgadzam się, to trzeba przeżyć samemu, polecam z całego serca nieustanną psychiczną walkę o postawienie kolejnego kroku. Z pewnością były to najdłuższe metry w moim życiu, bo około 800 metrów w linii prostej do Koziej Przełęczy pokonałem w jakieś 90minut. Ale ale, nie zapominajmy, że po drodze rozjebane zostało 2228m! w postaci Małego Koziego Wierchu. Orla wije się po grani co prawda jeszcze troszkę dalej, niż doszliśmy, ale mi w pełni wystarczyło. Mimo całej zajebistości przeżycia nie bardzo ciągnie mnie tam z powrotem (chociaż keidyś pewnie nadejdzie taki czas - jak w życiu każdego mężczyzny - że trzeba będzie przejść całą), zdecydowanie bardziej wolę stąpać po twardych szlakach, gdzie zły krok połączony z puszczeniem łańcucha nie równa się śmierci po jebnięciu w granitowe skały. (nie poświęcałem wcześniej nawet 0,5 słowa geologii, bo i nie taki był cel górskich wycieczek, ale zainteresowanym polecam gorąco tę oto książkę). Po zejściu z Orlej Perci, zbiegliśmy żółtym oraz niebieskim do Schroniska w Dolinie 5 Stawów, następnie czarnym, a potem "długa droga w dół" i stopem z parkingu do Zakopca. Grubiutkie 30km w 7godzin zagrane. Poniżej kilka zdjęć z wymyślnymi komentarzami.
typowa sytuacja: Łobo na górze, my walczymy
na Zawracie wiatry harde, ja coś chyba źle robię
gdyby nie pogoda z dupy, widok w tle dupę by urywał

pionowo?
Czwartego, czyli ostatniego dnia, postanowiliśmy jak prawilni turyści odwiedzić Giewont. No bo jak to? do Zakopanego jedzie się przecież posiedzieć na Krupówkach i postać w kolejce do krzyża. Wcześniej jednak wspięliśmy się najpierw na trybuny Wielkiej Krokwi, a potem na sam szczyt Dużej. Robi wrażenie ciut większe, niż skoki w TV i trochę odwagi trzeba mieć, żeby odepchnąć się od belki, a potem wylądować na zielonej gąbce. Jako człowiek z zupełnych nizin (że społecznych - cham i prostak to wiadomo, ale z takich geograficznych też) nie odważyłbym się na trzeźwo i nie mam więcej spostrzeżeń.
Gubałówki w tle nie widać, ale i tak jest zajebiście
Następnie obraliśmy kierunek na zachód czarnym szlakiem u podnóża gór, skręciliśmy w czerwony do góry i zaczęło się bekowo. Pogoda nareszcie była full słoneczna. Ludzi też było full. Ja pierdolę, jaki tłum + jaki festiwal ubiorów i zachowań. Odbiliśmy jeszcze na chwilę w żółty łyknąć trochę wody z Siklawicy i rozpoczęliśmy główną część wspinaczki. Ludzi trochę na szczęście przerzedziło, jednak wyraźnie wyślizgane kamienie (głównie wapieniaki) w podłożu przypominały o niezliczonych "turystach" depczących ten szlak. Doszliśmy do końca czerwonego szlaku u podnóża szczytu i oczom moim ukazał się widok znany dotąd jedynie z foteczek. A jednak to prawda! Oni stoją tam w kolejce :D Odsapnęliśmy chwilę i nastał czas walki. Pochwalić się mogę, że dotknąłem łańcucha dosłownie na 20sekund (Łobo twierdzi, że on w ogóle), minąłem niezliczoną liczbę zakonnic i przy akompaniamencie lekkiego szemrania po 5 minutach byłem na szczycie. Utrzymać się tam trudno, bo ludzi full. Fotkę pod krzyżem wykonać się udało, widok też całkiem zajebisty, ale niebywałym nieporozumieniem jest dla mnie, że na takie dość jednak trudne podejście porywają się matki z dziećmi, kobiety w szpilkach, małe dziewczynki, stare chłopy i cała plejada osób naprawdę miernie przygotowanych na wyzwanie. Trochę jak z ruchem na drogach - jeździć furą chce każdy, ale płynnie i skutecznie umie może co piąty, a reszta skutecznie zapycha. Zejście było jeszcze bardziej bekowe, co tam się można nasłuchać tekstów o bezpieczeństwie wypowiadanych przez tzw. "głupie cipy", to nie mam pytań. My oczywiście bokiem, jaki sens stać w kolejce do dotknięcia łańcucha? Następnie pokonaliśmy barierę 2km n.p.m. wchodząc czerwonym na Kondracką Kopę i niestety z braku czasu musieliśmy rozpoczynać odwrót z Tatr. Ponownie długa droga w dół bardzo przyjemnym zielonym, a potem niebieskim, łyk wody z magicznego źródełka tuż nad Kuźnicami i można było oddać się potreningowej regeneracji w lodowatej wodzie. Jeśli komuś zamarzyłoby się ciąć włosy na bani na 0, nie polecam takiej formy odnowy. Nawet najmniejsze zanurzenie głowy czuć bardzo dobrze i bardzo mało przyjemnie w postaci zbliżonej do kłucia milionem igieł. Kilometrów ponownie udało zrobić się miliard, więc 4 dni zakończyliśmy z przekroczoną seteczką. Piękne góry.
Doszły mnie niedawno słuchy, że podobnie, jak w roku zeszłymw grudniu kroi się mały obóz mazowieckich biegaczy w Zakopcu. Kończenie treningów po 3:32/km w planie, a mnie tym razem w tych pięknych górach nie zabraknie.

niedziela, 21 października 2012

A wy

jakim tempem kończycie swój bieg? Szukałem mocno, ale lepszego ujęcia nie znalazłem. Mina koleszki za płotem zdradza jednak, że był świadkiem czegoś niecodziennego.
Dzisiejszy sprincik natomiast (jak każdy autorstwa Morawskiego) na ogromnym propsie i jedynie szkoda 3 minut wjebanych ultragłupio na punktach numer 3, 5 oraz 24, bo mógłbym prawie walczyć o podium. W sumie zawalczyłem, ale o to w drugiej dziesiątce, bo zakończyłem na zaszczytnym, wysokim i bardzo dobrym 12 miejscu. Troszkę bardzo przypał przegrać z kolegami, od których "czuć było, że poprzedniego wieczora spożywali alkohol", ale co poradzić... Recepta i plan do wiosny prosty. Za-pier-dalać na tre-nin-gach! (ewentualnie wyczytywać wszystkie statusiki i słitfoteczki podwójnego brązowego medalisty tegojesiennych MP)

sobota, 20 października 2012

Nie mieści mi się w głowie

Rzadko kiedy zdarza mi się napisać notkę świeżuteńko po powrocie do domu z zawodów. Rzadko bowiem kiedy zdarza mi się biegać na tak niebywale aktualnej mapie, jaką dziś zaserwowali uczestnikom swoich zawodów organizatorzy z jakże polecanego ursynowsko-natolińskiego klubu.

Wrzucam marnej jakości zdjęcie mapy użytej na tym samym Pucharze UNTS, ale 5 lat temu. Skala jest co prawda 1:15000 i nabazgrane są moje bekowe przebiegi, ale ogólny sens będzie widać. Polecam sobie porównać ją z tymi z dzisiaj, które zapewne dość niedługo zostaną wrzucone tutaj, uwzględniając możliwe do zaistnienia zmiany lasu przez 5 lat. Otóż okazuje się, że "las króla Jana" prawie nie zarósł, a w gęstwinach nie powstała ani jedna polanka lub ścieżynka!
Wrzuciłbym sam moją dzisiejszą, ale dobrym wzorem dwukrotnego tegorocznego medalisty MP (co ciekawe, wzorem spowodowanym również "zawodami" ursynowsko-natolińskiego TSu) wypierdoliłem ją do kosza niezwłocznie po podbiciu mety. Nie chwaląc się nadmienię, iż od ostatniego punktu biegłem tyłem.
Nie mieści mi się w głowie, jak polecany klub może zrobić imprezę na orientację i nazwać ją zawodami na mapie sprzed 5 lat z nowszymi zmianami, które ciężko nazwać kosmetyką. Nie mieści mi się w głowie, jak pod tym wszystkim mogą podpisać się organizatorzy zajebistych warszawskich sprintów. Nie mieści mi się w głowie, że taką mapę serwuje klub, który szerokim łukiem omija polskie zawody z marnymi mapami, jeżdżąc wtedy (słusznie) na dobre zagraniczne tereny. Nie mieści mi się w głowie, że takie zawody robi kandydat na łooo prezesa Polskiego Związku Orientacji Sportowej. Jaki to sygnał dla innych? Dajmy chujową mapę, może nikt nie zauważy, że jest chujowa? I jeszcze postawmy punkt w dołku w zielonym koło niby innych dołków i drzew, gdzie nie gra ni chuja kurwa nic? Jako żywo przecież przypomina to minione KMP, po których psy na mapkarzu wieszali wszyscy i każdy. Napiszę na wszelki wypadek jeszcze raz na koniec - nie mieści mi się głowie.

poniedziałek, 15 października 2012

Loneliness of a LONG Distance Runner

Miałem 22 lata około, gdy w Załęczu Małym dostałem wpierdol od całej kategorii. O tak sparafrazowałbym znanego skrzypka. Fakty na temat wczorajszych Długodystansowych Mistrzostw Polski (czyli tytułowego tak zwanego LONGu) są bowiem przytłaczające. 160minut walki głównie o to, żeby biec, a nie iść, 39minut (albo 32%) straty do pierwszego Rycha (nowego blogera, co prawda niepolecającego mnie w ulubionych, ale jakbym miał wymieniać, gdzie mnie nie polecają (a mogliby naprawdę małym nakładem sił), to by chyba tuszu w długopisie nie starczyło), 33 do podium, 22 do "zakładanego" ósmego oraz 14 do trenera Karola. Chyba spadek do "eliciarskiej" III polskiej ligi. Na trasie koledzy z kategorii mijali mnie jak jebaną furmankę. 13 miejsce na 13 chętnych do wystartowania. A wieczorem odczuwałem taki ból w nogach, że nie byłem w stanie leżeć w łóżku. Co ja sobie myślałem i czego realnie oczekiwałem? Czy było warto? Na chuj się męczyć? Odpowiedzi szukam, czasu jest tak wiele.
słaby jak gówno, a nawet nie leży na mecie
fot. M. Siess

czwartek, 11 października 2012

To andergrand i mejnstrim

Nie ma co ukrywać, zamiast pisać piękne noteczki zajmowałem się przez ostatnie dni jedynie słuchaniem nagrywek Rycha Peji i Decksa. Całkiem dobre, polecam. Jak pewnie co niektórzy pewnie zauważyli, próbowałem również na tzw. "pełnej kurwie" wjechać z tzw. fanpagiem facbukowym. Czy 88 "lubiących to" na 278 zaproszonych znajomków (31,6%) to dużo, czy też nie, nie mi oceniać. Jeśli jednak miałbym oceniać :D to trochę mało. Cóż, nie pierwszy raz mi się coś nie udało i z pokorą muszę przyznać, że ekspansja się na razie nie powiodła. Nie rozumiem tego do końca, ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogą chuj wbijać w bieganie, a tym bardziej na orientację, inni mają mnie za chama i prostaka (służnie zresztom), a jeszcze inni są zniesmaczeni ilością mięsa w powietrzu latającego. Haha, jebać to :) zatem, wrzucam więc fotkę z tzw. kursu kartowania geologicznego.
polecam dorodne jeżyny z sondą w ręku
Przechodząc do meritum, dzisiej trochę po północy ukazała się lista zgłoszonych na zbliżający się wielkimi krokami mistyczny LONG. 24,3 kilometra w nie za bardzo wiem jak ciężkim lesie oczekuje. Ja po zdecydowanym odpuszczeniu takich zabaw w roku zeszłym, a nawet pierdoleniu jak potłuczony o domniemanej wyższości przebiegnięcia 0,7maratonu po ulicy (co niniejszym oficjalnie muszę odszczekać), w roku tym już pewien czas temu podjąłem zdecydowaną decyzję o starcie. Niestety, od tamtego czasu "trening" (czasami robię coś bez gpsa, więc przestrzegam, że nie jest to 100% obraz) szedł mi jak po grudzie, więc za niecałe 60 godzin stanę do walki słaby jak gówno. A może nawet troszkę słabszy. I na podstawie tej listy, można śmiało podzielić stawkę na tytułowe mejnstrim i andergand (bez wnikania w to, że dobrzy przedstawiciele podziemia zjadają na 2śniadanie 90% znanych raperów), przy czym dla siebie obiektywnie przewiduję miejsce w okolicach 10-11. I tak jak przed minionymi kwidzyńskimi Mistrzostwami Polski szczyt marzeń definiowałem jako top10, a udało mi się na biegu nocnym zająć wysokie 11 miejsce, tak teraz szczytem marzeń jest top8 (równające się ło kurwa, 1 klasie sportowej!!!).
Nie byłbym sobą, gdybym nie spektakularnie nie zapowiedział notek, które ukażą się w najbliższej przyszłości. A więc (w kolejności nie wiem jakiej): "MP Kwidzyn + starty po MP aż do dzisiaj", "maj-czerwiec-lipiec 2012 na orientacyjno biegowym szlaku", "5 dni w Tatrach - Piękne Góry + Bocheniec 2012", "GEZnO 2011" - :DD

poniedziałek, 1 października 2012

Tytuł posta

Niestety, czas, który zamierzałem poświęcić dzisiaj na internetowe pisarstwo, spożytkuję oglądając podobno przekozak relację z ubiegłosobotnich Mistrzostw Czech w klasyku. Nadmienię jedynie, że do ich rozegrania wybrano teren ciut ciekawszy niż jebiące kapuchą z papierni okołokwidzyńskie plantacje pokrzyw, jak to wybrano w tym roku w Polsce. Z kronikarskiego obowiązku dodam także, że obecna była (a jak) delegacja OK!klubu (opis sukcesów zapewne będzie na oksport.bakaliowakraina.pl/ - swoją drogą polecam ładnie rozbudowaną ostatnio sekcję mapy - niby taki niepolecany klub, a "Lasu Króla Jana" nie musimy odświeżać w nieskończoność). Kontynuując kronikarski obowiązek, 2osobowa delegacja tego polecanego klubu też była (chyba z zamiarem odniesienia 2 zwycięstw) i nooo nie wygrali. Natomiast w D20C grube sukcesy.
Ja w ten wikend miałem przyjemność (chociaż mój nos nie za bardzo) biegać na zrobionej ultranajnowocześniejszymi technikami mapie koło Pabianic, o czym szerzej na tych łamach oraz (tu niespodzianka) zielonysport.pl zapewne wkrótce.
"glaca w słońcu błyszczy, jakby kto? kosił"
Z innych bekowych spraw to zadałem sobie trochę trudu i policzyłem, ile osób startowało w lansowanych aż niemiło na orienteering.waw.pl zawodach w jeździectwie rowerowym.  Średnia z 3 dni wyszła 46. Chyba więcej widziałem na tych podmiejskich zawodach w Starej Wsi na początku września. Chyba 46 to dość mało, jak na ogólnopolskie zawody. Chyba biegaczy na orientację jest nieproporcjonalnie do finansowania więcej. Bo chyba w  tym jeździectwie ciut łatwiej o międzynarodne sukcesy.
Na na na do widzenia 4 ogłoszenia, w tym jedno pilne. Proszę nie bać się odpowiedzieć.
1. pilnie poszukuję zainteresowanych podróżą z okolic Warszawy na Puchar Śląska w ten wikend, 6-7 października, Wołów/Oborniki Śląskie. Zgłoszenia do jutera, więc pilnie! (ewentualnie mogę biegać w Puławach, ale chyba jeszcze nie jestem (ani moja prawa kostka) psychicznie przygotowany na wizytę w tamtych okolicach))
2. poszukuję pana do pary na GEZnO, 9-11 listopada, Pcim
3. cała Polska w cieniu Śląska :(
4. pisałem kiedyś o kwestii Nightwish/wokalistka, że życie idzie do przodu i nawet do niedobrych zmian trzeba się przyzwyczaić. Cóż, 5 lat im zajęło zrozumienie, że Anette << Tarja i nareszcie rozstali się z przygrubym śpiewackim noskillem.

czwartek, 20 września 2012

Gott mit uns (före Polish Champs)

Napisać noteczkę - niby prosta sprawa, prawie codziennie od pół roku idę spać z takim postanowieniem. W końcu ponaciągam te przebiegi, wybiorę foteczki, dodam kilka mądrych słówek od siebie i przestanie w tej szaro-pomarańczowej scenerii powiewać chujem, a liczniki odwiedzin poszybują w górę. Nic takiego się niestety nie dzieje. Ostatnio desperacko próbowałem zainstalować blogaska na skądinąd najlepszym portalu o BnO w całej Polsce biegnaorientacje.pl (byłby nawet dostępny pod zawadiackim adresem tadziu.biegnaorientacje.pl). Nic z tego nie wyszło. Spójrzcie bowiem tylko na szerokość kolumny i ogólnie wygląd np. tego. Bajery dookoła fajniutkie, ale tu o nietuzinkową treść przecież chodzi. Około 13 wyrazów w wierszu nie jest spełnieniem moich marzeń (bo i nie piszę "Pana Tadeusza", chociaż tam bardziej sylaby się liczyły).
zasadniczo to spędziłem 3tygodnie
na malinach, taaakie wielkie
Historię zacznę może od późnego środka. Po powrocie z niezmiernie udanego, obfitującego w nowe doświadczenia i mało monotonnego kursu kartowania geologicznego w Bocheńcu, gdzie wcale nie odmawiałem alkoholu, z dniem 30 sierpnia oficjalnie rozpocząłem jesienną część sezonu.
Poklikałem gdzie trzeba, powybierałem dogodne starty i terminy i zadowolony pojechałem w okrągłą 73 rocznicę niemieckiej agresji na polskie ziemie na pierwszy sprawdzian sił i mocy do Nałęczowa. W planie był sprincik w parku po południu, nocny w jarach i parku w nocy (dziwne) i klasyg na mapie z longa'07 rano. Tak więc 3 razy mapa w niecałe 24 godzinki. Po zadziwieniu wszystkich napotkanych łysą banią mogłem w swojej zerowej minucie wyruszyć. Kto widział, może potwierdzić: ło kurwa co to był za ogień! Dobiegłem do drzewka przy rowie, zadowolony, że pk nie stoi od strony nabiegu okrążam je, żeby podbić i ... aaa. Już 20 sekund do tyłu. Skończyły się fajerwerki, zaczął się typowy dla mnie bieg "na średniości". Wbijałem punkcik za punkcikiem, na każdym dostając po kilka sekund, 7pk nawet wygrałem cisnąc przez środek żywopłotu (do przejścia czy nie? - to jest jedna z nieuregulowanych zasad sprinterskich chyba, moim zdaniem skoro ma dziury, nawet na tyle małe, że niemożliwe do odwzorowania na mapie, to nichuja nie może być nie do przejścia. Inna sprawa, że co zawody i klub - to inny wydruk (łoooo byle ofsetowy, bo  w 2010 i 2011 były punktasy do konkursu (a od 2012 punktacja tego już nie uwzględnia)) i jak tu na 1 rzut oka ocenić, czy jest czarny 50%).
lodem na eleganckości obłożone,
lepszych foteczek nie mam
W każdym razie z może nie największą, ale dość sporą satysfakcją z biegu z mapą zmierzałem w kierunku mety, gdy dobiegając do 15pk zauważyłem możliwość przebiegnięcia przez coś, co na mapie było budynkiem, a tera zostało tylko metalowe obramowanie. Dla głodnych zdjęć lotniczych tutajNa ziemi leżały jakieś pręty, więc postanowiłem skoczyć nad nimi, lądowałem na prawą nogę i jeb! usłyszałem taki mały mistyczny trzask, nie pierwszy zresztą raz, ale tym razem pochodził on z mojej stopy. Okazało się, że wylądowałem na innym pręcie, ukrytym pod trawą i zawieszonym ok. 10cm nad ziemią. Wylądowałem na nim piętą, palce zawinęły się pod spód i dalej biec już nie mogłem. Doczłapałem się do końca, tracąc kilka miejsc (wyniki zginęły), po paru godzinach pan rentgen powiedział, że przeżyję i nic niepołamane i mogłem zająć się rekonwalescencją. Przygoda z lubelską orientacją w tym roku zakończona i zdecydowanie nieudana. Nawet, jeśli przybiegłbym w pełni zdrowia, przegrałbym ten sprincik o 1'-1'30" z grajkami typu Kruk, Owczarek, Drągowski czy Szuryga (gdzie te wyniki????). Nawet kurwa nie zaczełem sezonu startowego, a już się skończył - o takie myśli miałem w głowie. Problemy z kostką przytrafiają się raczej tym, którzy niedostatecznie ją rozgrzali i mają dość słabe mięśnie/ścięgna/co tam jeszcze ją trzymające. Uważałem się za raczej mocnego w tej dziedzinie, a w tym roku wykonałem tyle ćwiczeń stabilizujących, co nigdy. W głowie ułożyłem to sobie tak, że wbiegłem w takie miejsce i postawiłem stopę w taki sposób, że musiało się tak zakończyć, nie było szans na odbicie do prawidłowego stanu po prostu. I tego się trzymam, a szybki powrót do jako takiego biegania mnie w tym utwierdza. Wracam mocniejszy!

pszebiegi

o tu!

Na szczęście skręcenia kostek/blabla z torebką stawową też dla ludzi, więc jak najprędzej przystąpiłem do niwelowania niepożądanego obrzęku. Dzisiej, po 19 dniach żywienia cudownym zielonym Pferdebalsamem wygląda już całkiem ok. Rychło w czas, bo jutro i za 3 dni wyczekiwane od roku nocne i klasyczne MP. (a komunikatu technicznego jeszcze  (16:30) kurwa nie ma!)
W międzyczasie, 8 i 9 września postanowiłem wystartować we w miarę nie obciążającej kosteczki rowerowej jeździe na orientację. Okazja była wyśmienita, bowiem "centrum" znajdowało się zaledwie 8km od mojego domu, za lasem. Poczyniłem niezbędne przygotowania i uzbrojony w mapniczek własnej produkcji i zielony kask sprzed 10 lat (na propsie) stawiłem się na starcie. A potem na drugim. A następnego dnia na trzecim. I tak pedałowałem po piochu, kumulując zmęczenie i nie odnosząc spektakularnych sukcesów. Wyniki tu, tu2 i tu3. Na pewno dawał się we znaki brak jakiejkolwiek aktywności przez prawie tydzień wcześniej oraz mizerne doświadczenie jako jeździec orientacyjny. Oprócz tego podczas 2 etapu współpracy odmówił mapnik (pękła i odpadła w pizde podkładka), ale na 3 ruszyłem z udoskonaloną konstrukcją, która sprawdziła się cudownie. A i po tysiącach przejechanych korzeni mogę śmiało stwierdzić, że każdy parający się tym sportem może i nie ma "balls of steel", ale "ass of steel" ma na pewno. Szczególnie w pamięci zostanie mi też niedzielny klasyg, który miał mieć 28km, a ja ze średnimi błędami przejechałem 41, więc miał koło 38. Po piochu i korzeniach. Leniwym czytelnikom nie klikającym w linczury napiszę, że zajęło mi to raptem 167minutek, a najlepszemu Jacowi Wojtowiczowi 141. I tak, jak dość często intryguje pytanie "a ile by to biegał Hubbman/Gueorgiou/Lundanes(/teraz na topie Kyburz, na pewno czytasz, więc propsy dożywotnie Matthias :D ) skoro polski eliciarz X biegał ileś tam, a jak jedzie z nimi rywalizować to dostaje luźną minutę na kilometrze w piździec?", tak tutaj ciekawe, ile jeździliby po tym budującym wydmy na mapie Skarbonka piochu wszędobylskim najlepsi na świecie. Na koniec pedałowego wątku nadmienię, iż w porównaniu z jeżdżeniem w Międzylesiu/Zagórzu, orientacja rowerowa była full trudniejsza.




Po dobrych 100km (podliczonych przez pana endomondo) na rowerze w wikend, w poniedziałek obudził mnie hardy ból w obu nogach. Czyli jednak udało się coś zmęczyć i wykonać w ramach treningu. Zadowolony, czekając na Grande Finale Szybkiego Mózgu 2012, gdzie przewidywałem stoczenie batalii o 4 miejsce, we wtorek wykonałem 2 w życiu trening na schodach. Ponownie na lewoskrętnej klatce, ale tym razem nie z przypadku, ale dlatego, że taka też miała nas (mnie i gwiazdę towerruningu Łoba) czekać w Ołomuńcu. Poszlifowaliśmy technikę, ja zajebałem się aż miło dosłownie półgodzinnym treningiem i wzmocniłem (dość niesłusznie) pewność siebie.
Następny dzień (12 wrześniowy) okazał się być historyczny. Teren zmagań wydawał się być dość prosty, ja nie czułem się zdolny biec na 100% ze względu na trochę jeszcze niedomagającą kostkę. Start "elity" nie był zbyt medialny i spektakularny, bo większość uczestników biegała wcześniej, ale na twarzach rysowała się spora determinacja i skupienie. Najwięcej udowodnić chciał chyba późniejszy zwycięzca, czyli Papuuuś. Ja startowałem pościgowo jako 4, traciłem 3:45 do 1 Krzysia i 2:25 do 3 Łoba, 10 sekund za mną trener Karol, a za nami komfortowa przewaga. Trasa okazała się tak ociekająca zajebistością i wyciskająca co się da z terenu, że nie odmówię sobie przyjemności opisu punkt po punkcie :) 1pk łatwiutki, wbiegam w podwórko - nie ma, obiegam od góry - o, też nie. Już jest ze mną Karol, stop na doczytanie mapy - aa, podjazdem w dół. 2pk - zły wariant z mojej strony, rozdzielamy się, 3-5pk - łatwiejszy fragment, weryfikuję stratę, jesteśmy razem, 6pk - małe wspólne zawahanie w podwórku, na odbiegu skaczemy przez przerwę w balustradzie (o grubości kresek później), 7pk - wychodzę na prowadzenie, 8pk - znowu kurwa zły wariant, 9-12pk - Karol powiększa nieznacznie przewagę, ja zagłębiam się w lekturze dalszych punktów. Tutaj zobaczyłem, że mam szansę wygrać, bo moje tempo "na średniości" było tylko minimalnie słabsze od prezentowanego przez Karola - spodziewałem się po nim więcej. 13pk - różne warianty, nabiegając widzę bezradnego Karola przy filarze, kurwimy na brak punktu, po czym dostrzegamy go na innym (dobrym) filarze. 14pk - wychodzę na prowadzenie. 15pk - tracę prowadzenie, bo szukam go na wcześniejszym drzewku. 16pk - zostaję sam na dobrym wariancie, jest szansa na ucieczkę. 17pk - widzę nabiegającego na 16 Karola dopiero za rogiem budynku, więc mam koło 20" przewagi, wbijam pewnie i odbiegam 180stopni nie w te strone. 18pk - staję przy Górnośląskiej, nie mam czasu zastanowić się nad własną głupotą, zawracam i podbijamy razem. 19pk - coś czuję, że może stać wyżej, ale nie doczytuję w pędzie, zbiegamy podjazdem, wracamy, o jest. 20pk - bekowo wbiegamy na górę, widzimy punkt metr w dół od nas, ale kreska jest przecież gruba, więc obiegamy, cały czas razem. Z perspektywy czasu łatwy punkt, ale weź to wczytaj na prędkości w ciemności. Odbiegając wiem, że została mi ostatnia szansa, a żeby z niej skorzystać muszę biec z tyłu. Tutaj też nkla robi Łobo, ale jeszcze tego nie wiemy. 21-22pk - staram się puścić Karola przodem, na terenie szkoły udaje się, rychło w czas. 23pk - niezwłocznie skręcam w lewo, Karol zatrzymuje się na chwilę i kontynuuje prawym wariantem. Zaczynam bieg o życie. 24 - kontunuuję na miarę swoich średnich możliwości. 25 - oglądam się za siebie, niezagrożony podbijam. Trybuny szaleją itd. Wielkie Zwycięstwo. Przegrałem ponad 4 minuty, zrobiłem luźne 3 minutki full głupich błędów. 
propsy od Morawskiego!

Pobiegowa analiza ujawniła, że oprócz często spotykanych symboli płotu/muru nie do przejścia, płotu do przejścia oraz muru do przejścia, zastosowany został symbol ścianki skalnej do przejścia. Problem w tym, że kreska ta jest ciut cieńsza od "nie do przejścia" oraz sporo grubsza od "do przejścia". Biegając, wszystkie takie uznawałem za nie do przejścia, co na pewno uczyniło trasę ciekawszą, ale mapę mniej zrozumiałą. Nie rozumiem do końca tego zabiegu, czemu nie były to po prostu "szare" mury do przejścia. Była to najlepsza sprinterska trasa, którą biegałem w Polsce (za granicą nie biegałem w sumie żadnej w mieście...) w tym roku, zrobiona na ultradopieszczonej i wyklikanej w ocadzie mapie. Podobno 21 października znowu sprint na Solcu, pozostaje mieć nadzieję, że będzie on wydłużony, aby jarać się jak pochodnia orientacyjnymi wyzwaniami przez co najmniej 25minut biegu.
W zeszły piątek nadszedł czas na debiut w bieganiu po schodach. Wcześniej z uwagi na kosteczkę, podjąłem (jak się okazało po jakości mapy - mądrą) decyzję o uniknięciu startu w KMP w okolicach Nowego Sącza. Kalendarz na stronie towerrunning.com brałem pod uwagę przy układaniu możliwych startów, ale w optymalnych warunkach wybrałbym KMP. Cóż, pozostało zapakować się w pociąg i wyruszyć do niewidzianego od 4 lat miasta, w którym byłem świadkiem jedynego do tej pory WOCa. Następny dopiero jako zawodnik :D Misternie rzeźbiona fontanna w każdym razie cały czas stoi. Bieganie po schodach jest dość specyficzne - wywołuje uśmiech politowania, ale ja nie zaznałem jeszcze fizycznej aktywności bardziej wyczerpującej w tak krótkim czasie. Ogień w udach gwarantowany, w bani się kręci, nogi uciekają, a na koniec jeszcze kaszel, jak po dobrze wentylującym przełaju w zimę. Po zaledwie 2 minutach wysiłku. Formuła zawodów bardzo przystępna - festyn z licznymi stoiskami sponsorów na placu przed budynkiem. Sam bieg - ok. 150metrów trochę krętego dobiegu, a potem 18 pięter po 11 schodów na półpiętro. Do finału miało wchodzić 22 najlepszych z eliminacji i mocno liczyłem, że co jak co, ale więcej niż 20 lepszych schodobiegaczów ode mnie to nie będzie. Rzeczywistość - jak zawsze - zweryfikowała, tym razem dość boleśnie. Zacząłem w miarę spokojnie, żeby nie wystrzelać nabojów przed schodami, napierdalałem pięterko za pięterkiem gdzieś do 11, kiedy to jeb! zacząłem iść. Chyba za sprawą zbyt dużej ilości mlekowego kwasu. Na 13 ogarnąłem się i podbiegłem do końca, ale coś czułem, że może być cienko. Na górze zadowolony Łobo mówi, że pobiegł 2:10 na lajciku i w ogóle na 1 nodze. Raczej nic nie odpowiadam, tylko zwalam się na podłogę, fajne uczucie nie być w stanie ustać na nogach. Windą w dół z tego 18 piętra, po pewnym czasie ukazują się wyniki. Ja 2:25, chyba bez szans. W sumie przygodę skończyłem na miejscach 3 i 8, czyli 38. Do 22 zabrakło 10sekund, czyli w chuj. Czyli chujowo. Ale co począć, potruchtałem trochę cały czas ogłuszony mocą wysiłku i mogłem pakować mandżur. Po godzince tych 22 najlepszych  cisnęło pod górę jeszcze raz, niektórzy chyba też się wypsztykali za mocno w 1 biegu, bo nawet powyżej 2:20 zrobili. Ja oglądałem wszystko z podobno nieodłącznym browarem w jednej i langoszem w drugej ręce. Wygrał Słowak, który mieszka w Czechach, biega na 400 przez płotki i podobno rozpierdala każde takie krótkie schody. Krótkie, bo średnia to ok. 40 pięter i np. we Wiedniu biegane 3razy. Zajęło mu to 1:53, więc szybkie liczenie daje mi 32sekundy i 28% straty. Najlepszy z Polaków - Piotr Łobodziński z 1:55 był 3. Trochę przepaść mnie dzieli od tego, ale procentowo podobne rezultaty odnoszę w "orientacji sportowej". Wyniki eliminacje i finale.
Podobno w Polsce rozgrywane są tylko 3 biegi na schodach w roku: na Rondo1 w maju, na wieżę kościoła w Bielawie w lipcu i na hotel Altus w listopadzie. Te ostatnie to Mistrzostwa Polski i chyba się tam pofatyguję. Ale wypadałoby być ciut mocniejszym. W każdym razie w towerrunningu drzemie spory potencjał, Czesi już to dostrzegli, a w samej Warszawie z powodzeniem możnaby cały taki cykl urządzić.
Na powrót z Ołomuńca przeznaczyłem 2 dni. Najpierw ciopąg do Czeskiego Cieszyna, stamtąd z buta do naszego Cieszyna (na szczęście nikt do nas nie strzelał na moście granicznym), tam spanie, rano busik do Bielska-Białej, tam trochę oczekiwania, potem autobus do Międzybrodzia Żywieckiego, gdzie o godzinie 19:30 wystartować miał Wieczorny Bieg na Górę Żar. Te prawdziwe biegi górskie (nie falenicki) dzielą się na alpejskie - cały czas pod górę i tylko to oraz anglosaskie - raczej dłuższe i góra-dół. Akurat ten był alpejski (chociaż minimalnie zbiegać też trzeba było), przewidziany na ~2,5km, ~350m przewyższenia i ~16minut dla zwycięzcy. Łobo przestrzegał mnie, że raczej 20 minutek nie złamię i raczej nie wygram z najlepszymi kobietami. Zbyłem go śmiechem, ale słowa były prorocze. Nie czułem się jeszcze komfortowo z kostką, więc postanowiłem  nie szarpać zbytnio początku, puściłem mocniejszych chłopów (ale żadnej kobiety) przodem i zacząłem swoją walkę. Biegło się przyzwoicie, jak to pod stok narciarski zakosami. Uważałem oczywiście full na kamienie w podłożu.
wciągam niewidzialną linę chyba
Mniej więcej w połowie niestety ogień w łydach osiągnął zenit i zmuszony byłem po chamsku leźć pod górę. Trochę szedłem, trochę podbiegałem a tu pyk! mija mnie jedna, a zaraz za nią druga kobieta. Próbowałem trzymać, kto by nie próbował, ale nidyrydy, wróciłem do normalności. Jeszcze na "sprinterskiej" końcówie minął mnie jakiś koleszka z uwagi na kosteczkę i stacja końcowa kolejki. Meta. Patrzę na sikor, a tu: 20.01. Taki chuj. Z ciekawostek to na szczycie tej góry znajduje się zbiornik wodny elektrowni, a powrót był kolejką. Na szczycie nie czekał niestety Grubson ze swoim przebojem. Wg wyników podbiegałem 20.03, ale wierzę bardziej swojemu garminowi. Do 1 straciłem 4:12, czyli 26%. Do najlepszej kobiety - minutkę.
Po biegu okazało się, że pani zwyciężczyni jedzie w pożądaną przeze mnie stronę i zgodziła się mnie zabrać. Tak oto przez 2godzinki drogi Międzybrodzie Żywieckie - Trzetrzewina poznałem sporo historii życia 50-letniej Izabeli Zatorskiej (życie w maratonie 2:25, 10km - 32:coś). Wstyd jak chuj, żeby 22-letni chłop był słabszy od 50-latki. W sumie wstyd też mieć opuchniętą kostkę.
Tak oto spełniłem swoje marzenie, czyli pojechałem na zawody w BnO, na których mógłbym biegać jedynie jako kibic. Przespałem się trochę na krzywy ryj :D na sali, niestety nie zostałem przyjęty na żaden materac ani do śpiworka. No cóż, wstałem rano, kupiłem browarki i poszedłem delektować się najbardziej emocjonującą konkurencją w całej światowej orientacji, czyli klubowymi sztachetami. Zdziwienie łysą pałą było nawet większe, niż na początku września, z mojej perspektywy ciekawe jest słuchanie kolejnych pytań, wygrywa chyba "zapisujesz się do wojskowego klubu?" Cały poranek poświęciłem na słuchanie doniesień na temat bardzo dobrego wykonania mapy z soboty oraz przebiegu dotychczasowej rywalizacji. A była ona rzeczywiście dość ciekawa - chipa zgubił członek murowanego faworyta, na 1 zmianie poległo wielu mocnych zawodników, a wielu niby średnich grajków przybiegło z przodu i zasadniczo sporo było rozstrzygnięte już po nocnych zmianach. No dobra, nie miałem prawilnego krzesełka, ale zacząłem śledzić nie moją rywalizację. Po pewnym czasie zdałem sobie sprawy, że chyba jakiś pan organizator mógłby cokolwiek mówić przez majka. Niestety, jedynie "sędziowskie komunikaty". No to może dowiem się, ile kto biegał z tablicy wyników - no nie. Na duchu podniosła mnie jedynie wiadomość, że duch w narodzie nie zginie, bo tankowanie browarków było na porządku dziennym podczas nocnych zmian. Haha, rok temu patrzyli się na mnie jak na kosmitę z piwkiem świeżo po biegu. Nazwy klubów na czołowych pozycjach zaskoczyły chyba nawet najpilniejszego obserwatora polskiej orientacji, "no kurwa, nawet PUKS przed nami". Południowe włajaże dobiegły końca. KMP nie skończyły się jednak w niedzielę. Poniedziałek był dniem niespotykanej dotąd internetowej ofensywy orientacyjnej. Atramentu litry wylali co tu poprawić, a mi po obserwacji biegów: po schodach w Ołomuńcu, pod górę w Żywcu oraz na orientację w Trzetrzewinie nasuwa się jeden, ale za to zajebiście ważny wniosek: w orientacji brakuje zupełnie najliczniejszych i najaktywniejszych w innych onych biegach oraz mogących wydać najwięcej "pieniążków" przedstawicieli grupy wiekowej 35-60. (najprostsza implikacja: nie ma hajsu = nie ma dobrych map = KMP)  Przecież oni nie wyparowali, bieg na orientację jest najlepszym możliwym typem biegu, full lepszym i wymagającym od ulicznego, czy nawet takiego górskiego. Chyba musieli się czymś do orientacji zniechęcić. Chyba niedługo wybory władz związku. (napisałem jeszcze małego komentka wyrażającego moje zdanie tutaj)
Natomiast ten (trwający) tydzień stoi pod znakiem full intensywnych przygotowań do nieubłaganie zbliżających się MP. Zaległości treningowe są (nie tylko przez kosteczkę...), zaległości w bieganiu z lampą też. Nie oczekuję cudów. 3 treningi tego nie zmienią, chociaż trochę pewności i zapomnianego doświadczenia zyskałem. Na szczególną uwagę zasługuje wczorajszy na najlepszej mapie w okolicy. Przezornie wybrałem wersję bez dróg. Było twardo. Każde możliwe zielone zwiedzone, kierunek stracony dziesiątki razy. 85 dobrych minut poświęcone na przebiegnięcie 12 wartościowych kilometrów. Wystarczyło, na wszelki wypadek skróciłem nieco traskę. Beka z tych przebiegów.
Wejście w top10 w którymś (bardziej nocnym) biegu będzie dla mnie sukcesem. Sprinterskie sztachety z braku partnerek w klubie odpuszczam, oby były lepsze do oglądania niż wyżej wspomniane. Wytrwałym czytelnikom gratuluję wytrwałości. Dozo na empe. Na koniec jeszcze tradycyjnie, utwór instrumentalno-wokalny z tytułu.

środa, 12 września 2012

Unexpected podium place (fucking unexpected)

Z ogromną przyjemnością napisałbym już teraz obszerną na miliard słów noteczkę, ale wolę przeznaczyć ten czas na sen. Zdarzeń i wrażeń z moich biegowych podbojów ostatnimi czasy oraz pomysłów, jak je perfekcyjnie internetowo opisać w każdym razie nie brakuje. 
nie każdy podiumista miał kombinezon UNTSu
Dzisiaj natomiast śmiało mogę napisać, że odnotowałem największy sukces tego sezonu (przebijający 270 miejsce na 7 zmianie oraz 268 łącznie na Jukoli) - ukończyłem nierówną, 5-etapową, ale liczyły się 4, rywalizację w Szybkim Mózgu 2012 na historycznym, 3 miejscu! Do ostatniego, "pościgowego" biegu (mapa) startowałem jako 4, mając już 10sekund za sobą następnego zawodnika. Nietrudno zgadnąć, że "spotkaliśmy się na trasie" i to nawet przez całkiem długi okres czasu. Co się błędów najebaliśmy przez te niecałe 20 minut - to nasze. Kluczem do sukcesu okazało się to, że korzystając z chwili orientacyjnego wytchnienia po południowej stronie Trasy Łazienkowskiej bardzo dokładnie wczytałem 3 ostatnie punkty, a najdokładniej numer 23, tam też puściłem Karola przodem, sam pyknąłem lewym wariantem, wygrałem ten przebieg  i pstryk! podniecony jak nigdy mogę sobie napisać noteczkę. Występ w porównaniu z innymi średnio/marnie zadowalający, ale dzisiaj liczyła się bezpośrednia walka (i liczenie na to, że ktoś z pierwszej trójki nie podbije jakiegoś punktu) przecież.
PS. Zdjęć fanek na mailu do tej pory nie odnotowano...kariera blogera przez ten brak atencji wisiała nawet na włosku, ale jeszcze się nie poddałem, a włoska uciąłem.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Exclusive trainings with Polish tower running elite (fucking exclusive)

na prawo elite, na lewo elite, w środku chulite
Nie, jeszcze nie doszło do tego, aby na tych skromnych łamach dominować zaczął język angielski. Jednak nikt mi tytułu stylizowanego na miszcza nad miszczami napisać nie zabroni. Po oszałamiającym wstępie pora na kilka zapewnień:
1. wykresik po lewej jest zdania, że ktoś jeszcze moje internetowe progi odwiedza, dziwi mnie to każdego dnia coraz bardziej :)
2. na polskiej scenie blogasków orientacyjnych panuje niesamowita zapaść, zapoczątkowana bodaj przez samego Mistrza Polski, postanowiłem też się w nią wpisać (inna sprawa, że kto normalny w wakacje czytałby wypocinki orientacyjnych "leszków", którzy na żadne Mistrzostwa tego albo tamtego się nie załapali)
3. po równie oszałamiającym, co wstęp, pierwszym roku działalności blogaskowej zauważyłem wyraźny zanik jakiejkolwiek chęci do głębszego opisu mych orientacyjnych przeżyć oraz ich publikacji. Styl "jebać to, jebać tego" nie wiem czy jest taki mądry, trzeba pisać więcej "jaki jestem fajny, co to nie ja, czego to nie zrobiłem, ile razy byłem na obozie w relevant terrainie i chuj z tego wyszło, ale jestem zajebisty", nie zapominając o "nie ustrzegłem się błędów" oraz "xxx zajął WYSOKIE, 39 miejsce" - odpowiadam od razu ocb - wysokie to w okolicach top6, 39 to chujowe. Także pamiętajcie drodzy czytelnikowie - z marnych blogierów, tak jak z marnych raperów i spasionych wieprzy - nieustająca beka. 
4. nieudanych prób napisania dobrej noteczki przez ostatnie 3 miesiące (tak, ostatnia takowa datowana jest na 28 kwietnia) nie sposób zliczyć, po prostu nastąpiło pewne wypalenie. Albo brak sukcesów. Albo brak motywacji. Albo brak fotek od fanek na mailu.
5. kiedyś w te wakacje nadejdzie taki dzień, że dogłębnie opiszę swoje niezliczone ilości majowych, czerwcowych i lipcowych udanych startów
6. ale nie ma się co oszukiwać, wcześniej zapewne nadejdzie, cytując klasyka:
"Plany na najbliższy miesiąc: 12.08 - 1.09 Świętokrzyska Stacja Naukowa Wydziału Geologii UW (jak to brzmi!), Bocheniec."
7. aktualnie przebywam tuż pod Wielką Krokwią w chyba znanej z nazwy miejscowości Zakopane. Piękne góry. Jak w tytule, zapierdalamy po miljard kilometerków dziennie nie zapominając o kończeniu z wymaganą prędkością 3:32/km. Piękne góry.
hehe drabinę na płaskim zamontowali

środa, 13 czerwca 2012

Powiem---średniodługa pauza---takk

1. Przepowiedziana w połowie maja tragiedia trwa. WUOC nie dla mnie. KMP też. MP też. Za to Wawel jak najbardziej.
2. Znienacka 10 dni temu na MP zaatakował mnie niebywały ból palucha lewej stopy. Potem przez 3 dni ledwo co chodziłem. Czy jest lepiej odpowiem w poniedziałeczek.
3. Blogasek leży odłogiem, bezpowrotnie ulotniły się przemyślenia na gorąco po zawodach (trochę w maju pobiegałem z marnym skutkiem). Ale. Kiedyś wreszcie bałagan ogarnę i "rozpierdolę zawistnych jak osławiony skład Parias". Wiadomo.
4. Na pewnej fińskiej stronie napisali 3 päivää Jukolaan. Ja fińską przygodę rozpoczynam już jutro. Będzie to, jak szybko policzyłem, 4 taka przygoda. Ostatnia o mało co nie zakończyła się pokonaniem mającego aktualnie najwięcej powodów do radości polskiego juniorskiego wojskowego orientalisty. Jukola startuje o 21:30 czasu środkowoeuropejskiego (w Finlandii mają inny), a mnie w walce wypatrywać należy od godziny około 8.00. Do tej pory było tak:

w tym roku ja osobiście celuję w top100 na 7 osuusie, a jak utrzymamy wspaniałomyślnie przydzielone 329, to będzie szczyt szczęścia.
5. Chciałem napisać, że Cristiano dziś zapłacze, bo Duńczycy taaaką bramę zajebali, ale chyba nie.
6. Uprzedzając worldofo.com, u mnie już dzisiaj. Jukola mood.

poniedziałek, 21 maja 2012

Jeszcze żyję

Przez chwilę miałem marzenie napisać ultraobszerną noteczkę z minionej rundy Klubowych Mistrzostw Polski odbytej w ten wikend w Tomaszowie Mazowieckim i okolicach przed publikacją międzyczasów z tychże zawodów. Niestety, zostałem uprzedzony. Chociaż...może nieprzeliczone międzyczasy się nie liczą? W każdym razie studenckie sprawy biorą górę, a inne będą mogły wziąć tę górę dopiero we środowe popołudnie. Zostaną mi wtedy do przeanalizowania 3 jakże udane (szczególnie sprint po plantacji pylącego mlecza) biegi, przemyślenia już w głowie są, na poczekaniu powstaną gorące panczlajny, załączę pochwałę "jak to zajebiście było spotkać wszystkich znajomków z całej Polski" i pyk! noteczka bendzie. Potem tylko tradycyjne nadrabianie zaległości w postaci opisu 7 startów i 2 dni zorganizowanych zawodów i już będę na blogaskowej prostej. A, jeszcze noteczka z GEZNa czeka w kolejce :)
Tymczasem jedynie niecałe już 4 dni pozostają do pierwszego z trzech najważniejszych biegów tej części sezonu - eliminacji do AMŚ w Alicante - które to odbyte będą przy okazji Pucharu Bałtyku w malowniczych okolicach Wejherowa i nie tylko na przepięknej mapie z klasyka z zeszłorocznego JWOCa. Dla niezorientowanych (jeśli w ogóle tacy są) zamieszczam ją poniżej, ja prawie na pamięć już umiem.
Na zakończenie natomiast mała obrazkowa historia z humorem najlepszego sortu. kmwtw
Polecam, lewy łokieć Tadeusza Piłkowskiego ucięty po lewej stronie.
aaa wiecie, że ten Piłkowzgi to zdjął gacie, żeby się przebrać? Do tego przy dzieciach! Niebywałe!
pojebany człowiek, a do tego buc, cham, prostak, złodziej i pijak!
(od redakcji: bo każdy pijak to złodziej!)

wtorek, 15 maja 2012

Tragiedia

Niedoczas? Przedstawiam godzinowe zestawienie minionych dni:
piątek, 11 maja - 10 wstawanie, 12-19 robienie zawodów na komputerze z chłopakami, 20 trasa mój dom-stacja kolejowa Otwock (5km) pokonana rowerem w 10:55, 22 początek alkoholizacji
sobota, 12 maja - 4 zasypiam, 11:30 wstaję, 12:30 biegam z mapą razem z całą Polską, 20 stawiam punkty na nocne OK!zawody
niedziela, 13 maja - 00:30 kończę zbierać stojaki, 2 zasypiam, 7 wstaję, 11 po 7km spędzonych na stawianiu punktów podejmuję decyzję, że jednak lepiej nie biegać treningowo (tzw. highest possible quality map training) trasy seniorów, 16 niemiłosiernie zmęczony zasypiam na chwilę, 23 zasypiam finalnie
poniedziałek, 14 maja - 5:20 wstaję, aby o 7:45 rozpocząć mającą trwać 4 dni geologiczną przygodę pt. "kurs terenowy z geomorfologii i geologii czwartorzędu"
A co jest tragiedią? W sobotnie południe długą na 1900metrów traskę "Zuchwali" biegałem na 100% możliwości i ile sił w płucach, co prawda 38sekund (na biegajzmapa.pl jeszcze niedawno były międzyczasy na potwierdzenie, ale teraz są tam, gdzie w znanej pieśni) przegrałem na zbiegu ze skarpy pod zamkiem, bo wolałem trochę jeszcze pijanym życiem nie ryzykować, a przegrałem ją z 3 innymi grajkami kolejno: 27, 28 oraz 41 sekund. Nie byłoby to może takie tragiczne, gdyby nie pisemne tego "27" oraz słowne tego "41" zarzekanie, że  przetruchtałem sobie traskę podczas akcji "Cała Polska Biega z Mapą". Staram się jak mogę, ale poziom truchtu w granicach 3'40-50/km jest jeszcze lata świetlne przede mną.
Na głębsze i szersze przemyślenia na temat dokonań z początku maja na pewno kiedyś przyjdzie czas i na pewno nie będzie to jutro, ni pojutrze, więc na chwilę obecną gorąco polecam lewą dolną część blogaska, gdzie znaleźć można niezliczoną liczbę linków do jeszcze mniej zliczonej liczby przemyśleń rzesz blogerów polskiej orientacji, polecam szczególnie "rozterki Olejnika" oraz filmowe produkcje z St. Moritz.
PS: Znana pieśń to oczywiście "Jeeesteeeeeśmy chuj wie gdzie, alkohol leje się, aejao, wóda piwo!".

środa, 9 maja 2012

NajNajNajnowszy post

"- masz bloga? Jak myślisz, o czym powinien być Twój najnowszy post?"
Wyczytałem przed chwilą na jakże propsowanej przeze mnie stronce. Sprawa jest prosta: jak wygrywasz/biegasz zgodnie ze swoimi oczekiwaniami i umiejętnościami, to noteczka pyk! napisana, fotki na pejsa pyk! wrzucane, tłumy fanów pyk! lubią to, a jak nie, to pomysł skutecznego opisania ostatnich 6 startów musi dobrze dojrzeć w mojej głowie. Ten proces się jeszcze nie zakończył, a na pewno nie pomagają mapki z Czech, które nijak nie chcą współpracować ze śladem z gpsa (innymi słowy odczucia nie tylko moje dobrze się potwierdzają - Miroslav Sikora i Oldrich Vlach na potrzeby HANA Orienteering Festivalu zrobili najmarniejsze w historii czeskie mapy do BnO). Tak więc o Grand Prix (chociaż wielkiej (grand) nagrody (prix) zdecydowanie zabrakło - jak zresztą na większości odbywanych w polskiej orientacji Grand Prixów, we Formule nr 1 to rozumiem, szampany strzelają, puchar i sława jest) Mazowsza oraz o HANie wcale mój najnowszy post nie będzie. Rozmyślałem nad dogłębną analizą zza monitora (popartą kilkoma szczątkowymi rozmowami z uczestnikami) tegorocznej Tijomili z naciskiem na występy Polaków (naprawdę liczne, owocne i na opis/analizę zasługujące) tamże, ale na pewno nie jest to zagadnienie na kończący się już środowy wieczór, jutro przecie od rana szkoła, której właśnie powinienem czas poświęcać.
O czym więc będzie mój najnowszy post? Po raz pierwszy w życiu udało mi się dzisiaj wytrzymać (na lajciku dodam :) bite 15minut, odliczone przez klepsydrę w należycie nagrzanej saunie! Lata prób i nareszcie, 9 maja udło się! Po tym niewątpliwym sukcesie przez parę minut mogłem pozdychać, jak po przebiegnięciu pamiętnego 3 etapu GPM pamiętnego 3 maja w pamiętnej temperaturze miliona stopni.
W sumie wyczyn żaden, ale z drugiej strony ilu nowych biegaczów na orientację przyciągnęła zeszłoroczna akcja CPBzM? Realnych wyliczeń nigdzie nie znalazłem, ale śmiało podejrzewam, że tyle, ile 666 odjąć 666. No, w każdym razie w tym roku też się odbędzie, w sobotni poranek 12 maja, a w takiej Warszawie będzie to u samego malowniczego podnóża Zamku Ujazdowskiego.
A na koniec nadmienię, iż kontynuując cykl moich wycieczek, byłem (w dodatku ze Zdzisławem, który niestety nie zmieścił się na fotce) ostatnio we Francji. 

sobota, 28 kwietnia 2012

Pierwsze urodzinki blogaska

Miałem dzisiaj niebywałą przyjemność pierwszy raz w życiu wystartować w pedałowaniu z mapą, czyli odmianie orientacji sportowej pod nazwą rowerowa jazda na orientację (mtb-orienteering) w pewnych małych mazowieckich zawodach w Międzylesiu na dystansie scorelauf, czyli ok. 20km. Skutecznie namówiony we środę przez Łoba (wraca, wraca, bójcie się chamy, 19maja rozpierdoli w pył Bieg na Szczyt Rondo1), zdecydowałem się zrezygnować ze startu we Grand Prix Warszawy na 10km na Młocinach, na który to namawiał mnie we wtorek Grabek z Jackiem pod hasłem "oo Grabek tera słaby, to masz niepowtarzalną okazję go ojebać" (inny powód to widniejące na stronie organizatora słodkie "Czekamy na wszystkich sympatyków joggingu.", a ja chciałem biegać, nie jogować). Życie, jak zresztą zawsze, zweryfikowało czcze zapowiedzi, bo Grabowski złamał 33 minuty, a ja może wypluwając płuca złamałbym 37. Po pierwsze nie ta liga, po drugie nie tego pożądałbym w przeddzień Grand Prix Mazowsza. W przegościnnych okolicach Wieliszewa rozpocznę bowiem dopiero na dobre swój startowy sezon. Z tej okazji zmieniłem nawet logo blogaska na samą fotkę z zeszłorocznego GPM (2 etap). Stare było oczywiście wyjebane w kosmos, ale uznałem, że na wejściu lepiej widzieć tekst, niż ciągle tą samą ścianę fotek. Niemniej jednak, jak komuś się spodobało bardzo :D, to po lekkich poszukiwaniach po lewej stronie może sobie je ściągnąć.


Po błyskawicznym zgłoszeniu na bardzo skądinąd dobrej stronie Marcina Krasuskiego orienteering.waw.pl pozostało mi jedynie skompletować sprzęt prawdziwego rowerzysty. Rower wziąłem od ukochanej (pozdróffki :* chociaż i tak nie czytasz) siostry, kask sprzed 15 lat (ale stopro sprawny) znalazłem gdzieś w garażu, mapnika użyczył wspomniany wyżej ulubiony bloger Kuby, buty takie wpinane (o nazwie pożyczonej od podpowłok elektronowych) uznałem słusznie za na razie zbędne, więc po uiszczeniu 15zyla (czyli tyle, co za przebiegnięcie tej dychy z Grabkiem) ustawiłem się w 1 linii pod taaakim nadmuchanym balonem (po 70minutach na mecie nie było po nim śladu), jakiś pan z telewizji reżymowej nr 3 coś nawet skamerował, usłyszałem "minuta do startu", uznałem, że pora poprawić kask, zdjąłem go, minęło ok. 7sekund, usłyszałem "start", ledwo co uniknąłem stratowania, poprawiłem ten kask i zacząłem gonić. Do Łoba grane było już ze 150m straty, ale z łatwością zacząłem weryfikować stratę. Niemniej jednak, na pierwszych kilku punktach odbywały się porównywalne z pierwszą rundą Szybkiego Mózgu (o której później) sceny dantejskie i każdy z nich oznaczał ok. 20-30 sekund czekania na wyrwanie komuś perforatora. O właśnie, całe zawody na dawno już zapomnianych przeze mnie kartach, swoją mogłem sobie nawet okleić i przedziurkować, a potem na sznurku zawiesić na prawej ręce. W końcu na pk nr 40 dopędziłem liderów (Łoba i jakiegoś starszego pana, który naprawdę grubo pedałował). W drodze na 42 na przeszkodzie stanęło bagno rozlane w poprzek drogi, a po chwili postanowiłem nie zapominać o korzeniach i kawałeczek podbiegłem przez las. Trochę ciężko z rowerem. Nr 48 to tzw. "gwóźdź programu". Po nieudanej próbie forsowania czyjegoś ogrodzenia zawróciliśmy do górnego wariantu. Niestety, okolica się trochę zmieniła i zabudowała, więc po krótkiej chwili mogliśmy zarzucić znaną pieśń "Jeesteeeeeśmy chuj wie gdzie, alkohol leje się". Niestety2 nie było alkoholu, więc nie zarzuciliśmy.  Po chwili wróciliśmy na mapę, niestety3 też na zmieniony kawałek, podjechaliśmy ściechą, której niestety4 nie było na mapie, aż w końcu relokacja się powiodła. Niestety5 postanowiliśmy atakować punkt od południa, więc tuż przed nim po zjeździe z górki zatrzymało nas głębokie do pół kółka bagno. Tam właśnie poznałem znaczenie nadanego po GEZNO (oo a może w wikend majowy notkę z gezna uda się sklecić? pół Polski podobno czeka na nią :) przydomku Wściekły Bluźnierca. Po dość konkretnie wulgarnej wiązance do walki z resztą trasy musiałem stanąć sam. Kontynuowałem z lekkimi problemami wynikającymi z nikłego doświadczenia (wybrać i zapamiętać wariant na prędkości i z korzeniami pod kółkiem nie jest wcale tak banalnie) całkiem udanie. Trochę mi się pojebało co prawda na 34 (ale wcześniej 36 stał trochę nie halo).


debiutant zapomniał brzucha napiąć
Nieoceniony garminek pokazał 20 przejechanych km oraz 73minuty. Dostałem także dyplom z okazji zajęcia 3 miejsca, 10 minut za Marcinem Krasuskim. Błąd na 48 oceniam na 15', do kalendarza startów wpisałem już sobie pozostałe imprezy RJnO w tym roku (a będzie ich naprawdę sroga liczba), niestety trochę kolidują z BnO, ale może jeszcze zagoszczę na rowerze z mapą. Zabawa przednia, polecam z całego serca, czytanie mapy podczas zapierdalania na pełnej prędkości do najłatwiejszych nie należy, trochę adrenaliny przy zjeżdżaniu czy próbie przejazdu przez drzewa zwalone też można poczuć.


A teraz zwyczajowe nadrabianie zaległości, czyli co u mnie przez 2 tygodnie od ostatniej noteczki. Odbyte 14 kwietnia na mapie ze sztafet z zeszłorocznej OOM (Kazuń Nowy) Mistrzostwa Warszawy w Średniodystansowym BnO chciałem opisać od razu po ich zakończeniu. Chciałem bowiem odnieść pewne i dobre zwycięstwo. Okazało się jednak, że oprócz biegu na orientację organizator zafundował uczestnikom pływanie na niebywale wręcz pływającej mapie. Oczywiście marny techniczny występ to głównie zasługa mojej głowy, ale mapa w żadnym wypadku nie służyła pomocą. Początek dość pewnie i myk! wypadam na ściechę za nim, niby tylko 50", ale dobre 4' skutecznie zajebałem już na 2pk, na 6pk dołożyłem jeszcze 1'30, doszedł mnie wtedy kolega z klubu Grzesiek Wróblewski (z którym notabene mam nadzieję zawojujemy sztafetowe MP). Co ciekawe, też miał do tego momentu spore problemy, ale najwyraźniej 4 minuty mniejsze od moich. Przez całą dalszą część trasy próbowałem mu uciec, uskuteczniłem 6 takich zrywów zakończonych cyrklowaniem w okolicach kółka, udało mi się wkońcu w drodze na ostatni punkt...Napisałbym więcej, np. co to się nie działo w drodze i tuż przed 15pk, ale lekarz zalecił nie denerwować się. W każdym razie skończyło się gorzej niż źle, ograli mnie jak przedszkolaka, ale na swoje usprawiedliwienie policzyłem luźne 10minut błędu...

Już 10 dni minęło od 18 kwietnia, czyli pierwszej edycji Szybkiego Mózgu AD 2012. Areną zmagań były okolice Metra Ursynów, na starcie ponownie zabrakło kilku zwyczajowych mocnych graczy, więc liczyłem na dobry rezultat. Organizatorzy postawili na minimalizm i ustawili po jednej puszcze na punkt. Niestety niedostatecznie wykorzystana została także pobliska Kopa Cwila, która aż prosiła się o postawienie na jej szczycie węzłowego punktu, a umiejętności podstawowe na Warszawa Nocą, jak trzymanie plegieru oraz wbijanie się barkiem w zagubionych początkujących biegaczy w najbliższym otoczeniu pk nie straciły na aktualności. Do 1pk było ok. 200m, a podbić go miało ok. 50 osób. Niby śmieszne, ale dobiegłem jako jeden z pierwszych, więc strata czasowa nie była znaczna. Co innego na 2pk, który okazał się pierwszym punktem dla ok. 40 innych biegaczów. Zdecydowanymi ruchami odgarniałem tłum iii po 20 sekundach już mogłem biec na 3. Dalej w miarę możliwości szybciuteńko, małe błędy, wbijam 12pk, a z naprzeciwka nadbiega lekko zagubiona trójka mocnych graczy (Galicz, Paszyński, Charuba, ale oni na swoim rozbiciu nie mieli tłumów na punktach). Zaczynam trochę słabnąć, na 15pk są już przede mną, a na mecie z przewagą odpowiednio: 25, 25 i 19 sekund. Co ciekawe, chyba pierwszy raz w życiu wygrałem na sprincie, a wcześniej skutecznie trzymałem się przed znanym grajkiem Grzegorzem Hetmanem, który poszczycić się może kompletnym brakiem treningu biegowego w tym roku. Na szczęście obecny był przychylny mi fotografik, więc kilka zdjęć ałtorstwa Piotra Łobodzińskiego poniżej. Prezentuję także gorąco wyczekiwane przebiegi Piłkowskiego narysowane najleprzą metodą kropeczek. Wygrał wiadomo kto, a łódzki Orientuś obecny bez żagla.

trzymam plegier (Zielińskiego)
trzymam plegier (Hetmana)
trzymam plegier (Charuby)
trzymam kratkę (betonową)
Natomiast z okazji urodzin blogaska 25 kwietnia, czyli we środę nie było tortu, nie było nawet tradycyjnych browarków na saunie, nie było też MacGyvera, bomby z zapałek, gum Turbo w kioskach, oranżady w proszku, Atari ST, Amigi 500, w NBA Barkleya, sofiksów ani korkotrampek Stomila, był za to mój bieg na 1000m w płaskich butach na tartanowej bieżni okalającej boisko warszawskiej Agrykoli. Postawionej wysoko (3:00 przecież) poprzeczki nie pokonałem, ale 3:01 mimo wyplucia płuc też zadowala, następna taka próba pewnie na 2 urodzinki. A przy okazji jarania się jak krzew mojżesza najnowszą bałucką produkcją przypomniałem sobie poprzednie Tabasko, DOBRY RAP OD TYLU (10) LAT.