piątek, 27 stycznia 2012

Mocne 2 tygodnie

Lokalizacja: Karczew, Polska
Mocne to nawet mało powiedziane, jeszcze 3 dni, a 200km już pękło! A na serio to od zeszłego wpisiku (czyli przez 11 dni) miałem niesamowitą okazję zrealizować aż 4 jednostki treningowe o, jak łatwo się domyślić, dość lichej intensywności. Pustki w moim sporttracksiku (dzienniczku treningowym w programie, gdzie się zgrywa ślady gpsa) nie świadczą bynajmniej o zagubieniu Garminka, a o całej gamie niedogodnień. Zatroskanych pragnę uspokoić, że osiągnąłem nareszcie pełnię zdrowia, a chodzenie spać w okolicach 4 rano w żadnym wypadku nie zagości na stałe w moim repertuarze. Niestety, w międzyczasie minęła mnie (ja ją) 3 runda biegu górskiego 2012 w Falenicy. Tak więc opuściłem już 2 odsłony tegorocznej edycji...a dzielne podbieganie pod tamtejszą wydmę powinno być jednym z filarów solidnego zimowego przygotowania. Niby dopiero koniec stycznia, więc może nie takie wszystko stracone? Cudownie zawalczyli natomiast moi klubowi ziomkowie Kuba i Łobo.
Także aktualnie w planach całkiem możliwy powrót do codziennego biegania, w drugim tygodniu lutego zapewne wybitka na obóz do Spały (pamjentna OOM 2006), a potem już tylko niesamowity progres i sianie rozpierdolu.
Brak treningów rekompensowałem sobie głównie oglądaniem piłki ręcznej na poziomie reprezentacyjnym w wydaniu europejskim w postaci średnio 2 meczyków dziennie. Dobre, na żaden sport, oprócz "orientacji sportowej" i piłki kopanej po trawie, nie nagapiłem się w życiu więcej, a to dzięki klubowi aktualnie znanemu pod nazwą MKS Karczew (a na początku minionej dekady UKS Dwójka). Nadmiar czasu urozmaicałem sobie także czytając - biografie Leopolda Tyrmanda i Steve'a Jobsa oraz niezliczoną ilość mniej lub bardziej udanych (żal niestety przyznać, że wyraźna jest dominacja tych mniej) publikacji internetowych. Z ręką na sercu polecić mogę zapewne szeroko znany portal bieganie.pl, którego redaktorzy są ostatnio w wysokiej pisarskiej formie, a tematów (1, 2, 3, 4) nie brakuje i naprawdę skłaniają do zastanowienia. Korzystając z okazji, opiszę swoje wrażenia nt. tychże tekstów: rozciąganie - fajnie, że ktoś umie się aż tak złożyć, na pewno dobrze co 2,3 jednostki treningowe trochę dłużej się porozciągać, najlepiej popijając browarkiem, ale czy to rzeczywiście takie full niezbędne? Doping drogą do czołówki światowej - pierdolenie bez ładu i składu, bieganie nie jest przymusowe przecież, ale ciekawa ilość tatuaży. Oprócz tego sporo porozmyślałem nad formami finansowania czołowych sportowców we Polsce i chyba trochę temu modelowi brakuje do ideału. Piwo po treningu - mógłbym tony papieru (tony internetuf) zapisać, ale dwoma słowami: absolutnie propsuję! Przy okazji przypomniała mi się ciekawa rozmowa, jaką odbyłem miesiąc temu z byłym już zawodnikiem Kadry Juniorów Mazowsza szczycącym się, co to on 8 piwek nie wypił jednego obozowego dnia. Mój, co prawda nie niebotycznie wyśrubowany, ale bez intencji do śrubowania, rekord to 11/dzień i nie jestem w stanie pojąć takiej formy alkoholizacji. Beka. Zauważyłem także pewne ruchy w orientacyjnej blogosferze, najlepiej dokumentuje to stale wydłużająca się lista po lewej na dole. Niestety, poziom wielu blogerów pozostawia dużo do życzenia, a równie wielu urosło przez lata do takiej rangi, że post/miesiąc z max 7 zdaniami jest szczytem mozliwości (co po angielsku leci mniej więcej: it's their peak performance to post no more than 7 sentences once a month). Konkludując, różnorodność już jest na pewno, a z niej płynąć powinna jakość. Czekam niecierpliwie na pościki.
Z internetowych spraw chciałbym jeszcze zamieścić mistrzowską grafikę, najgorsze, że taka właśnie jest prawda, a ja niecierpliwie czekam, aż do władzy dojdzie normalność (a lewactwo zawiśnie na drzewach).
Inspirowany foteczkami trenera Karola (i reszty mazowieckiej kadry) z minionego oboziku kadry odbyłem kilka wypraw w odległe miejsca, spotkałem kilka osób i też sobie kilka cyknąłem. Więcej podróży wkrótce.

Jacek Bąk odział się w krowę nawet




Na koniec specjalne pozdróweczki dla nieudzielającej się już za bardzo orientalistki, a prywatnie mojej siostry przecież, Alicji Piłkowskiej. Przy okazji polecam (i wrzucam na tzw. "łola") przezajebistą pioseneczkę, którą mało kto pewnie zna. [100% ironii]

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Tydzień z życia

Lokalizacja: Ochota, 01-001 Warszawa, Polska
Środa, 4 stycznia, 19:00, stadion Syrenki, Pole Mokotowskie. Masowy start 3 etapu pierwszej, historycznej edycji cyklu Warszawa Nocą. Jako, że to scorelauf, taktykę mam prostą: lekka kontrola mapy i mocne trzymanie plegieru lepszych ode mnie grajków. Sprawdza się świetnie przez ok. 1,2km, kiedy to odwiedzam po raz drugi pk 106, tracę ok. 40" i kontakt z prowadzącą grupką. Dalej sam prowadzę grę, tempo znacznie spada, podbijam punkcik (puszkę na tyczce) za pukcikiem, biegnąc na 107 (po kawałku mapy, który własnoręcznie współwykonałem) myślę: "no to do zajezdni, jeszcze te 2 na polu i kuniec", podbijam, odbiegam, o mały włos nie zauważam punktu, przez który nkla robi sam sztafetowy mistrz świata, staję, rozkładam mapę, "o, jeszcze jeden", sekundy lecą, w drodze na 112 jak furmankę mija mnie klubowy ziomek Kuba (myśli, że tylko meta mi została), kończę na miejscu jak się okazuje 5, 5 sekund , za światełkiem, którym okazuje się być Sokal i ~100 sekund za pierwszą trójką (Łobodziński, Drągowski, Grabowski). No cóż, na całe podium w barwach OK!Sportu trzeba będzie zaczekać do następnej edycji. Analizując wyniki tego i poprzednich etapów, zauważyłem ciekawą progresję swoich osiągnięć: 9, 8 i 5 miejsce oraz 17, 13 i 12% straty. Ciąg ewidentnie zbieżny do 1 miejsca i 0%.
trzymam plegier

Czwartek, 5 stycznia, 04:30, pokój 322, DS 1 UW. Idę spać po dość długotrwałym darciu japy dla celów gry pt. "Singstar". Bardzo mądre posunięcie biorąc pod uwagę chęć codziennego trenowania i przewidywane zachlewanie pały dnia następnego.


Piątek, 6 stycznia, 20:00, PKP Mińsk Mazowiecki Anielina. Z pociągu w stronę Siedlec wysypuje się tłum zmierzający na pierwszą poważną imprezę 2012. Po pewnych problemach z dotarciem, dobrze spędzam czas z orientalistyczną bracią, jednakże po imprezie nie rośnie mi liczba znajomków na facebuku.

Sobota, 7 stycznia, 02:00, Nowe Osiny, okolice Restauracji "Księżycowa". Ścigam się w ulicznym biegu z Maciejem Heweltem. Zapominam niestety o zawiązaniu sznurówek przed startem i po kilku krokach gubię oba buty, jednak dzielnie walczę i finiszuję na 2 miejscu. Przegrywam.

Niedziela, 8 stycznia, 11:00, Otwock, południowo-zachodni róg mapy Meran. Startuje pierwszy w tym roku OK!trening OK!Sportu. 
(Chwilę wcześniej opowiadam każdemu chętnemu, jaki to zajebisty trening zrobiłem poprzedniego dnia: średnio-długie nocne rozbieganie, które wykonywane dzień po piciu alkoholu jest jedną z moich ulubionych form aktywności. Przeżycia prawie transcendentalne, pełny porządek w głowie i czysty umysł oraz nieodpartą potrzebę zatrzymywania się co pół godziny dla złapania dobrego oddechu cenię full.)
Biegałem wersję z samymi warstwicami (a drogi i zielone mam całkiem dobrze w głowie), czasami były małe problemy, odwiedziłem letnią tamę z worków (teraz to nawet przez "jezioro" można przebiec), tempo na tyle przyzwoite, że pokonałem nawet sztafetowego mistrza świata (chociaż twierdził, że biegał spokojnie, a ja, że dałem z siebie dobre 90% możliwości).

Poniedziałek, 9 stycznia. Nic szczególnego.

Wtorek, 10 stycznia, 07:40, Dworzec Południowy, Warszawa. Razem z trenerem Karolem rozpoczynamy (dla mnie coroczną) pielgrzymkę na Dolny Śląsk. Kolej zastąpił polskibus.pl, a Bolesławiec - Wrocław. Cel: 3 runda WNOFu, formuła: knock-out sprint. Po drodze dopadają mnie przedziwnie prorocze myśli, że dość śmiesznie by było, jakby któryś z nas z błahego powodu zakończył swoją przygodę przed finałem. (Osiągając tym samym niebotyczne wartości km jazdy/minut biegu) Założenie mamy bowiem proste: pościgać się z Kowalem na końcówie (taa...). Nie będę się rozwodził specjalnie nad chujowością swojego występu, a Karolowi nie podbija 1pk w półfinale. Obaj przeszczęśliwi udajemy się na rozbieganie szlakiem Mostów Jagiellońskich oraz Swojczyckiego. Przy okazji zapominam o jednym ze swoich marzeń - zdobyciu Kilimandżaro, obok szczytu którego przebiegamy ok. 100metrów. (Tutaj link do mapki, w górnej części my nad rzeką (kanałem?), a górka tuż obok.)
Wrocław niezawojowany.

W zeszłą sobotę, zgodnie z zapowiedzią (ooo nietypowo, patrz na sam dół notki) wziąłem udział w mapowym treningu zorganizowanym przez znany portal jacekmorawski.pl. Dodatkowym celem było uczczenie pamięci tragicznie zaginionego ostatniej niedzieli Garmina 305 Morawskiego. (Sam poniosłem 2 lata temu taką samą stratę...) Organizator przygotował nie lada wyzwanie, a mianowicie modny ostatnio "o-corridor". Biegałem w życiu ładnych kilka korytarzy, ale nigdy aż tak zakręcony. Naciągając ślad z GPSa wróciłem wspomnieniami do czasów wczesnej młodości i gry "Harry Potter 1 część", gdzie przy nauce nowych czarów trzeba było przejechać myszką przez różne kształty nie wychodząc poza obrys. Obijanie się o bandy szło mi ogólnie rzecz biorąc całkiem nieźle, ale w 2 miejscach trochę przegiąłem pałę (1 raz na chwilę za mapę, a 2 raz na chwilę straciłem kontakt z mapą (choć przysiągłbym, że wszystko grało) i nie dałem rady przebić bagna w dobrym miejscu. Ciekawie było wrócić do miejsca, gdzie w październiku przegrałem 3 miejsce na Pucharze UNTS (taki rów z wodą). O dziwo, wygrałem trening ze średniej wielkości przewagą, jednak nie wiem, czy na skutek publikacji tej mapy nie zostanę zdyskwalifikowany za usilne unikanie korytarza. Szersza pisemna i fotorelacja  tylko na jacekmorawski.pl!
W niedzielę miałem w planie bicie życióweczki na dystansie 5km (atak na 17:30!) podczas Biegu o Puchar Bielan na Chomiczówce. Specjalnie na tę okazję kilkukrotnie przesłuchałem ostatnio raperskie dokonania perkusisty T.Love włącznie z jego duetem z kiedyś fajnym, a teraz lepiej nie mówić chujowym jak barszcz Pezetem. Niestety, nie dotarłem na miejsce zawodów, ale podkreślić należy, że nie bardzo nawet się o to starałem, po prostu spałem.

Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na ciekawe zjawisko "niespełnione Piłkowskiego obietnice - temat zastępczy ...." (w oryginale kibice, nie umiem dobrego rymu znaleźć). A mianowicie:
1. będzie taaaaka notka z GEZNO, która zachwyci największych koneserów internetowego pisarstwa
2. nie pojadę na WNOF bez wyraźnego pozabiegackiego akcentu
3. wystartuję w Falenicy i będzie życiówka
4. wystartuję w biegu o puchar bielan i będzie życiówka
5. OK!Sport Warszawa w składzie Łobodziński, Piłkowski, Drągowski rozpierdoli sztafetowe MP - Łobo wybierze wtedy schody czy tam góralskie bieganie, nie dziwię mu się
6. 366 dni treningów między 22.12.2011 a 22.12.2012 - mija 24 dzień, a ja własnie zaliczam 4 lukę (chociaż chyba troszkę tłumaczy mnie chęć uniknięcia postępu lekkiego przeziębienia, które zdiagnozowałem dzisiaj rano (ale dało znać o sobie już wczoraj) i biorąc pod uwagę niedostateczną ostatnio ilość wulgaryzmów chciałbym na tych łamach przegonić gromkim WYPIERDALAJ, trzymajcie kciukensy!)

sobota, 14 stycznia 2012

Pierwsza zima blogera

Pierwsze dni nowego roku obfitowały w godne opisywania wydarzenia aż nadto. Pragnę uspokoić wiernych czytelników, iż wszystkie moje wspomnienia zostaną spisane i opublikowane zapewne w okolicach jutrzejszego (sobotniego) wieczora (albo i nie, znając życie i moje dotrzymywanie internetowego słowa).
Spieszę także donieść, że dzisiaj (w piątek), wzorowany postacią czołowego światowego biegacza po schodach, z którym mam okazję i przyjemność od czasu do czasu trenować, wykonałem pierwszy w życiu trening na schodach. Jako poligon doświadczalny posłużyła jedna z klatek w moim akademyku, 10 pięter lub 182 schody. Niestety, tak jak podejrzewałem, ilość marnej jakości tytoniu wypalanego dzień w dzień przez akademickich studenciaków i związane z nią ogólne zadymienie całego miejsca skutecznie tenże trening zakłóciła. W planie miałem 10x10 (pięter), co Łobowi podobno daje zadowalające rezultaty. I chociaż nigdy nie robiłem w kopalni, to jak górnik z pylicą czułem się już po 1 powtórzeniu, a po 5 (nadmienię, iż każde w 39-41") postanowiłem zakończyć zabawę, bo efekty mogłyby być opłakane. Niemniej jednak następną próbę postaram się podjąć jak najszybciej, bo do uczucia miłego beztlenowego wysiłku i niezdolności do panowania nad własnymi nogami na szczycie jak ulał pasuje słowo przechuj! Jeśli kogoś (oprócz mnie) ten temat interesuje, to stej tjund!
5 miesięcy temu, 11 sierpnia, w notce pt. "Keszitsen kepet onmagarol" napisałem m.in.
"wrzuciłbym jakies fotki z 18 Asi/Kozy, ale najwyraźniej nie dla moich oczu są one"
otóż GREAT SUCCESS! Odnalazłem! Przy okazji odbyłem sentymentalną podróż w rok 2011 przeglądając tysiące fotek z zawodów bno. A w sumie, to piszę notkę jedynie, by pochwalić się, z jakim czołowym polskim orientalistą będzie mi dane pobiegać jutrzejszy (sobotni) trening oraz zaprezentować ultrapozytywny przekaz emanujący z tejże fotografii "w koszulce z autografem idola". 

środa, 11 stycznia 2012

Beka roku 2012

Lokalizacja: Ochota, 01-001 Warszawa, Polska
Nie minęło jeszcze 11 dni stycznia, a konkurs na bekę roku już rozstrzygnięty!


Wczorajsza odsłona WNOFu, eliminacje
zawodnik: Piłkowski
punkt nr 6
odległość na mapie: 6mm
w terenie: 12m
czas: 0:31
tempo: 43'/km
czas 1szego: 0:04
strata: 675%


po czym błyskotliwie, bez żadnego spojrzenia na mapę, następuje optymalny wariant na pk nr 7




miejsce: 18
do 0,5finału weszło: 16


Zacytuję, jak w 2008 pionier polskiego orienteeringowego blogaskowania, tekst piosenki Kazika Staszewskiego: "być na dnie, by móc sięgnąć nieba".

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Rozwój w prawidłową stronę

Lokalizacja: Ochota, 01-001 Warszawa, Polska
Końca dobiegł rok 2011, który to zakończyłem jak pół Polski obozem, ale nie marnie w Jagniątkowie, tylko na bogato nad cieplusieńkim i zachęcającym złotymi plażami Bałtykiem w Sztutowie. Mimo, że tamtejsze mapki (a raczej jedna wielka) zostały już doszczętnie przeruchane od góry do lewa, bieganie bez dróg sprowadza się do odczytywania ich położenia z ułożenia skarp albo z własnej pamięci, a robienie treningów na czystej mapie to chyba czysta głupota, to ciągle można pokusić się o różnej maści błędy oraz niezapomniane wspomnienia z orientacyjnych przygód. W każdym razie moje są niezapomniane.
Wcześniejsze świąteczne dni spędziłem w rodzinnej atmosferze i nawet odnotowane po prawej stronie 72kg wieczorem 24 grudnia nie spowolniło istotnie mego procesu treningowego. Tego samego dnia przeczytałem bardzo pozytywny wywiad z Justyną Kowalczyk, którą (o ile wygrywa) wielbi pół Polski, a ja za dobry zapierdol na nartach bardzo cenię. Z jej słów płynął tam taki spokój i ukryta pewność siebie, że poważnie rozważyłem inwestycję grubych stów na nią po kursie 5,00 (Bjoergen po 1,30) na wygranie Tour de Ski. Wymiękłem na moje wielkie nieszczęście/na szczęście (i tutaj za parę dni będzie można skreślić), chociaż gdyby wygrała, byłbym ustawiony do końca życia. Stosowna motywacja i spokój, wielki spokój - chyba najbardziej pożądane u sportowca w przededniu wielkich zawodów. Chociaż niektórzy wolą na pewno obkleić się niebieskimi/różowymi plasterkami jak czołg.
Do Sztutowa udałem się razem ze sporą ilością mazowieckich biegaczy 27 grudnia. Aż do 31 rano udało się mi odbyć 8 treningów najwyższej jakości, z czego 6 na mapie i 1 w kanter strajka zamiast mapki. Bardzo warte wspomnienia jest, że w tym 1 wypadku, kiedy ja uskuteczniałem headshoty, mój klubowy kolega i znany w świecie schodobiegacz Łobo pobiegł sobie całą (co prawda dość trywialną, ale zawsze!) traskę bez mapy i z dość przyzwoitą prędkością. Obyło się bez gorących zapowiedzi na fejsbugu, żagla Orientusia i ewentualnych innych fajerwerków, ale biorąc pod uwagę jego gorączkowo obserwowany przeze mnie na reszcie treningów progres + moją życiową formę + zawsze spoko Kubę, naprawdę realny wydaje się 1 w historii seniorski medal OK!Sportu Warszawa na Sztafetowych Mistrzostwach Polski! Do zobaczenia 3 czerwca!
Nie mam ochoty wszystkiego naciągać w QuickRoucie (chociaż wersja już 2.4), a już na pewno eksportować do .jpg, tym bardziej, że nikt by chyba nie obejrzał w całości? Jak kto jest bardzo zainteresowany traskami, zapraszam do trenera Karola (moje przebiegi oczywko troszku lepsze). Nadmienię jedynie, że zgodnie ze światowymi standardami, wszystkie treningi na chipach oraz z możliwością mapy bez dróg. Jedynym godnym szerszego opisu wydarzeniem były "mistrzostwa świata (??? trochę na wyrost) w bieganiu bez dróg". Udział wzięła mazowiecka elita (bez UNTSu, ale dzięki temu przynajmniej puszki dobre czasy prezentowały :), a organizator każdemu zapewnił gps traking, który pracował lepiej, niż na niejednej OOM. Zapierdalanie było przednie, ja ciągnąłem sprawę dość ładnie do 6pk, potem spore problemy z 7 i gwóźdź programu, czyli dziewiąteczka. Ściana zielonego zaczynała się wcześniej i każdy uczestnik mistrzostw musiał chwilę zaczesać. Moja czterominutowa chwila była stosunkowo krótka, ale uznałem, że, skoro nie ma pk, to i nie ma sensu czekać na następnych zawodników (a stawka za zwycięstwo była nie byle jaka!), tylko jechać dalej z nadzieją, że punkcik - jak to czasami ma miejsce - zajebali turyści grzybiarze. Błąd w swoim rozumowaniu zrozumiałem już po chwili, nabiegając 100m obok 10pk. Nie ma przecież grzybiarzy w grudniu! A zielone jest 100m wcześniej, niż na mapie! Potem trochę błędu, trochę dobrego tempa i przy ogłuszającym darciu japy zewsząd wokół wpadłem jako pierwszy na metę. Nic w sumie dziwnego, bo i jako pierwszy startowałem. Niestety, jako żywo przed oczami stanęła mi Ogólnopolska Olimpiada Młodzieży w roku 2005 i sprint na pułtuskim rynku. Też miałem zerową minutę i też nie trafiłem w jeden punkt. Rozpacz zawodnika. Poczekałem chwilę na resztę grajków (niby marnych, ale mnie dali radę ograć), dowiedziałem się, że też jebali, ale podbili, zrobiłem sobie fotkę ze zwycięzcą i tyle. Mistrzem Świata tej zimy nie zostałem...
pokazuję, gdzie zacząłem finiszować
równiutko po 3'32/km 

Dzisiaj natomiast wykonałem standardowe poniedziałkowe rozbieganko z akademyka na warszawską halę AWF, jedynie tempo było niestandardowe - 10km oporządzone w 44:40. Ile razy przy tej okazji przebiegłem pasy na świetle czerwonym, nie napiszę, bo jeszcze czyta to jakiś policmajster. Zmęczenie prawie żadne, kwas mlekowy spoko, rozwój w prawidłową stronę, a ostatnio na niezastąpionym wmzos.pl ukazał się nawet mazowiecki kalendarz zimowych treningów.
Najbliższe starty: środa - Warszawa Nocą nr 3 oraz sobota - Górski Falenica nr 2. Atak na życiówkę również nr 2 i już mówię, że udany!