piątek, 30 marca 2012

ŁDZ

Pierwszy raz w życiu mam dziś okazję spędzić noc w Łodzi. Kolejna miłosna orientacyjna historia? Nic bardziej omylnego. Po prostu jutro (31 marca) w tym samym parku (3 maja) i na tej samej trasie (about 9,36), co zawsze, odbędą się Akademickie Mistrzostwa Polski w Biegach Przełajowych. Nie da się ukryć, że będzie to mój debiut na imprezie tej rangi. Ostatnie średnio udane treningi pozwalają mi radośnie patrzeć w przyszłość i liczyć na przebiegnięcie tego po ~3'40/km. Ponadto, dogłębna analiza zeszłorocznych wyników pod kątem występów orientalistów każe mi przynajmniej zmierzyć się z wynikiem Hewiego.
Oczywiście nie będzie to jedyny start tego wikendu, bowiem już w niedzielę będę miał niesamowitą okazję biegać na Parchatce w 3 etapie "Kozel Kap". Przy okazji wpadło mi do głowy, że rok temu obiecałem ładnie opisać swój zeszłoroczny występ tamże, kolejna niespełniona Piłkowskiego obietnica...Szykuje się więc kolejny naprawdę miły "klasyg na Parchatce"! (a w mojej głowie niedzielny start jest chyba bardziej istotny od sobotniego)
Zauważyłem też, że dzisiaj pękło 10000 na liczniku po lewej stronie. Z tej okazji pozdrawiam gorąco wszystkich stałych czytelników oraz tych, którzy na moim blogasku i jego marnej zawartości postawili już krzyżyk i przesyłam serdeczny uśmiech znad 4 butów, prosto z prawie szczytu Dylewskiej Góry.
(miałem na koniec wrzucić b. ciekawy i tematyczny na temat Łodzi filmik z meczu Lech-ŁKS z roku 2001, o którym to opowiadał mi ostatnio pewien kolega, ale niestety youtube nie jest obsługiwane przez internet w hotelu BOSS (ul. Tatrzańska 11, 93-115 Łódź, nie polecam))

niedziela, 18 marca 2012

Jeśli z oczu zdejmiesz klapki, patrzenie swe ułatwisz

Lokalizacja: Karczew, Polska
Niby "nigdzie nie odszedłem, więc to nie żaden kombek", ale od ostatniej noteczki czasu upłynęło stanowczo za dużo. Można by z tego wywnioskować, że nie działo się dużo, a było wręcz przeciwnie! Bez zbędnego pierdolenia, zaczynamy od końca, czyli od
GRANDE VITTORIA
ale żadna Józefów, tylko moja, na mapie, dzisiaj i to nad takimi tuzami orientacji, jak Parfianowicz, Morawski, czy Grabowski. Nic tam, że w uczciwej, leśnej walce przegrałem odpowiednio 8, 11 i 15 minut, trzeba podbijać dobre pk! Cała historia odbyła się przy okazji z-organizowanego przez warszawski UNTS treningu w zbierającym wieczne propsy trerenie. Trzeba dodać, że w tym samym czasie, ale 70km dalej na północny zachód również biegano z mapą (w ramach dużo wcześniej zaanonsowanego treningu), więc tzw. "startfield" nie składał się z całej mazowieckiej czołówki. W każdym razie trasy w żadnym wypadku nie poskąpiono, było 13,5km, bez dróg i ze startu masowego. W tym miejscu muszę cofnąć opowieść o 3 dni, bo w czwartek posłuszeństwa odmówił mój garminek (310xt). Po prostu nie chce załadować satelytów. Podobną historię miałem już 3 lata temu z 305, wtedy skończyło się dobrze dostaniem nowego z serwisu, teraz mam nadzieję, że stratny nie wyjdę. Bardzo bym nie chciał następnej notki zatytułować Świętej Pamięci Garmin. Brak garmina skutkuje koniecznością przeprowadzenia trochę oldskulowej analizy występu, prawie bez użycia komputera. Próbowałem co prawda w pejncie wyrysować przebiegi, ale stanowczo nie na moją cierpliwość takie zabawy. Wracając do dzisiejszego biegu, masowe było kilka pierwszych minut, potem towarzystwo rozbiegło się na niezliczone rozbicia i kolejność zasadniczo się nie zmieniała (oprócz tego, że jak furmankę w pewnym momencie objechał mnie Papuś). Moje przeżycia? Jak się wygrywa :] to wiadomo, cudowne. Ta mapa ("Zagórze") słynie ze swojej zajebistości, wymagająco pod nogami + naprawdę żwawe bieganie + trochę wody w bagnach i wszyscy wychodzą zadowoleni. Polecam mapki oraz wyniki dla niedowiarków. Szczególne problemy miałem na 3pk z 2 pętli, gdzie oprócz krzoków wykluczających jakikolwiek bieg napotkałem najprawdziwszy lód w rowach z wodą. Nadmienię, że pierwszy raz w tym roku zdarzyło mi się biegać na dworze bez ocieplacza, a na sam trening przybyłem w krótkich spodenkach. Bronxów po biegu niestety nie było, bo wolę na trzeźwo furę kierować.
Idziemy dalej, wczoraj, czyli w sobotę miał miejsce ostatni z tej serii (może w tym roku jeszcze nie?) falenicki bieg górski. Mój udział w nim stał pod znakiem zapytania od poniedziałku, kiedy to uświadomiłem sobie, że wypadałoby spożyć większe ilości alkoholu w piątkowe, cudnie słoneczne, popołudnie. Trochę porozmyślałem nad sensem życia, kim ja tak naprawdę jestem? biegaczem? biegaczem na orientację? studenciakiem? studentem geologii? i wymyśliłem, że w piątek "ładuj odpaaal", a jeśli wstanę odpowiednio, to będzie Falenica. I co? Nawet wstałem, ale uznałem, że bezpieczniej będzie nie narażać się dość prawdopodobny uszczerbek na zdrowiu przy kilkunastokrotnym zbieganiu z wydmy. Nie ma się co oszukiwać, kostka albo i 2 na pewno by się skręciły po pijaku. Bezpieczeństwo przede wszystkim! Aaa co do bezpieczeństwa, to, ku mojemu wielkiemu, a zebranych tam nie wiem, niepokojowi, Bieg Górski postanowił odwiedzić nie kto inny, a wojewoda mazowiecki. Tak, ten sam Jacek Kozłowski, który w maju roku zeszłego zasłynął taką dbałością o bezpieczeństwo, że zamknął stadion Legii. Nagonka polityczna na kiboli była wtedy pierwszorzędna. Wśród biegaczy prawdziwych kiboli brak lub znikomy %, ale nikt nie zaprzeczy, że bieganie, a już szczególnie na orientację, to sport ze wszechstron niebezpieczny. Można sobie skręcić kostkę, zadrapać się, jebnąć banią w gałąź, poparzyć się pokrzywami, spaść ze skały, niebezpieczeństwo kipi. Falenickie górskie to natomiast taka namiastka orientacji, więc miejmy nadzieję, że Pan wojewoda ich nie zamknie. Dbałość o bezpieczeństwo to przecież jego 2 imię. A w naszych czasach bezpieczeństwo przede wszystkim, wiadomo! (jakby ktoś nie zrozumiał ironii, to właśnie była, w moim odczuciu jebać to bezpieczeństwo, ma być dobrze/śmiesznie/ciekawie/ryzykownie, a nie bezpiecznie)
W każdym razie Górski (po raz 4 zresztą tej zimy na 6) odpuściłem, ale z bardzo dobrej strony pokazali się Jacek i Papi, zjadając na śniadanie nawet samego wielkiego Mistrza Polski w biegach anglosaskich. Nie wiem (no niby wiem, ale lepiej zabrzmi) co to oznacza, pewnie bieganie w takim hełmie anglosaskim albo całej zbroi, nie znam całej historii, bo może i mistrz był chory, ale prestiż bycia mistrzem w stylu anglosaskim spadł w moich oczach znacznie. Wiem ponadto, że swoich sił w tym sporcie próbował Łobo, którego pozdrawiam serdecznie w tym miejscu, życzę jego prawej nodze szybkiego powrotu do zdrowia i ponownego siania rozpierdolu.
Ponadto we środę miałem jeszcze niebywałą okazję wystartować w historycznym ostatnim etapie pierwszego cyklu Warszawa Nocą. A w zeszłą niedzielę udało mi się wygrać silnie obsadzony trening na dawno nie używanej mapie "Karolina" w ramach Zimowych Mistrzostw Góry Kalwarii, brzmi dumnie. Szersza relacja może w następnej noteczce.

sobota, 3 marca 2012

???

Lokalizacja: Karczew, Polska
Równe 52 tygodnie (czy jak kto woli rok) temu, tak samo, jak dzisiej, odbyłem trzykrotną podróż naobkółko pętli falenickiego biegu górskiego. W mojej pamięci nie zachowały się emocje towarzyszące tamtemu wyczynowi, za to na twardym dysku zachowałem fotersy i wynikersy, a w "blogosferze" również krótki, ale treściwy opis (te 72,3% to chodzi o Wojtasa Dudasa) oraz graficzną pamiątkę, na której gonię Sławomira Cyglera, będącą częścią "loga" w nagłówku. Dodam, że noteczkę nazwałem "Początek sezonu", minął prawie rok, ale zachęcam do powtórnej (albo i dziewiczej, jak ktoś przegapił start blogaska) lektury. Do czego zmierzam? Nabiegałem wtedy 39:31 i wynik ten oprócz tego, że mnie satysfakcjonował, dawał poczucie jako takiej mocy w nogach i pozwalał z małymi nadziejami patrzeć w nadchodzący wtedy sezon 2011. Rzeczywistość okazała się weryfikująca, a mocny, jak 5 marca nie byłem przez cały zeszły rok...Sytuacja na początku marca 2012 wydawało mi się wczoraj, że wygląda ok. 1,5 nieba lepiej, niż rok wcześniej. Od dobrych 2 tygodni biegało mi się luźniutko i szybciutko, poziom zadowolenia z siebie (zawsze wysoki) wzrastał, skomplikowane studenckie sprawy rozwiązywałem małym nakładem sił, zdałem sobie sprawę, jaki ze mnie szczęśliwiec, że nigdy we wojsku nie byłem itd.
Także wstałem dzisiaj rano, nie przesłuchałem wszystkich płyt, ale stawiłem się w falenickiej SP nr 124 celem przebrania w biegowe rzeczy, pogoda pięękna, zero śniegu, pioch na wydmie trochę zmrożony, więc warunki super. Ustawiłem sobie cyferki w głowie i uznałem, że realne wydaje się łamanie 38:00 (12:40/pętla). Na starcie zdecydowanie mniej ludzi, niż standardowo, początek biegnie mi się cudownie lekko, na prowadzenie wychodzi nawet już nie taki aktywny fejsbugowicz Kuba, prędkość na zbiegach osiąga wartości niebywałe, nie jestem nawet w stanie patrzeć pod nogi, przypominam sobie, że rok temu było bardzo podobnie, ale zajebiście! 1 pętla wyszła w 12:17. Jednak nim dobiegła ona końca , cały czar prysł i "jak furmankę" zaczęli mnie mijać kolejni biegacze. W pewnym momencie nawet najlepsza tego dnia kobieta - Dominika StSt. "Nie ma chuja" - pomyślałem i wsiadłem na plegier z nadzieją na biegowe zmartwychwstanie. Nic bardziej omylnego, po 2 podbiegach dałem sobie spokój i wróciłem do swojego, o wiele marniejszego tempa. 2 pętla w 13:40, 3 w 13:46, a razem 39:43 Skończyłem gdzieś w środku stawki, zdecydowanie na tarczy, niż z tarczą. Występ na 1 rzut oka dość podobny do zeszłorocznego (12:40 + 13:20 + 13:30), jednak czuję po nim ogromny niedosyt. Na trasie bez śniegu okazałem się nawet gorszy, niż na ubitym śniegu, a otworzyłem jak idiota niespełna świadomy możliwego do osiągnięcia czasu. 
profile czasowe każdej z pętli,
dobrze widoczny regres
na 2 i 3
a we quickroucie wygląda to tak
(podkładowa mapa chyba z 2000r.)
Czy wszystko stracone? Pośrednio tłumaczę to sobie zachlaniem pały w poniedziałek od razu po popołudniowym treningu, wynikającymi z tego problemami z prawidłowym żywieniem przez następne dni (dzisiaj na trasie też mje brzuch trochę pobolewał ponakurwiał) oraz brakiem siły np. na jakikolwiek konkret we wtorek, czy dokończenie środowego treningu, który to brak odczuwałem także dzisiaj. Ponadto, łydki aktualnie bolą jak siemasz, a na mecie były twardości kamienia (pewnie ze 6 w skali Mohsa), co często mi się nie przytrafia. A i najważniejsze - zamęczyłem się chwilowo tempem na tyle szybko, że w ogóle nie czułem zmęczenia po biegu...Okazja do odbudowania pewności siebie? Jutro :) na OK!treningu!