sobota, 28 kwietnia 2012

Pierwsze urodzinki blogaska

Miałem dzisiaj niebywałą przyjemność pierwszy raz w życiu wystartować w pedałowaniu z mapą, czyli odmianie orientacji sportowej pod nazwą rowerowa jazda na orientację (mtb-orienteering) w pewnych małych mazowieckich zawodach w Międzylesiu na dystansie scorelauf, czyli ok. 20km. Skutecznie namówiony we środę przez Łoba (wraca, wraca, bójcie się chamy, 19maja rozpierdoli w pył Bieg na Szczyt Rondo1), zdecydowałem się zrezygnować ze startu we Grand Prix Warszawy na 10km na Młocinach, na który to namawiał mnie we wtorek Grabek z Jackiem pod hasłem "oo Grabek tera słaby, to masz niepowtarzalną okazję go ojebać" (inny powód to widniejące na stronie organizatora słodkie "Czekamy na wszystkich sympatyków joggingu.", a ja chciałem biegać, nie jogować). Życie, jak zresztą zawsze, zweryfikowało czcze zapowiedzi, bo Grabowski złamał 33 minuty, a ja może wypluwając płuca złamałbym 37. Po pierwsze nie ta liga, po drugie nie tego pożądałbym w przeddzień Grand Prix Mazowsza. W przegościnnych okolicach Wieliszewa rozpocznę bowiem dopiero na dobre swój startowy sezon. Z tej okazji zmieniłem nawet logo blogaska na samą fotkę z zeszłorocznego GPM (2 etap). Stare było oczywiście wyjebane w kosmos, ale uznałem, że na wejściu lepiej widzieć tekst, niż ciągle tą samą ścianę fotek. Niemniej jednak, jak komuś się spodobało bardzo :D, to po lekkich poszukiwaniach po lewej stronie może sobie je ściągnąć.


Po błyskawicznym zgłoszeniu na bardzo skądinąd dobrej stronie Marcina Krasuskiego orienteering.waw.pl pozostało mi jedynie skompletować sprzęt prawdziwego rowerzysty. Rower wziąłem od ukochanej (pozdróffki :* chociaż i tak nie czytasz) siostry, kask sprzed 15 lat (ale stopro sprawny) znalazłem gdzieś w garażu, mapnika użyczył wspomniany wyżej ulubiony bloger Kuby, buty takie wpinane (o nazwie pożyczonej od podpowłok elektronowych) uznałem słusznie za na razie zbędne, więc po uiszczeniu 15zyla (czyli tyle, co za przebiegnięcie tej dychy z Grabkiem) ustawiłem się w 1 linii pod taaakim nadmuchanym balonem (po 70minutach na mecie nie było po nim śladu), jakiś pan z telewizji reżymowej nr 3 coś nawet skamerował, usłyszałem "minuta do startu", uznałem, że pora poprawić kask, zdjąłem go, minęło ok. 7sekund, usłyszałem "start", ledwo co uniknąłem stratowania, poprawiłem ten kask i zacząłem gonić. Do Łoba grane było już ze 150m straty, ale z łatwością zacząłem weryfikować stratę. Niemniej jednak, na pierwszych kilku punktach odbywały się porównywalne z pierwszą rundą Szybkiego Mózgu (o której później) sceny dantejskie i każdy z nich oznaczał ok. 20-30 sekund czekania na wyrwanie komuś perforatora. O właśnie, całe zawody na dawno już zapomnianych przeze mnie kartach, swoją mogłem sobie nawet okleić i przedziurkować, a potem na sznurku zawiesić na prawej ręce. W końcu na pk nr 40 dopędziłem liderów (Łoba i jakiegoś starszego pana, który naprawdę grubo pedałował). W drodze na 42 na przeszkodzie stanęło bagno rozlane w poprzek drogi, a po chwili postanowiłem nie zapominać o korzeniach i kawałeczek podbiegłem przez las. Trochę ciężko z rowerem. Nr 48 to tzw. "gwóźdź programu". Po nieudanej próbie forsowania czyjegoś ogrodzenia zawróciliśmy do górnego wariantu. Niestety, okolica się trochę zmieniła i zabudowała, więc po krótkiej chwili mogliśmy zarzucić znaną pieśń "Jeesteeeeeśmy chuj wie gdzie, alkohol leje się". Niestety2 nie było alkoholu, więc nie zarzuciliśmy.  Po chwili wróciliśmy na mapę, niestety3 też na zmieniony kawałek, podjechaliśmy ściechą, której niestety4 nie było na mapie, aż w końcu relokacja się powiodła. Niestety5 postanowiliśmy atakować punkt od południa, więc tuż przed nim po zjeździe z górki zatrzymało nas głębokie do pół kółka bagno. Tam właśnie poznałem znaczenie nadanego po GEZNO (oo a może w wikend majowy notkę z gezna uda się sklecić? pół Polski podobno czeka na nią :) przydomku Wściekły Bluźnierca. Po dość konkretnie wulgarnej wiązance do walki z resztą trasy musiałem stanąć sam. Kontynuowałem z lekkimi problemami wynikającymi z nikłego doświadczenia (wybrać i zapamiętać wariant na prędkości i z korzeniami pod kółkiem nie jest wcale tak banalnie) całkiem udanie. Trochę mi się pojebało co prawda na 34 (ale wcześniej 36 stał trochę nie halo).


debiutant zapomniał brzucha napiąć
Nieoceniony garminek pokazał 20 przejechanych km oraz 73minuty. Dostałem także dyplom z okazji zajęcia 3 miejsca, 10 minut za Marcinem Krasuskim. Błąd na 48 oceniam na 15', do kalendarza startów wpisałem już sobie pozostałe imprezy RJnO w tym roku (a będzie ich naprawdę sroga liczba), niestety trochę kolidują z BnO, ale może jeszcze zagoszczę na rowerze z mapą. Zabawa przednia, polecam z całego serca, czytanie mapy podczas zapierdalania na pełnej prędkości do najłatwiejszych nie należy, trochę adrenaliny przy zjeżdżaniu czy próbie przejazdu przez drzewa zwalone też można poczuć.


A teraz zwyczajowe nadrabianie zaległości, czyli co u mnie przez 2 tygodnie od ostatniej noteczki. Odbyte 14 kwietnia na mapie ze sztafet z zeszłorocznej OOM (Kazuń Nowy) Mistrzostwa Warszawy w Średniodystansowym BnO chciałem opisać od razu po ich zakończeniu. Chciałem bowiem odnieść pewne i dobre zwycięstwo. Okazało się jednak, że oprócz biegu na orientację organizator zafundował uczestnikom pływanie na niebywale wręcz pływającej mapie. Oczywiście marny techniczny występ to głównie zasługa mojej głowy, ale mapa w żadnym wypadku nie służyła pomocą. Początek dość pewnie i myk! wypadam na ściechę za nim, niby tylko 50", ale dobre 4' skutecznie zajebałem już na 2pk, na 6pk dołożyłem jeszcze 1'30, doszedł mnie wtedy kolega z klubu Grzesiek Wróblewski (z którym notabene mam nadzieję zawojujemy sztafetowe MP). Co ciekawe, też miał do tego momentu spore problemy, ale najwyraźniej 4 minuty mniejsze od moich. Przez całą dalszą część trasy próbowałem mu uciec, uskuteczniłem 6 takich zrywów zakończonych cyrklowaniem w okolicach kółka, udało mi się wkońcu w drodze na ostatni punkt...Napisałbym więcej, np. co to się nie działo w drodze i tuż przed 15pk, ale lekarz zalecił nie denerwować się. W każdym razie skończyło się gorzej niż źle, ograli mnie jak przedszkolaka, ale na swoje usprawiedliwienie policzyłem luźne 10minut błędu...

Już 10 dni minęło od 18 kwietnia, czyli pierwszej edycji Szybkiego Mózgu AD 2012. Areną zmagań były okolice Metra Ursynów, na starcie ponownie zabrakło kilku zwyczajowych mocnych graczy, więc liczyłem na dobry rezultat. Organizatorzy postawili na minimalizm i ustawili po jednej puszcze na punkt. Niestety niedostatecznie wykorzystana została także pobliska Kopa Cwila, która aż prosiła się o postawienie na jej szczycie węzłowego punktu, a umiejętności podstawowe na Warszawa Nocą, jak trzymanie plegieru oraz wbijanie się barkiem w zagubionych początkujących biegaczy w najbliższym otoczeniu pk nie straciły na aktualności. Do 1pk było ok. 200m, a podbić go miało ok. 50 osób. Niby śmieszne, ale dobiegłem jako jeden z pierwszych, więc strata czasowa nie była znaczna. Co innego na 2pk, który okazał się pierwszym punktem dla ok. 40 innych biegaczów. Zdecydowanymi ruchami odgarniałem tłum iii po 20 sekundach już mogłem biec na 3. Dalej w miarę możliwości szybciuteńko, małe błędy, wbijam 12pk, a z naprzeciwka nadbiega lekko zagubiona trójka mocnych graczy (Galicz, Paszyński, Charuba, ale oni na swoim rozbiciu nie mieli tłumów na punktach). Zaczynam trochę słabnąć, na 15pk są już przede mną, a na mecie z przewagą odpowiednio: 25, 25 i 19 sekund. Co ciekawe, chyba pierwszy raz w życiu wygrałem na sprincie, a wcześniej skutecznie trzymałem się przed znanym grajkiem Grzegorzem Hetmanem, który poszczycić się może kompletnym brakiem treningu biegowego w tym roku. Na szczęście obecny był przychylny mi fotografik, więc kilka zdjęć ałtorstwa Piotra Łobodzińskiego poniżej. Prezentuję także gorąco wyczekiwane przebiegi Piłkowskiego narysowane najleprzą metodą kropeczek. Wygrał wiadomo kto, a łódzki Orientuś obecny bez żagla.

trzymam plegier (Zielińskiego)
trzymam plegier (Hetmana)
trzymam plegier (Charuby)
trzymam kratkę (betonową)
Natomiast z okazji urodzin blogaska 25 kwietnia, czyli we środę nie było tortu, nie było nawet tradycyjnych browarków na saunie, nie było też MacGyvera, bomby z zapałek, gum Turbo w kioskach, oranżady w proszku, Atari ST, Amigi 500, w NBA Barkleya, sofiksów ani korkotrampek Stomila, był za to mój bieg na 1000m w płaskich butach na tartanowej bieżni okalającej boisko warszawskiej Agrykoli. Postawionej wysoko (3:00 przecież) poprzeczki nie pokonałem, ale 3:01 mimo wyplucia płuc też zadowala, następna taka próba pewnie na 2 urodzinki. A przy okazji jarania się jak krzew mojżesza najnowszą bałucką produkcją przypomniałem sobie poprzednie Tabasko, DOBRY RAP OD TYLU (10) LAT.

wtorek, 17 kwietnia 2012

B do E do K do A

Zwykle na notki poświęcam dość dużo czasu i energii oraz staram się nie robić tego w stylu "1  zdanie o minionych obozach/zawodach raz na miesiąc + klikajcie hopelessy/(good) jopy". Ostatnio wspominałem, że ostatnia tegoroczna edycja falenickich biegów górskich jako niebezpieczna może być ostatnią w ogóle ze względu na obecność na niej znanego z dbałości o bezpieczeństwo jaśnie rzondzoncego aktualnie wojewody mazowieckiego. Wydawało mi się to takim średniej jakości żarcikiem. Otóż nic bardziej omylnego.

Wojewoda podziela ocenę policji, iż organizacja meczu z udziałem kibiców obu drużyn może realnie naruszyć porządek publiczny i stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa uczestników imprezy masowej. Na decyzję wpływ miała również niedostateczna obecność służb porządkowych podczas meczów ligowych w sektorach gości i gospodarzy. Utrudnia to lub uniemożliwia identyfikację osób łamiących prawo. Również organizator - Klub Piłkarski "Legia" Warszawa – pisemnie potwierdził, że wyłączenie sektora dla kibiców gości podniesie poziom bezpieczeństwa planowanego meczu. "Mam nadzieję, że dzisiejsza decyzja pomoże zarządowi klubu i kibicom zaakceptować konieczną obecność służb porządkowych wewnątrz wszystkich sektorów oraz zapewnienie pełnej identyfikacji osób łamiących prawo" – powiedział Jacek Kozłowski, wojewoda mazowiecki.

Należy stopniowo zabraniać wszystkiego, aż każdy jeden będzie mógł jedynie bezpiecznie siedzieć w bezpiecznym fotelu  i bezpiecznie oglądać bezpieczne TVN24 wyrabiając sobie jedyne słuszne bezpieczne poglądy - to już dopowiadam ja. A Krzysztof dodaje:

kiedyś wydawało mi się to beką, ale aktualnie ten kierunek został już chyba obrany.

piątek, 13 kwietnia 2012

Ajjajaijaj, nie widziałeś amerikan paj

Oglądałem kiedyś pewien film. Minęło kilka lat i nie natrafiłem na żadną lepszą zagraniczną produkcję (bo "Psom" nic nie dorówna). Uma Thurman opowiadała w nim żart kończący się "catch up!". Dzisiaj na moje nadganianie tematu pora.
Poczynając od czasów najbardziej zamierzchłych, przeszło miesiąc temu (jeszcze na starym, teraz już Świętej Pamięci, sprzęcie garmina, model 310xt) udało mi się "zająć wysokie 1 miejsce" (z tego zajęcia wysokiego beka zawsze będzie grana) podczas 1 rundy prestiżowego Pucharu Góry Kalwarii. Start był "masowy", a konkretniej taśmowy, mniej więcej jak spadochroniarze z samolotu podczas desantu. Także przy odpowiednio taktycznym odczekaniu, potem łatwym dogonieniu kogoś mocniejszego i skutecznym biegu "na plegier" łatwo było o zwycięstwo. Nikt nie zdecydował się na taki strategiczny manewr, więc przy marnej obsadzie odniosłem raczej bezdyskusyjną wiktorię, chociaż prowadzenie trochę się w lesie zmieniało. Chłopaki z Gwardii mieli jednak (albo i nie :) na głowie chylący się ku upadkowi klub, więc słabsza dyspozycja wytłumaczona. Jako ciekawostkę dodam, że od wtorku w tamtym tygodniu (bieg w niedzielę) "coś mnie łapało" i już 2h po biegu zmierzyłem pod lewą pachą 38 stopni Celsjusza. Szczelnie przykryty kocykiem oglądałem więc Halowe Mistrzostwa Świata w LA, gdzie Adama Kszczota pokonali chłopcy w różowych kolcach (Holusa i Osagie). Obciach jak chuj. A następne HMŚ za 2 lata na polskiej (od 1945r.) ziemi, w Sopocie.
Następnie, 15 marca, na terenie Szkoły Głównej Gotowania Wody odbyto ostatni etap pierwszej edycji Warszawa Nocą. Chciałbym się mylić, ale chyba przejdzie on do historii jako "ostatni trening za 5zł w Warszawie", bowiem wpisowe na Szybki Mózg poszło w górę o 100%. Mój ciąg niestety nie był zbieżny do 1 miejsca, chociaż przy braku kilku czołowych zawodników z OK!Sportu otarłem się o podium. Niestety, udział przypłaciłem lekkimi zniszczeniami lampy, która nie wyszła zwycięsko z pojedynku z gałęzią. Wszystko już sklejone i działa, więc szkoda jedynie 20" na jej poprawianie w drodze na 5pk. Mapka (przepraszam przy okazji za marną jakość wszystkich dzisiejszych grafik) na górze, na duże brawa zasługuje zastosowany przez budowniczego tras zabieg zmiany skali, który wymuszał dokładne czytelnictwo mapki. O ile za 1 razem udało mi się (a nawet przebiegłem sobie przez otwartą furtę w płocie nie do przejścia - tu ciekawa sprawa do rozkminiania, bo zarówno 1. Papuś, jak i 2. Grabek obiegali ją i zarzekali się, że w biegu o  dużo większą stawkę też by obiegali, ale coś czuję, że mogli by w tym być osamotnieni), to 2 był tragiczny. Jeszcze bardziej tragiczny był brak współpracy okazywany przez garminka następnego dnia.

Czas nadszedł na świąteczne litewskie mapki. Ciężko powiedzieć o ich ilości urodzaj, chciałem do tego jeszcze dodać Q+F z dystansu średniego JWOCa 2006 w drodze powrotnej, ale temperatura powietrza w postaci 2 stopni C powyżej zera skutecznie obróciła pozostałą (niebiegającą :( część mojej rodziny przeciwko temu pomysłowi. W każdym razie traski mam i przy okazji wizyty w Augustowie lub okolicach pewnie ich użyję. Nic na to jednak nie wskazuje. Od lewej: sztafety, 3 zmiana, rozbicia Michala Krajcika, jakość zdjęcia marniutka, ale nie ma za bardzo co oglądać, bieganie dość proste, żwawe i przyjemne, prawie 11km oporządziłem w 57 minut. Zmarszczyłem się jednak, i to bardzo, oglądając wyniki, bo 6 lat temu zajmowało im to dobre 10 minut mniej. 5 jeszcze bym przyjął, a tak podejrzewam, że las musiał wtedy być ciut lepiej przebieżny, bo po 4'/km to "pierwszy lepszy" :) JWOCowiec nie śmiga. Z ciekawostek: wśród drzew poprowadzone są asfaltowe ścieżki rowerowe, których stan znacząco pogarszają korzenie, a także rura o średnicy 30cm zanurzająca się w tym prawym jeziorze. Ponadto, finiszowałem koło tego małego jeziorka, gdyż w miejscu oryginalnej mety zasadzono piękne kwiatuszki, których to nie chciałem prostacko zdeptać. A samo jeziorko :) zamarznięte, więc 6 kwietnia miałem okazję być "z dala od brzegu". Niestety, biegam zwykle bez aparatu, więc nie wspomogę swoich odkryć foteczkami...Następnie (środkowa mapka) śmignąłem jakiś trening Litwinów, po błędzie na 3pk zapowiedziałem sobie, że to już ostatni i pewnie zmierzałem do mety, gdy tuż po 14pk poczułem dość dziwny ból w pachwinie, który biec dalej nie pozwolił. W tym tygodniu odwiedziłem 2 lekarzy, USG wykazało, że to nie ciąża, ale węzły chłonne ciągle mam powiększone (chociaż rozmiarem z każdym dniem zmierzają chyba w dobrą stronę). W każdym razie już następnego dnia biegać się dało, a wyzwanie było nie lada, bo oprócz traski sprintu z 2006, musiałem odpalić trening o 7:43 ichniejszego czasu (+1 od naszej strefy). Było banalnie, w drodze na 8 zamiast budynku stał most (bo ta rzeka to sam Niemen z "Nad Niemnem"), prędkości na wszelki wypadek nie ujawniam :) Ogólnie trochę szkoda, że nie udało się zażyć więcej litewskiej mapy, bowiem ichniejszy typ biegania sprawia chyba najwięcej radości - zapierdalasz ile wlezie, ale dość czujnie w odpowiednich momentach. Udało się natomiast zażyć sporo druskiennickiej sauny oraz zjeżdżalni basenowej - szczególnie propsuję Sukurys (tu marna jakość), do którego wpada się na pełnej prędkości.
2 dni temu udało mi się odbyć dość ciekawy OK!trening razem z Kubą, na znanej i lubianej "Łysej", jakieś 4,5km jazdy rowerem od mojego domu. W programie było 3+3+1km na dość wymagającym podłożu. W końcu (po litewskim nieurodzaju) miałem okazję cokolwiek zobaczyć w miejscu pk. Co prawda nie stacje SI (:D), ale czerwoną krepinę. Sprawdzałem dzisiaj i już jej niestety nie ma, ale zostało trochę niebieskiej i pomarańczowej z poprzednich treningów, jak kogoś by mocno przycisnęło na trening na tej jedynej w swoim rodzaju formie akumulacji eolicznej. Pierwszej pętli na górze brakuje, ale w niczym to nie przeszkadza, za to na ostatniej zaobserwować można kilka ordynarnych błędów, które przesądziły o mojej porażce (szczególnie boli ten ostatni pk, który widziałem z dołu, ale na szczycie "zniknoł" - a potem okazało się, że górka obwieszona jest niczym choinka 3 różnymi kolorami krepinami).


Teraz moment na gwóźdź programu: prezentacja wyników fejsbugowej popularności blogerów polskiej orientacji na podstawie ilości lubię to poświątecznych notek.
1. Hewelt (16) 2. Galicz (11) 3. Piłkowski (6) 4. Jasiński (4)
Bo niby niedawno napisałem, że jebać promocję na fb, ale niestety wiąże się to z 2x mniejszą liczbą odwiedzin, więc za TW "Bolkiem" powtórzę: nie chcem, ale muszem. I, mimo, że nigdy aż 6 nie dostałem, to WCM2 te wyniki troszkę zasmuciła mnie ta przegrana. Może tera będzie lepiej?


W potreningowej luźnej gadce Kuba zwrócił natomiast uwagę na dość ciekawą i niewątpliwie intrygującą kwestię: na stronie niemieckiego związku bno po tych wielkanocnych zawodach w Czechach napisali nawet newsika o "powrocie Leifa Badera itd.", a ogólna lektura orienterungslaufu.de, nawet przy marnej znajomości niemieckiego i samym oglądaniu fotek, daje poczucie, że jest to stronka o bieganiu, czasami na nartach, do tego po lesie i jeszcze z mapą. Czyli nic nadzwyczajnego, biorąc pod uwagę, że tematyką jest bieg na orientację. Ale, ale, ja jako przyzwyczajony do stronki, o jakiej za chwilę, nieco się zdziwiłem. Na wszelki wypadek sprawdziłem sobie nie za często wizytowane orientering.se, orientacnibeh.cz oraz www.orientering.no (swoją drogą niewyjaśnioną zagadką pozostaje dla mnie, czemu jednak www trzeba czasami stosować - samo orientering.no działać nie chce) i moje oczy napotkały biegaczy: ucieszonych, z mapą, na pełnej prędkości, na podjumach + oczywiście relacje z różnorakich biegowo-orientacyjnych wydarzeń. Po chwili wróciłem "do siebie", a konkretniej na zielonysport.pl, który przoduje w tematyce komunikatów, regulaminów, odpowiednio opisanych koszy do segregacji odpadów, konkursów SMSkowych oraz oczywiście :) wykrzywionych mord zawodniczek z K20. A i jeszcze kolorowych jajec w trawie. (Życzenia świąteczne najważniejsze "na świecie całym" przecie.) No i właśnie - bieganie po lesie z mapą i kompasem czy niezłe jajca (kolorowe)?

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Świąteczna atmosfera

W przeciwieństwie do "avant garde" polskiej orientacji, świąt wielkanocnych nie spędziłem w Czechach. Co prawda, w początkach lutego, równo z powstawaniem noteczki "Best of the greatest" otrzymałem od Hewiego ekskluzywne zaproszenie na wielkanocny obozik połączony ze startami w zawodach koło Pragi. Czułem jednak co się święci, że mimo sporej ilości zawodników, elita będzie elitą tylko z nazwy, a nie z mocy zawodników (w generali zabrakło jakiegokolwiek czeskiego eliciarza). A, jak wiadomo, wysokie miejsca (jak się często mówi "zajął wysokie, 18 miejsce" :D ), oprócz tego, że są niezbędne w budowaniu wysokiej pewności siebie, to osiągnięte zbyt łatwo mogą dać błędne poczucie "co to nie ja". Oprócz tego spore gratulacje dla OK!Sporciaka Kuby za 2 miejsce!
Postanowiłem więc udać się pod białoruską granicę i w pięknych okolicznościach litewskiej pogody pobiegać trochę samemu (a przy okazji pomoczyć jajca w aquaparku). Z pomocą przyszedł jacekmorawski.pl, którego klubowy kolega Jonas V. Gvildys uruchomił swojego znajomka i tak oto mapki miałem załatwione. (Litwinów pewnie mało co obchodzi mój blogasek, ale w ramach multijęzykowości labai ačiū!) Niestety, żadnych przebiegów dzisiaj nie zamieszczę, bo mój ANT Stick (TM) jest chwilowo poza zasięgiem, ale zaległości nadrobione zostaną już w piątek pewnie. W każdym razie w orientacyjnych podbojach odbyłem swoistą podróż w czasie, albowiem śmigałem głównie na mapkach z JWOCa z roku 2006. Dość szybkie (ładnie zapierdalali) mistrzostwa to były, ale szerzej później. Przy okazji sprintu przypomniało mi się, że te prawie 6 lat temu ktoś opowiadał mi historię, że na jakichś tam mistrzostwach był sprint z kawałkiem trasy w lesie, który chłopy biegały po 3:50/km, a niesamowicie już wtedy potężny biegowo Włodar dostał całą minutę. No cóż, dzisiaj rano eksperymentalnie dowiodłem, że w aktualnej formie biegowej dostałbym dwie.
"Nad Niemnem"
Ale wracając do meritum, czyli wyżej wspomnianej notki z lutego. Ostatnio przeglądając różniaste ustawienia blogaska natknąłem się na "posty wymagające moderacji", które to niezwłocznie opublikowałem. Co ciekawe, 2 z nich miały tę samą treść i autora (Wajcha pozdrówki :) , więc pewnie zadziałał jakyś mało wyszukany anty-spam. Za to ten trzeci, oprócz niewątpliwego braku odwagi u autorki Joanny/Zuzanny, zmotywował mnie do przypomnienia pewnych kwestii. Co prawda, kiedyś anonimy wypierdalało się do kosza, ale internetowe anonimy, oprócz niewątpliwego braku anonimowości, są jak najbardziej pożądane w skromnych progach mego blogaska. Internetowego chujowego hejtingu w marnym stylu bowiem nigdy mało. Kwestie warte przypomnienia to ideały, którymi kierowałem się prawie (urodzinki tuż tuż!) rok temu, instalując tadeuszpilkowski.blogspot.com w przepastnej przestrzeni sieciowej.
A mianowicie, jak zresztą przeczytać można w pierwszej notce, nie chodziło mi o jakiekolwiek głaskanie po siusiakach i zachwyty, ilu znajomych z całeeeej Polski spotkałem na ostatnich zawodach połączone z aptekarskim wyliczaniem sekund popełnionych błędów okraszone użaleniem się nad marną formą techniczną, która nichuja nie chce iść w parze z biegową. Chodziło o treściwe, może nie do końca merytoryczne, wymyślne, zasobne w słownictwo i w żadnym wypadku poprawne politycznie przemyślenia dotyczące głównie sytuacji w świecie polskiej orientacji, ale też jakiejkolwiek innej dziedzinie z perspektywy aktywnego zawodnika kategorii seniorskiej ("elity" to chyba jednak troszkę na wyrost) w tejże orientacji sportowej. Miało to być doskonałe wypełnienie zaobserwowanej przeze mnie niszy na rynku blogasków. Szczęśliwie i w prawie pełni zdrowia, udaje się do dzisiaj i tego się trzymam!

Początki działalności musiały wiązać się z publikacją tej dobrej piosenki. Dzisiaj ponawiam. Słoń/Mikser

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Bezrobotny statysta

Modnie ostatnio napisać o źródle inspiracji do notki. W moim dzisiejszym przypadku jest to makaron Lubella + sos chiński Łowicz + ząbek czosnku (bo lepiej trzymać zdrowie w taką pogodę) + reaktywowany blogasek Adama Szmulindropsa + jedno zdanie na blogu Jasinki + Perła Chmielowa. Słowem wyjaśnienia, pewną rolę odgrywa też strona jacekmorawski.pl oraz ostatnio zauważony blogasek garbacik.blogspot.com (a na nim szczególnie sprinterska mapka z Krakowa "Podgórze - Kopiec Krakusa").
Rozwijając poprzedni akapit zaznaczę, że jeśli biegacz na orientację reprezentujący (zapewne) Polskę na poważanych Mistrzostwach boi się bagien, to poziom beki na ten miesiąc osiągnięty i nie muszę się silić na więcej żartów. (Ewentualnie podejrzewam wątpliwy prymaaprylysowy żarcik).
Z perspektywy trzech miesięcy tego roku śmiało mogę natomiast powiedzieć, że ostatnie 3 miesiące zupełnie straciłem/przejebałem. Kilka dni treningu, kilka dni ychu dychu prychu i tak w kółko, zmarnotrawiony spalski obóz, alkoholowe sprawy w najbardziej nieodpowiednich momentach + multum błędnych decyzji. Na pewno dało się to zaobserwować po marniusieńkich noteczkach...Na szczęście w ostatnich dniach zdecydowanie wyszedłem na prostą, ustawiłem szkolne sprawy, w miarę przemyślałem kalendarz startów (a wypadałoby jeszcze zrobić kawałek mapki na nasze zawody, które już 12-13 maja!), powróciłem do oglądania odleżanych cały rok odcinków Californicationa (oczywiście poczynając od najlepszej :) , 3 serii), a pobyt na AMPach dał mi solidnego "kopa" do dobrego trenowania. Na razie łydki cały czas z kamienia, ale już na środę planuję jeden z flagowych treningów Giży, czyli podbiegi ulicą Karola Ludwika Agricoli.
31 marca miałem niesamowitą okazję pierwszy raz w życiu wystartować w Akademickich Mistrzostwach Polski w Przełajach. Obszerną zapowiedź swego występu zamieściłem w poprzedniej notce, więc przejdę do czystego opisu przeżyć. Mój start zaplanowano na godzinę 12:40, na miejscu byliśmy koło 9:30, bo pierwszy bieg odpalił równo o 10:00. A potem pogoda załamała się. Co prawda przezornie sprawdziłem pogodę i ujrzałem w niej deszcz ze śniegiem, ale to, co poczułem na swojej skórze tego marcowego łódzkiego przedpołudnia pozostanie w mej pamięci na zawsze. Nakurwiało śniegiem i gradem zdrowiutko, a jako, że chciałem obejrzeć 2 pierwsze (z łącznie 4, w tym ten 4 z moim udziałem) biegi, zmarzłem równie zdrowiutko. 3,2,1 poszli, wodotryski spod butów sięgały drugiego piętra, w miarę trzymałem założone tempo widząc plecy Hewiego, po 2 (z 9,4) kilometrach bystrze uznałem, że to jednak nie moje tempo, mijać zaczęli mnie najróżniejsi biegaczowie (na szczęście żaden w różowych kolcach, jak to się przydarzyło Adamowi Kszczotowi na HMŚ w Stambule), regres tempa postępował, aby osiągnąć nawet 4:12/km, dokręciłem te 3 kółka, zmęczony padłem na pysk i tyle. Matematyczne działania na wynikach pozwoliły mi oszacować średnie tempo na minimalnie złamane 4:00/km. Zajebioza! jedynie 20"/km wolniej od zakładanego. No cóż, "distinguish yourself in da forest, mejt!" Prawie udało mi się zająć miejsce 69, zabrakło 8 sekund. Na pobiegowym roztruchtanku dowiedziałem się, że arena tych przełajów jest również częstą areną treningową łódzkiego Orientusia, więc ponowne zwycięstwo mojego klubowicza Kuby nad ich klubowiczem Podziem cieszy :) Obecność w Łodzi zakończyłem razem z Hewim karkówką i bronxikiem, sezon otwarty! Na koniec ciekawostka: jeśli Łobindrops 1. nie złamałby nogi 2. pobiegł na poziomie sprzed roku (a w tym byłby nawet mocniejszy), to załapalibyśmy się na podium w klasyfikacji UNI, czyli Uniwerków. No cóż, za rok na pewno tam wrócę :) i nie zamierzam powtarzać roli statysty. (trochę wstyd się przyznać, ale cytat "bezrobotny statysta, od dzisiaj to twoja rola" pochodzący z najlepszego dissowego kawałka świata wpadł mi do głowy ok. czwartego kilometra tego biegu...)
więcej foteczek nie posiadam
Następny cel był zarysowany na horyzoncie już od dawna, a w sobotę wieczorem wszedł w decydującą i - jak się okazało - ostateczną fazę. A mianowicie posypały się moje pomysły dotyczące samochodowego dojazdu do Puław. Okazało się bowiem, że na niedzielę docierają jedynie 2 wozy OK!klubu i oba zapakowane w całości. Desperackie plany dojazdu w postaci: wstawanie o 4:50 - rower do Otwocka - 5:30 pociąg do Pilawy - pociąg do Puław - rower na Parchatkę wyrzuciłem ze swojej głowy przed snem. Takie kurwa życie niestety, nie dorobiłem się jeszcze fury, więc jestem skazany na zależność od losowych ludzkich przypadków. Biegania 3 etapu "Koziołka" żałuję bardzo, chociaż byłoby naprawdę ciężko po tych przełajkach. W każdym razie odnotuję, że wygrał trener Karol, ale konkurencja była :D no, prawie, jakby jej nie było. Jeśli więc liczyć takie zwycięstwa, to również wygrałem w niedzielę! Długie rozbieganie, a część jego z mapą - taki cel mi przyświecał, zrealizowałem go w 100% za pomocą odgrzebanej mapki z Nocnych Mistrzostw Mazowsza z roku 2005, kategoria M18. Warunki pogodowe ponownie rozśmieszyły - w pewnym momencie byłem bialutki jak bałwanek, chwilę wcześniej smagał mnie po ryju grad, a pół godziny później nawet widziałem promienie słońca. Przypomniało mi to pewien start w Czechach w lipcu roku 2008 - na zawodach Ceska Kanada - kiedy to przez 50' doświadczyłem każdej pory roku. Przy okazji polecam :) powyższy link, jedne z moich pierwszych kroków w kierunku profesjonalnego blogerstwa. W każdym razie wyrobiłem 100 minut i ani jednej z nich na siłę, liczba kilometrów w sobotę dodana do tej z niedzieli przekroczyła 30, więc był to bardzo dobry "wikend 30km". Chyba tyle.
Aaa nie :) w akademyku youtube obsługują, więc: zaanonsowany wideoklip oraz drugi, równie ciekawy, pozostający w łódzkim temacie oraz mam nadzieję podnoszący ony poziom onej beki do stanu niewidzianego od wielu lat. Za uwagę dzięki, Parias jak Polsilver cienki.


EDIT: podjąłem także bardzo ciężką, ale mam nadzieję, że nie brzemienną w skutki decyzję o niereklamowaniu się na fejsbugasku, albowiem strzela mnie kurwica, kiedy widzę, jak inni mają więcej kciuków do góry, ja niestety nie mam żadnych fanów od lubię to.