czwartek, 20 września 2012

Gott mit uns (före Polish Champs)

Napisać noteczkę - niby prosta sprawa, prawie codziennie od pół roku idę spać z takim postanowieniem. W końcu ponaciągam te przebiegi, wybiorę foteczki, dodam kilka mądrych słówek od siebie i przestanie w tej szaro-pomarańczowej scenerii powiewać chujem, a liczniki odwiedzin poszybują w górę. Nic takiego się niestety nie dzieje. Ostatnio desperacko próbowałem zainstalować blogaska na skądinąd najlepszym portalu o BnO w całej Polsce biegnaorientacje.pl (byłby nawet dostępny pod zawadiackim adresem tadziu.biegnaorientacje.pl). Nic z tego nie wyszło. Spójrzcie bowiem tylko na szerokość kolumny i ogólnie wygląd np. tego. Bajery dookoła fajniutkie, ale tu o nietuzinkową treść przecież chodzi. Około 13 wyrazów w wierszu nie jest spełnieniem moich marzeń (bo i nie piszę "Pana Tadeusza", chociaż tam bardziej sylaby się liczyły).
zasadniczo to spędziłem 3tygodnie
na malinach, taaakie wielkie
Historię zacznę może od późnego środka. Po powrocie z niezmiernie udanego, obfitującego w nowe doświadczenia i mało monotonnego kursu kartowania geologicznego w Bocheńcu, gdzie wcale nie odmawiałem alkoholu, z dniem 30 sierpnia oficjalnie rozpocząłem jesienną część sezonu.
Poklikałem gdzie trzeba, powybierałem dogodne starty i terminy i zadowolony pojechałem w okrągłą 73 rocznicę niemieckiej agresji na polskie ziemie na pierwszy sprawdzian sił i mocy do Nałęczowa. W planie był sprincik w parku po południu, nocny w jarach i parku w nocy (dziwne) i klasyg na mapie z longa'07 rano. Tak więc 3 razy mapa w niecałe 24 godzinki. Po zadziwieniu wszystkich napotkanych łysą banią mogłem w swojej zerowej minucie wyruszyć. Kto widział, może potwierdzić: ło kurwa co to był za ogień! Dobiegłem do drzewka przy rowie, zadowolony, że pk nie stoi od strony nabiegu okrążam je, żeby podbić i ... aaa. Już 20 sekund do tyłu. Skończyły się fajerwerki, zaczął się typowy dla mnie bieg "na średniości". Wbijałem punkcik za punkcikiem, na każdym dostając po kilka sekund, 7pk nawet wygrałem cisnąc przez środek żywopłotu (do przejścia czy nie? - to jest jedna z nieuregulowanych zasad sprinterskich chyba, moim zdaniem skoro ma dziury, nawet na tyle małe, że niemożliwe do odwzorowania na mapie, to nichuja nie może być nie do przejścia. Inna sprawa, że co zawody i klub - to inny wydruk (łoooo byle ofsetowy, bo  w 2010 i 2011 były punktasy do konkursu (a od 2012 punktacja tego już nie uwzględnia)) i jak tu na 1 rzut oka ocenić, czy jest czarny 50%).
lodem na eleganckości obłożone,
lepszych foteczek nie mam
W każdym razie z może nie największą, ale dość sporą satysfakcją z biegu z mapą zmierzałem w kierunku mety, gdy dobiegając do 15pk zauważyłem możliwość przebiegnięcia przez coś, co na mapie było budynkiem, a tera zostało tylko metalowe obramowanie. Dla głodnych zdjęć lotniczych tutajNa ziemi leżały jakieś pręty, więc postanowiłem skoczyć nad nimi, lądowałem na prawą nogę i jeb! usłyszałem taki mały mistyczny trzask, nie pierwszy zresztą raz, ale tym razem pochodził on z mojej stopy. Okazało się, że wylądowałem na innym pręcie, ukrytym pod trawą i zawieszonym ok. 10cm nad ziemią. Wylądowałem na nim piętą, palce zawinęły się pod spód i dalej biec już nie mogłem. Doczłapałem się do końca, tracąc kilka miejsc (wyniki zginęły), po paru godzinach pan rentgen powiedział, że przeżyję i nic niepołamane i mogłem zająć się rekonwalescencją. Przygoda z lubelską orientacją w tym roku zakończona i zdecydowanie nieudana. Nawet, jeśli przybiegłbym w pełni zdrowia, przegrałbym ten sprincik o 1'-1'30" z grajkami typu Kruk, Owczarek, Drągowski czy Szuryga (gdzie te wyniki????). Nawet kurwa nie zaczełem sezonu startowego, a już się skończył - o takie myśli miałem w głowie. Problemy z kostką przytrafiają się raczej tym, którzy niedostatecznie ją rozgrzali i mają dość słabe mięśnie/ścięgna/co tam jeszcze ją trzymające. Uważałem się za raczej mocnego w tej dziedzinie, a w tym roku wykonałem tyle ćwiczeń stabilizujących, co nigdy. W głowie ułożyłem to sobie tak, że wbiegłem w takie miejsce i postawiłem stopę w taki sposób, że musiało się tak zakończyć, nie było szans na odbicie do prawidłowego stanu po prostu. I tego się trzymam, a szybki powrót do jako takiego biegania mnie w tym utwierdza. Wracam mocniejszy!

pszebiegi

o tu!

Na szczęście skręcenia kostek/blabla z torebką stawową też dla ludzi, więc jak najprędzej przystąpiłem do niwelowania niepożądanego obrzęku. Dzisiej, po 19 dniach żywienia cudownym zielonym Pferdebalsamem wygląda już całkiem ok. Rychło w czas, bo jutro i za 3 dni wyczekiwane od roku nocne i klasyczne MP. (a komunikatu technicznego jeszcze  (16:30) kurwa nie ma!)
W międzyczasie, 8 i 9 września postanowiłem wystartować we w miarę nie obciążającej kosteczki rowerowej jeździe na orientację. Okazja była wyśmienita, bowiem "centrum" znajdowało się zaledwie 8km od mojego domu, za lasem. Poczyniłem niezbędne przygotowania i uzbrojony w mapniczek własnej produkcji i zielony kask sprzed 10 lat (na propsie) stawiłem się na starcie. A potem na drugim. A następnego dnia na trzecim. I tak pedałowałem po piochu, kumulując zmęczenie i nie odnosząc spektakularnych sukcesów. Wyniki tu, tu2 i tu3. Na pewno dawał się we znaki brak jakiejkolwiek aktywności przez prawie tydzień wcześniej oraz mizerne doświadczenie jako jeździec orientacyjny. Oprócz tego podczas 2 etapu współpracy odmówił mapnik (pękła i odpadła w pizde podkładka), ale na 3 ruszyłem z udoskonaloną konstrukcją, która sprawdziła się cudownie. A i po tysiącach przejechanych korzeni mogę śmiało stwierdzić, że każdy parający się tym sportem może i nie ma "balls of steel", ale "ass of steel" ma na pewno. Szczególnie w pamięci zostanie mi też niedzielny klasyg, który miał mieć 28km, a ja ze średnimi błędami przejechałem 41, więc miał koło 38. Po piochu i korzeniach. Leniwym czytelnikom nie klikającym w linczury napiszę, że zajęło mi to raptem 167minutek, a najlepszemu Jacowi Wojtowiczowi 141. I tak, jak dość często intryguje pytanie "a ile by to biegał Hubbman/Gueorgiou/Lundanes(/teraz na topie Kyburz, na pewno czytasz, więc propsy dożywotnie Matthias :D ) skoro polski eliciarz X biegał ileś tam, a jak jedzie z nimi rywalizować to dostaje luźną minutę na kilometrze w piździec?", tak tutaj ciekawe, ile jeździliby po tym budującym wydmy na mapie Skarbonka piochu wszędobylskim najlepsi na świecie. Na koniec pedałowego wątku nadmienię, iż w porównaniu z jeżdżeniem w Międzylesiu/Zagórzu, orientacja rowerowa była full trudniejsza.




Po dobrych 100km (podliczonych przez pana endomondo) na rowerze w wikend, w poniedziałek obudził mnie hardy ból w obu nogach. Czyli jednak udało się coś zmęczyć i wykonać w ramach treningu. Zadowolony, czekając na Grande Finale Szybkiego Mózgu 2012, gdzie przewidywałem stoczenie batalii o 4 miejsce, we wtorek wykonałem 2 w życiu trening na schodach. Ponownie na lewoskrętnej klatce, ale tym razem nie z przypadku, ale dlatego, że taka też miała nas (mnie i gwiazdę towerruningu Łoba) czekać w Ołomuńcu. Poszlifowaliśmy technikę, ja zajebałem się aż miło dosłownie półgodzinnym treningiem i wzmocniłem (dość niesłusznie) pewność siebie.
Następny dzień (12 wrześniowy) okazał się być historyczny. Teren zmagań wydawał się być dość prosty, ja nie czułem się zdolny biec na 100% ze względu na trochę jeszcze niedomagającą kostkę. Start "elity" nie był zbyt medialny i spektakularny, bo większość uczestników biegała wcześniej, ale na twarzach rysowała się spora determinacja i skupienie. Najwięcej udowodnić chciał chyba późniejszy zwycięzca, czyli Papuuuś. Ja startowałem pościgowo jako 4, traciłem 3:45 do 1 Krzysia i 2:25 do 3 Łoba, 10 sekund za mną trener Karol, a za nami komfortowa przewaga. Trasa okazała się tak ociekająca zajebistością i wyciskająca co się da z terenu, że nie odmówię sobie przyjemności opisu punkt po punkcie :) 1pk łatwiutki, wbiegam w podwórko - nie ma, obiegam od góry - o, też nie. Już jest ze mną Karol, stop na doczytanie mapy - aa, podjazdem w dół. 2pk - zły wariant z mojej strony, rozdzielamy się, 3-5pk - łatwiejszy fragment, weryfikuję stratę, jesteśmy razem, 6pk - małe wspólne zawahanie w podwórku, na odbiegu skaczemy przez przerwę w balustradzie (o grubości kresek później), 7pk - wychodzę na prowadzenie, 8pk - znowu kurwa zły wariant, 9-12pk - Karol powiększa nieznacznie przewagę, ja zagłębiam się w lekturze dalszych punktów. Tutaj zobaczyłem, że mam szansę wygrać, bo moje tempo "na średniości" było tylko minimalnie słabsze od prezentowanego przez Karola - spodziewałem się po nim więcej. 13pk - różne warianty, nabiegając widzę bezradnego Karola przy filarze, kurwimy na brak punktu, po czym dostrzegamy go na innym (dobrym) filarze. 14pk - wychodzę na prowadzenie. 15pk - tracę prowadzenie, bo szukam go na wcześniejszym drzewku. 16pk - zostaję sam na dobrym wariancie, jest szansa na ucieczkę. 17pk - widzę nabiegającego na 16 Karola dopiero za rogiem budynku, więc mam koło 20" przewagi, wbijam pewnie i odbiegam 180stopni nie w te strone. 18pk - staję przy Górnośląskiej, nie mam czasu zastanowić się nad własną głupotą, zawracam i podbijamy razem. 19pk - coś czuję, że może stać wyżej, ale nie doczytuję w pędzie, zbiegamy podjazdem, wracamy, o jest. 20pk - bekowo wbiegamy na górę, widzimy punkt metr w dół od nas, ale kreska jest przecież gruba, więc obiegamy, cały czas razem. Z perspektywy czasu łatwy punkt, ale weź to wczytaj na prędkości w ciemności. Odbiegając wiem, że została mi ostatnia szansa, a żeby z niej skorzystać muszę biec z tyłu. Tutaj też nkla robi Łobo, ale jeszcze tego nie wiemy. 21-22pk - staram się puścić Karola przodem, na terenie szkoły udaje się, rychło w czas. 23pk - niezwłocznie skręcam w lewo, Karol zatrzymuje się na chwilę i kontynuuje prawym wariantem. Zaczynam bieg o życie. 24 - kontunuuję na miarę swoich średnich możliwości. 25 - oglądam się za siebie, niezagrożony podbijam. Trybuny szaleją itd. Wielkie Zwycięstwo. Przegrałem ponad 4 minuty, zrobiłem luźne 3 minutki full głupich błędów. 
propsy od Morawskiego!

Pobiegowa analiza ujawniła, że oprócz często spotykanych symboli płotu/muru nie do przejścia, płotu do przejścia oraz muru do przejścia, zastosowany został symbol ścianki skalnej do przejścia. Problem w tym, że kreska ta jest ciut cieńsza od "nie do przejścia" oraz sporo grubsza od "do przejścia". Biegając, wszystkie takie uznawałem za nie do przejścia, co na pewno uczyniło trasę ciekawszą, ale mapę mniej zrozumiałą. Nie rozumiem do końca tego zabiegu, czemu nie były to po prostu "szare" mury do przejścia. Była to najlepsza sprinterska trasa, którą biegałem w Polsce (za granicą nie biegałem w sumie żadnej w mieście...) w tym roku, zrobiona na ultradopieszczonej i wyklikanej w ocadzie mapie. Podobno 21 października znowu sprint na Solcu, pozostaje mieć nadzieję, że będzie on wydłużony, aby jarać się jak pochodnia orientacyjnymi wyzwaniami przez co najmniej 25minut biegu.
W zeszły piątek nadszedł czas na debiut w bieganiu po schodach. Wcześniej z uwagi na kosteczkę, podjąłem (jak się okazało po jakości mapy - mądrą) decyzję o uniknięciu startu w KMP w okolicach Nowego Sącza. Kalendarz na stronie towerrunning.com brałem pod uwagę przy układaniu możliwych startów, ale w optymalnych warunkach wybrałbym KMP. Cóż, pozostało zapakować się w pociąg i wyruszyć do niewidzianego od 4 lat miasta, w którym byłem świadkiem jedynego do tej pory WOCa. Następny dopiero jako zawodnik :D Misternie rzeźbiona fontanna w każdym razie cały czas stoi. Bieganie po schodach jest dość specyficzne - wywołuje uśmiech politowania, ale ja nie zaznałem jeszcze fizycznej aktywności bardziej wyczerpującej w tak krótkim czasie. Ogień w udach gwarantowany, w bani się kręci, nogi uciekają, a na koniec jeszcze kaszel, jak po dobrze wentylującym przełaju w zimę. Po zaledwie 2 minutach wysiłku. Formuła zawodów bardzo przystępna - festyn z licznymi stoiskami sponsorów na placu przed budynkiem. Sam bieg - ok. 150metrów trochę krętego dobiegu, a potem 18 pięter po 11 schodów na półpiętro. Do finału miało wchodzić 22 najlepszych z eliminacji i mocno liczyłem, że co jak co, ale więcej niż 20 lepszych schodobiegaczów ode mnie to nie będzie. Rzeczywistość - jak zawsze - zweryfikowała, tym razem dość boleśnie. Zacząłem w miarę spokojnie, żeby nie wystrzelać nabojów przed schodami, napierdalałem pięterko za pięterkiem gdzieś do 11, kiedy to jeb! zacząłem iść. Chyba za sprawą zbyt dużej ilości mlekowego kwasu. Na 13 ogarnąłem się i podbiegłem do końca, ale coś czułem, że może być cienko. Na górze zadowolony Łobo mówi, że pobiegł 2:10 na lajciku i w ogóle na 1 nodze. Raczej nic nie odpowiadam, tylko zwalam się na podłogę, fajne uczucie nie być w stanie ustać na nogach. Windą w dół z tego 18 piętra, po pewnym czasie ukazują się wyniki. Ja 2:25, chyba bez szans. W sumie przygodę skończyłem na miejscach 3 i 8, czyli 38. Do 22 zabrakło 10sekund, czyli w chuj. Czyli chujowo. Ale co począć, potruchtałem trochę cały czas ogłuszony mocą wysiłku i mogłem pakować mandżur. Po godzince tych 22 najlepszych  cisnęło pod górę jeszcze raz, niektórzy chyba też się wypsztykali za mocno w 1 biegu, bo nawet powyżej 2:20 zrobili. Ja oglądałem wszystko z podobno nieodłącznym browarem w jednej i langoszem w drugej ręce. Wygrał Słowak, który mieszka w Czechach, biega na 400 przez płotki i podobno rozpierdala każde takie krótkie schody. Krótkie, bo średnia to ok. 40 pięter i np. we Wiedniu biegane 3razy. Zajęło mu to 1:53, więc szybkie liczenie daje mi 32sekundy i 28% straty. Najlepszy z Polaków - Piotr Łobodziński z 1:55 był 3. Trochę przepaść mnie dzieli od tego, ale procentowo podobne rezultaty odnoszę w "orientacji sportowej". Wyniki eliminacje i finale.
Podobno w Polsce rozgrywane są tylko 3 biegi na schodach w roku: na Rondo1 w maju, na wieżę kościoła w Bielawie w lipcu i na hotel Altus w listopadzie. Te ostatnie to Mistrzostwa Polski i chyba się tam pofatyguję. Ale wypadałoby być ciut mocniejszym. W każdym razie w towerrunningu drzemie spory potencjał, Czesi już to dostrzegli, a w samej Warszawie z powodzeniem możnaby cały taki cykl urządzić.
Na powrót z Ołomuńca przeznaczyłem 2 dni. Najpierw ciopąg do Czeskiego Cieszyna, stamtąd z buta do naszego Cieszyna (na szczęście nikt do nas nie strzelał na moście granicznym), tam spanie, rano busik do Bielska-Białej, tam trochę oczekiwania, potem autobus do Międzybrodzia Żywieckiego, gdzie o godzinie 19:30 wystartować miał Wieczorny Bieg na Górę Żar. Te prawdziwe biegi górskie (nie falenicki) dzielą się na alpejskie - cały czas pod górę i tylko to oraz anglosaskie - raczej dłuższe i góra-dół. Akurat ten był alpejski (chociaż minimalnie zbiegać też trzeba było), przewidziany na ~2,5km, ~350m przewyższenia i ~16minut dla zwycięzcy. Łobo przestrzegał mnie, że raczej 20 minutek nie złamię i raczej nie wygram z najlepszymi kobietami. Zbyłem go śmiechem, ale słowa były prorocze. Nie czułem się jeszcze komfortowo z kostką, więc postanowiłem  nie szarpać zbytnio początku, puściłem mocniejszych chłopów (ale żadnej kobiety) przodem i zacząłem swoją walkę. Biegło się przyzwoicie, jak to pod stok narciarski zakosami. Uważałem oczywiście full na kamienie w podłożu.
wciągam niewidzialną linę chyba
Mniej więcej w połowie niestety ogień w łydach osiągnął zenit i zmuszony byłem po chamsku leźć pod górę. Trochę szedłem, trochę podbiegałem a tu pyk! mija mnie jedna, a zaraz za nią druga kobieta. Próbowałem trzymać, kto by nie próbował, ale nidyrydy, wróciłem do normalności. Jeszcze na "sprinterskiej" końcówie minął mnie jakiś koleszka z uwagi na kosteczkę i stacja końcowa kolejki. Meta. Patrzę na sikor, a tu: 20.01. Taki chuj. Z ciekawostek to na szczycie tej góry znajduje się zbiornik wodny elektrowni, a powrót był kolejką. Na szczycie nie czekał niestety Grubson ze swoim przebojem. Wg wyników podbiegałem 20.03, ale wierzę bardziej swojemu garminowi. Do 1 straciłem 4:12, czyli 26%. Do najlepszej kobiety - minutkę.
Po biegu okazało się, że pani zwyciężczyni jedzie w pożądaną przeze mnie stronę i zgodziła się mnie zabrać. Tak oto przez 2godzinki drogi Międzybrodzie Żywieckie - Trzetrzewina poznałem sporo historii życia 50-letniej Izabeli Zatorskiej (życie w maratonie 2:25, 10km - 32:coś). Wstyd jak chuj, żeby 22-letni chłop był słabszy od 50-latki. W sumie wstyd też mieć opuchniętą kostkę.
Tak oto spełniłem swoje marzenie, czyli pojechałem na zawody w BnO, na których mógłbym biegać jedynie jako kibic. Przespałem się trochę na krzywy ryj :D na sali, niestety nie zostałem przyjęty na żaden materac ani do śpiworka. No cóż, wstałem rano, kupiłem browarki i poszedłem delektować się najbardziej emocjonującą konkurencją w całej światowej orientacji, czyli klubowymi sztachetami. Zdziwienie łysą pałą było nawet większe, niż na początku września, z mojej perspektywy ciekawe jest słuchanie kolejnych pytań, wygrywa chyba "zapisujesz się do wojskowego klubu?" Cały poranek poświęciłem na słuchanie doniesień na temat bardzo dobrego wykonania mapy z soboty oraz przebiegu dotychczasowej rywalizacji. A była ona rzeczywiście dość ciekawa - chipa zgubił członek murowanego faworyta, na 1 zmianie poległo wielu mocnych zawodników, a wielu niby średnich grajków przybiegło z przodu i zasadniczo sporo było rozstrzygnięte już po nocnych zmianach. No dobra, nie miałem prawilnego krzesełka, ale zacząłem śledzić nie moją rywalizację. Po pewnym czasie zdałem sobie sprawy, że chyba jakiś pan organizator mógłby cokolwiek mówić przez majka. Niestety, jedynie "sędziowskie komunikaty". No to może dowiem się, ile kto biegał z tablicy wyników - no nie. Na duchu podniosła mnie jedynie wiadomość, że duch w narodzie nie zginie, bo tankowanie browarków było na porządku dziennym podczas nocnych zmian. Haha, rok temu patrzyli się na mnie jak na kosmitę z piwkiem świeżo po biegu. Nazwy klubów na czołowych pozycjach zaskoczyły chyba nawet najpilniejszego obserwatora polskiej orientacji, "no kurwa, nawet PUKS przed nami". Południowe włajaże dobiegły końca. KMP nie skończyły się jednak w niedzielę. Poniedziałek był dniem niespotykanej dotąd internetowej ofensywy orientacyjnej. Atramentu litry wylali co tu poprawić, a mi po obserwacji biegów: po schodach w Ołomuńcu, pod górę w Żywcu oraz na orientację w Trzetrzewinie nasuwa się jeden, ale za to zajebiście ważny wniosek: w orientacji brakuje zupełnie najliczniejszych i najaktywniejszych w innych onych biegach oraz mogących wydać najwięcej "pieniążków" przedstawicieli grupy wiekowej 35-60. (najprostsza implikacja: nie ma hajsu = nie ma dobrych map = KMP)  Przecież oni nie wyparowali, bieg na orientację jest najlepszym możliwym typem biegu, full lepszym i wymagającym od ulicznego, czy nawet takiego górskiego. Chyba musieli się czymś do orientacji zniechęcić. Chyba niedługo wybory władz związku. (napisałem jeszcze małego komentka wyrażającego moje zdanie tutaj)
Natomiast ten (trwający) tydzień stoi pod znakiem full intensywnych przygotowań do nieubłaganie zbliżających się MP. Zaległości treningowe są (nie tylko przez kosteczkę...), zaległości w bieganiu z lampą też. Nie oczekuję cudów. 3 treningi tego nie zmienią, chociaż trochę pewności i zapomnianego doświadczenia zyskałem. Na szczególną uwagę zasługuje wczorajszy na najlepszej mapie w okolicy. Przezornie wybrałem wersję bez dróg. Było twardo. Każde możliwe zielone zwiedzone, kierunek stracony dziesiątki razy. 85 dobrych minut poświęcone na przebiegnięcie 12 wartościowych kilometrów. Wystarczyło, na wszelki wypadek skróciłem nieco traskę. Beka z tych przebiegów.
Wejście w top10 w którymś (bardziej nocnym) biegu będzie dla mnie sukcesem. Sprinterskie sztachety z braku partnerek w klubie odpuszczam, oby były lepsze do oglądania niż wyżej wspomniane. Wytrwałym czytelnikom gratuluję wytrwałości. Dozo na empe. Na koniec jeszcze tradycyjnie, utwór instrumentalno-wokalny z tytułu.

środa, 12 września 2012

Unexpected podium place (fucking unexpected)

Z ogromną przyjemnością napisałbym już teraz obszerną na miliard słów noteczkę, ale wolę przeznaczyć ten czas na sen. Zdarzeń i wrażeń z moich biegowych podbojów ostatnimi czasy oraz pomysłów, jak je perfekcyjnie internetowo opisać w każdym razie nie brakuje. 
nie każdy podiumista miał kombinezon UNTSu
Dzisiaj natomiast śmiało mogę napisać, że odnotowałem największy sukces tego sezonu (przebijający 270 miejsce na 7 zmianie oraz 268 łącznie na Jukoli) - ukończyłem nierówną, 5-etapową, ale liczyły się 4, rywalizację w Szybkim Mózgu 2012 na historycznym, 3 miejscu! Do ostatniego, "pościgowego" biegu (mapa) startowałem jako 4, mając już 10sekund za sobą następnego zawodnika. Nietrudno zgadnąć, że "spotkaliśmy się na trasie" i to nawet przez całkiem długi okres czasu. Co się błędów najebaliśmy przez te niecałe 20 minut - to nasze. Kluczem do sukcesu okazało się to, że korzystając z chwili orientacyjnego wytchnienia po południowej stronie Trasy Łazienkowskiej bardzo dokładnie wczytałem 3 ostatnie punkty, a najdokładniej numer 23, tam też puściłem Karola przodem, sam pyknąłem lewym wariantem, wygrałem ten przebieg  i pstryk! podniecony jak nigdy mogę sobie napisać noteczkę. Występ w porównaniu z innymi średnio/marnie zadowalający, ale dzisiaj liczyła się bezpośrednia walka (i liczenie na to, że ktoś z pierwszej trójki nie podbije jakiegoś punktu) przecież.
PS. Zdjęć fanek na mailu do tej pory nie odnotowano...kariera blogera przez ten brak atencji wisiała nawet na włosku, ale jeszcze się nie poddałem, a włoska uciąłem.