niedziela, 28 października 2012

Rekort

postów w miesiącu musi być odpowiednio wyśrubowany. Zajrzałem właśnie w celach małego ogarnięcia mapek z okolic tajemniczo dla mnie brzmiącego miasta Novy Bor na blogasek klasyka i przy okazji sprawdziłem najważniejsze liczby. I co? 11. Osiągnięte 2 razy, co prawda wpisami typu "what an fucken outstanding runner I am + jedna mapka", ale zawsze. Klasyg to klasyg, czytane było grubo kiedyś i znam na pamięć jak ty. Jednakże tyleżsamo notek, co w najlepszych czasach przez miesiąc zostało tamże opublikowane przez cały 2012 rok. Wiadomo wszak, że każdy szanujący się w świecie polskiej orientacji sportowej bloger zmierza do osiągnięcia częstotliwości aktualizacji protoplasty (0 razy/28 miesięcy). Hołd oddany, a przechodząc do meritum, to mapek z Bohemii 2009 szukałem zaintrygowany stroną Bohemii 2013. Ja chyba już wiem, gdzie i jak spędzę koniec nadchodzącego lipca, nadmienię jeszcze, że rozgrywane są tam tzw. 3-členné pivní štafety, które 2 lata temu miały bardzo oficjalną rangę mistrzostw Europy. Znam moc Czechów, ale może czas na polską dominację?
Dzisiaj natomiast w typowo październikowej zimowej scenerii zainaugurowano cykl OK!treningów pod nazwą ABC biegu na orientację. Wrzuciłbym przebiegi, ale mimo zapewnień, brak mapek na stronie. A następny OK!treninżek już w sobotę, tę sobotę. Na pewno zabraknie źle postawionych dołków w źle narysowanym zielonym!
pozdrawiam i chowam się w bramie

czwartek, 25 października 2012

Piękne góry


pozdrówki spod krzyża

Mam ambitny plan zrealizowania wszystkich 4 gorąco zapowiedzianych pewnego pięknego (bo jeszcze przed Longiem) październikowego dnia noteczek przed tegorocznym GEZnO. Jak łatwo policzyć, zostało 16 dni, czyli tzw. "mało". Mam też ambitny plan wstać jutro (jak we każdy czwartek zresztą) o 6:15, co nie zapowiada długich wypocin. Może to i lepiej, bo chyba mało kto ma ochotę czytać teksty z >3000 wyrazów, jak to niedawno dojebałem do pieca. No dobra, w każdym razie bezpośrednia przyczyna dzisiejszego pisarstwa to " ;ooo jakie mega " zdjęcie Marysi z odbytego w zeszłą sobotę Biegu na Kasprowy.
Historia zaczyna się w czasach, gdy jeszcze nie poznałem dobrodziejstw golenia bani na prawie łyso, czyli pod koniec lipca. Wróciłem sromotnie pokonany  po otrzymaniu sromotnego wpierdolu z vidnavskiego Grand Prix Silesia (które dodatkowo pożegnałem jedząc chyba nie za bardzo świeżą kiełbę, co z kolei poskutkowało zarzyganiem kibla w KFC w Częstochowie oraz 3 dniami jedzenia jogurcików z dżemem), ale z perspektywą 4-dniowego wypadu w Tatry z polską czołówką światowego towerrunningu (biegania po schodach w górę budynków), czyli Bartoszem Świątkow. Co bardziej pilni czytelnicy blogaska zapewne dostrzegli małą notkę na ten temat - dziś pora na małe rozszerzenie. Moje dotamtenczasowe doświadczenia z tymi pięknymi górami sprowadzały się do wejścia na Morskie Oko w wieku lat 9, krótkiego klasowego wyjazdu w 2 klasie licbazy oraz pojedynczego wejścia na jakieś 1950metrów do jakiegoś schroniska w drodze powrotnej z Mistrzostw Słowacji w roku 2009. Jako ciekawostkę dodam, że w tym 2009 nasi południowi sąsiedzi do rozegrania biegu nocnego na mistrzostwach kraju użyli papierowych kart i perforatorów, a w pomyślnym przeprowadzeniu biegu średniego dość aktywnie przeszkadzali Cyganie z okolicznego taboru. I pomyśleć, że po 3 latach, z lekką pomocą co bardziej globtrotterskich "biegaczek" z Polsko odbyły się w tym kraju Mistrzostwa Świata Juniorów...
A więc z nową zawrotną fryzurą ruszyłem z dwoma kolegami na podbój. Zatrzymaliśmy się w okolicach COSu i stamtąd też rozpoczynaliśmy każdą z 4 wypraw w piękne góry. Ale po kolei. Zapraszam chętnych do zapoznania się z mapą topo oraz moimi śladami jepeesa - będzie łatwiej śledzić wydarzenia. Pierwszego dnia dokonaliśmy wbitki niebieskim szlakiem do Murowańca, potem Czarny Staw Gąsienicowy i atak na Kościelec. Atak udany dodajmy. 2156 metrów rozjebane! Cieszyłem się jak głupi, bo nigdy jeszcze nie postawiłem nogi tak wysoko. Przy schodzeniu gwałtownie załamać postanowiła się pogoda, więc przy akompaniamencie deszczu na głowach (świeżo po pierwszych goleniach czuć wszystko x100, więc nawet niewinny deszczyk trochę przeszkadzał) zarzuciliśmy pomysł wbitki na Świnicę i skierowaliśmy się w dół. W okolicach dolnej stacji wyciągu pan deszcz trochę odpuścił, więc postanowiliśmy żółtym szlakiem zaatakować Kasprowy. Ten sam z wcześniej wspomnianego zdjęcia. O kurwa, jak się te schody dłużyły. Na szczycie pogoda wybitnie nie na robienie fotek, więc po chwili zwłoki zbiegaliśmy sobie już zielonym szlakiem. Oczywiście byłem wtedy dość słaby po tym jedzeniu jedynie jogurtów, więc nijak nie kleiłem grupy. Zakończyliśmy przy wciąż łądującym deszczu z liczbą 23km.
połowa drogi
Drugi dzień zaczęliśmy przy pięknej pogodzie od wbitki na Kasprowy (ten sam, co na zdjęciu wcześniej wspomnianym) tym samym zielonym szlakiem, którym wbiegano 20 października. Następnie uderzyliśmy po szczytach na Świnicę. 2301m rozjebane to już nie byłyby przelewki! Niestety, pan deszcz ponownie powiedział "nie" i atak zakończyliśmy wg mojego garminka na 2179 metrze nad poziomem morza. Niby nowy rekord, ale niedosyt pozostał. Podczas odwrotu skręciliśmy w szlak czarny i myk, myk, myk po ultramokrych kamieniach, a potem po płaskim do Murowańca. Muszę tutaj przyznać, że o ile na Kościelec wszedłem, jako ktoś z nikłym doświadczeniem w Tatrach, bez większych problemów, to Świnica była już o poziom trudniejsza, a zejście stamtąd czarnym dość wymagające. Teraz beka z takich trudności, ale wtedy tak śmiesznie nie było. Z Murowańca zrobiliśmy zbieg na zwanej tak nie bez kozery "pełnej kurwie". Co prawda ja trochę wolniej, niż czołowi schodobiegacze, ale przestraszone nie na żarty miny turystów niezapomniane. Następnie dla dokręcenia kilometerków odwiedziliśmy jeszcze zielonym szlakiem Nosal, piękny sterczący szczyt w pięknych górach i do tego tak blisko. Moim skromnym zdaniem full lepszy dla niezaprawionych turystów od Giewontu, ale o tym później. (jedyny mankament to brak krzyża, aż chce się zawołać: gdzie jest krzyż?). Kolejne 24km.
Trzeci dzień to tzw. "gwóźdź programu". Wyszliśmy Wybiegliśmy z samego rana, wbitka żółtym do Murowańca, poszerzenie składu o znajomą Łoba biegaczkę na nartach (zapomniałem imienia...ale z bicem większym 1,5x od mojego, od twojego czytelniku też zapewne) i atak niebieskim na Zawrat. Atak nieudany dodajmy, bo znowu chmury nie okazały się łaskawe. Niestety, chujowa pogoda prześladowała nas przez 3 początkowe dni i odpuściła dopiero ostatniego. Takie życie. Przeczekaliśmy w schronisku i już tylko we trzech ponowiliśmy atak. Tym razem udanie! Mapa mówi, że 2158m, ja ponownie cieszyłem się jak dziecko, zupełnie nieświadom tego, co oczekiwało przed nami. Ale po kolei. Tuż za Stawem szlak staje się coraz hardszy, z czym moje mierne doświadczenie radziło sobie średnio, jednakże podołałem, a jak. Nadszedł jednak czas na wyzwanie w moim mniemaniu najgrubsze z grubych - Orlą Perć. Świadom, że wypadki śmiertelne zdarzają się jedynie w zimę, więc utrata życia mi nie grozi, zacząłem podążać wzdłuż niekończących się łańcuchów. Na pewno nie pomagał w tym lekki lęk wysokości, z którym walczę już od dzieciństwa, a takie widoki, jak serwowane nawet przy chujowej pogodzie na tym najtrudniejszym na świecie całym czerwonym szlaku walkę tę czyniły bardzo ciekawą. Czytałem kilka internetowych relacji z przejścia Orlej Perci i dominującą opinią jest "ciężko opisać". Zgadzam się, to trzeba przeżyć samemu, polecam z całego serca nieustanną psychiczną walkę o postawienie kolejnego kroku. Z pewnością były to najdłuższe metry w moim życiu, bo około 800 metrów w linii prostej do Koziej Przełęczy pokonałem w jakieś 90minut. Ale ale, nie zapominajmy, że po drodze rozjebane zostało 2228m! w postaci Małego Koziego Wierchu. Orla wije się po grani co prawda jeszcze troszkę dalej, niż doszliśmy, ale mi w pełni wystarczyło. Mimo całej zajebistości przeżycia nie bardzo ciągnie mnie tam z powrotem (chociaż keidyś pewnie nadejdzie taki czas - jak w życiu każdego mężczyzny - że trzeba będzie przejść całą), zdecydowanie bardziej wolę stąpać po twardych szlakach, gdzie zły krok połączony z puszczeniem łańcucha nie równa się śmierci po jebnięciu w granitowe skały. (nie poświęcałem wcześniej nawet 0,5 słowa geologii, bo i nie taki był cel górskich wycieczek, ale zainteresowanym polecam gorąco tę oto książkę). Po zejściu z Orlej Perci, zbiegliśmy żółtym oraz niebieskim do Schroniska w Dolinie 5 Stawów, następnie czarnym, a potem "długa droga w dół" i stopem z parkingu do Zakopca. Grubiutkie 30km w 7godzin zagrane. Poniżej kilka zdjęć z wymyślnymi komentarzami.
typowa sytuacja: Łobo na górze, my walczymy
na Zawracie wiatry harde, ja coś chyba źle robię
gdyby nie pogoda z dupy, widok w tle dupę by urywał

pionowo?
Czwartego, czyli ostatniego dnia, postanowiliśmy jak prawilni turyści odwiedzić Giewont. No bo jak to? do Zakopanego jedzie się przecież posiedzieć na Krupówkach i postać w kolejce do krzyża. Wcześniej jednak wspięliśmy się najpierw na trybuny Wielkiej Krokwi, a potem na sam szczyt Dużej. Robi wrażenie ciut większe, niż skoki w TV i trochę odwagi trzeba mieć, żeby odepchnąć się od belki, a potem wylądować na zielonej gąbce. Jako człowiek z zupełnych nizin (że społecznych - cham i prostak to wiadomo, ale z takich geograficznych też) nie odważyłbym się na trzeźwo i nie mam więcej spostrzeżeń.
Gubałówki w tle nie widać, ale i tak jest zajebiście
Następnie obraliśmy kierunek na zachód czarnym szlakiem u podnóża gór, skręciliśmy w czerwony do góry i zaczęło się bekowo. Pogoda nareszcie była full słoneczna. Ludzi też było full. Ja pierdolę, jaki tłum + jaki festiwal ubiorów i zachowań. Odbiliśmy jeszcze na chwilę w żółty łyknąć trochę wody z Siklawicy i rozpoczęliśmy główną część wspinaczki. Ludzi trochę na szczęście przerzedziło, jednak wyraźnie wyślizgane kamienie (głównie wapieniaki) w podłożu przypominały o niezliczonych "turystach" depczących ten szlak. Doszliśmy do końca czerwonego szlaku u podnóża szczytu i oczom moim ukazał się widok znany dotąd jedynie z foteczek. A jednak to prawda! Oni stoją tam w kolejce :D Odsapnęliśmy chwilę i nastał czas walki. Pochwalić się mogę, że dotknąłem łańcucha dosłownie na 20sekund (Łobo twierdzi, że on w ogóle), minąłem niezliczoną liczbę zakonnic i przy akompaniamencie lekkiego szemrania po 5 minutach byłem na szczycie. Utrzymać się tam trudno, bo ludzi full. Fotkę pod krzyżem wykonać się udało, widok też całkiem zajebisty, ale niebywałym nieporozumieniem jest dla mnie, że na takie dość jednak trudne podejście porywają się matki z dziećmi, kobiety w szpilkach, małe dziewczynki, stare chłopy i cała plejada osób naprawdę miernie przygotowanych na wyzwanie. Trochę jak z ruchem na drogach - jeździć furą chce każdy, ale płynnie i skutecznie umie może co piąty, a reszta skutecznie zapycha. Zejście było jeszcze bardziej bekowe, co tam się można nasłuchać tekstów o bezpieczeństwie wypowiadanych przez tzw. "głupie cipy", to nie mam pytań. My oczywiście bokiem, jaki sens stać w kolejce do dotknięcia łańcucha? Następnie pokonaliśmy barierę 2km n.p.m. wchodząc czerwonym na Kondracką Kopę i niestety z braku czasu musieliśmy rozpoczynać odwrót z Tatr. Ponownie długa droga w dół bardzo przyjemnym zielonym, a potem niebieskim, łyk wody z magicznego źródełka tuż nad Kuźnicami i można było oddać się potreningowej regeneracji w lodowatej wodzie. Jeśli komuś zamarzyłoby się ciąć włosy na bani na 0, nie polecam takiej formy odnowy. Nawet najmniejsze zanurzenie głowy czuć bardzo dobrze i bardzo mało przyjemnie w postaci zbliżonej do kłucia milionem igieł. Kilometrów ponownie udało zrobić się miliard, więc 4 dni zakończyliśmy z przekroczoną seteczką. Piękne góry.
Doszły mnie niedawno słuchy, że podobnie, jak w roku zeszłymw grudniu kroi się mały obóz mazowieckich biegaczy w Zakopcu. Kończenie treningów po 3:32/km w planie, a mnie tym razem w tych pięknych górach nie zabraknie.

niedziela, 21 października 2012

A wy

jakim tempem kończycie swój bieg? Szukałem mocno, ale lepszego ujęcia nie znalazłem. Mina koleszki za płotem zdradza jednak, że był świadkiem czegoś niecodziennego.
Dzisiejszy sprincik natomiast (jak każdy autorstwa Morawskiego) na ogromnym propsie i jedynie szkoda 3 minut wjebanych ultragłupio na punktach numer 3, 5 oraz 24, bo mógłbym prawie walczyć o podium. W sumie zawalczyłem, ale o to w drugiej dziesiątce, bo zakończyłem na zaszczytnym, wysokim i bardzo dobrym 12 miejscu. Troszkę bardzo przypał przegrać z kolegami, od których "czuć było, że poprzedniego wieczora spożywali alkohol", ale co poradzić... Recepta i plan do wiosny prosty. Za-pier-dalać na tre-nin-gach! (ewentualnie wyczytywać wszystkie statusiki i słitfoteczki podwójnego brązowego medalisty tegojesiennych MP)

sobota, 20 października 2012

Nie mieści mi się w głowie

Rzadko kiedy zdarza mi się napisać notkę świeżuteńko po powrocie do domu z zawodów. Rzadko bowiem kiedy zdarza mi się biegać na tak niebywale aktualnej mapie, jaką dziś zaserwowali uczestnikom swoich zawodów organizatorzy z jakże polecanego ursynowsko-natolińskiego klubu.

Wrzucam marnej jakości zdjęcie mapy użytej na tym samym Pucharze UNTS, ale 5 lat temu. Skala jest co prawda 1:15000 i nabazgrane są moje bekowe przebiegi, ale ogólny sens będzie widać. Polecam sobie porównać ją z tymi z dzisiaj, które zapewne dość niedługo zostaną wrzucone tutaj, uwzględniając możliwe do zaistnienia zmiany lasu przez 5 lat. Otóż okazuje się, że "las króla Jana" prawie nie zarósł, a w gęstwinach nie powstała ani jedna polanka lub ścieżynka!
Wrzuciłbym sam moją dzisiejszą, ale dobrym wzorem dwukrotnego tegorocznego medalisty MP (co ciekawe, wzorem spowodowanym również "zawodami" ursynowsko-natolińskiego TSu) wypierdoliłem ją do kosza niezwłocznie po podbiciu mety. Nie chwaląc się nadmienię, iż od ostatniego punktu biegłem tyłem.
Nie mieści mi się w głowie, jak polecany klub może zrobić imprezę na orientację i nazwać ją zawodami na mapie sprzed 5 lat z nowszymi zmianami, które ciężko nazwać kosmetyką. Nie mieści mi się w głowie, jak pod tym wszystkim mogą podpisać się organizatorzy zajebistych warszawskich sprintów. Nie mieści mi się w głowie, że taką mapę serwuje klub, który szerokim łukiem omija polskie zawody z marnymi mapami, jeżdżąc wtedy (słusznie) na dobre zagraniczne tereny. Nie mieści mi się w głowie, że takie zawody robi kandydat na łooo prezesa Polskiego Związku Orientacji Sportowej. Jaki to sygnał dla innych? Dajmy chujową mapę, może nikt nie zauważy, że jest chujowa? I jeszcze postawmy punkt w dołku w zielonym koło niby innych dołków i drzew, gdzie nie gra ni chuja kurwa nic? Jako żywo przecież przypomina to minione KMP, po których psy na mapkarzu wieszali wszyscy i każdy. Napiszę na wszelki wypadek jeszcze raz na koniec - nie mieści mi się głowie.

poniedziałek, 15 października 2012

Loneliness of a LONG Distance Runner

Miałem 22 lata około, gdy w Załęczu Małym dostałem wpierdol od całej kategorii. O tak sparafrazowałbym znanego skrzypka. Fakty na temat wczorajszych Długodystansowych Mistrzostw Polski (czyli tytułowego tak zwanego LONGu) są bowiem przytłaczające. 160minut walki głównie o to, żeby biec, a nie iść, 39minut (albo 32%) straty do pierwszego Rycha (nowego blogera, co prawda niepolecającego mnie w ulubionych, ale jakbym miał wymieniać, gdzie mnie nie polecają (a mogliby naprawdę małym nakładem sił), to by chyba tuszu w długopisie nie starczyło), 33 do podium, 22 do "zakładanego" ósmego oraz 14 do trenera Karola. Chyba spadek do "eliciarskiej" III polskiej ligi. Na trasie koledzy z kategorii mijali mnie jak jebaną furmankę. 13 miejsce na 13 chętnych do wystartowania. A wieczorem odczuwałem taki ból w nogach, że nie byłem w stanie leżeć w łóżku. Co ja sobie myślałem i czego realnie oczekiwałem? Czy było warto? Na chuj się męczyć? Odpowiedzi szukam, czasu jest tak wiele.
słaby jak gówno, a nawet nie leży na mecie
fot. M. Siess

czwartek, 11 października 2012

To andergrand i mejnstrim

Nie ma co ukrywać, zamiast pisać piękne noteczki zajmowałem się przez ostatnie dni jedynie słuchaniem nagrywek Rycha Peji i Decksa. Całkiem dobre, polecam. Jak pewnie co niektórzy pewnie zauważyli, próbowałem również na tzw. "pełnej kurwie" wjechać z tzw. fanpagiem facbukowym. Czy 88 "lubiących to" na 278 zaproszonych znajomków (31,6%) to dużo, czy też nie, nie mi oceniać. Jeśli jednak miałbym oceniać :D to trochę mało. Cóż, nie pierwszy raz mi się coś nie udało i z pokorą muszę przyznać, że ekspansja się na razie nie powiodła. Nie rozumiem tego do końca, ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogą chuj wbijać w bieganie, a tym bardziej na orientację, inni mają mnie za chama i prostaka (służnie zresztom), a jeszcze inni są zniesmaczeni ilością mięsa w powietrzu latającego. Haha, jebać to :) zatem, wrzucam więc fotkę z tzw. kursu kartowania geologicznego.
polecam dorodne jeżyny z sondą w ręku
Przechodząc do meritum, dzisiej trochę po północy ukazała się lista zgłoszonych na zbliżający się wielkimi krokami mistyczny LONG. 24,3 kilometra w nie za bardzo wiem jak ciężkim lesie oczekuje. Ja po zdecydowanym odpuszczeniu takich zabaw w roku zeszłym, a nawet pierdoleniu jak potłuczony o domniemanej wyższości przebiegnięcia 0,7maratonu po ulicy (co niniejszym oficjalnie muszę odszczekać), w roku tym już pewien czas temu podjąłem zdecydowaną decyzję o starcie. Niestety, od tamtego czasu "trening" (czasami robię coś bez gpsa, więc przestrzegam, że nie jest to 100% obraz) szedł mi jak po grudzie, więc za niecałe 60 godzin stanę do walki słaby jak gówno. A może nawet troszkę słabszy. I na podstawie tej listy, można śmiało podzielić stawkę na tytułowe mejnstrim i andergand (bez wnikania w to, że dobrzy przedstawiciele podziemia zjadają na 2śniadanie 90% znanych raperów), przy czym dla siebie obiektywnie przewiduję miejsce w okolicach 10-11. I tak jak przed minionymi kwidzyńskimi Mistrzostwami Polski szczyt marzeń definiowałem jako top10, a udało mi się na biegu nocnym zająć wysokie 11 miejsce, tak teraz szczytem marzeń jest top8 (równające się ło kurwa, 1 klasie sportowej!!!).
Nie byłbym sobą, gdybym nie spektakularnie nie zapowiedział notek, które ukażą się w najbliższej przyszłości. A więc (w kolejności nie wiem jakiej): "MP Kwidzyn + starty po MP aż do dzisiaj", "maj-czerwiec-lipiec 2012 na orientacyjno biegowym szlaku", "5 dni w Tatrach - Piękne Góry + Bocheniec 2012", "GEZnO 2011" - :DD

poniedziałek, 1 października 2012

Tytuł posta

Niestety, czas, który zamierzałem poświęcić dzisiaj na internetowe pisarstwo, spożytkuję oglądając podobno przekozak relację z ubiegłosobotnich Mistrzostw Czech w klasyku. Nadmienię jedynie, że do ich rozegrania wybrano teren ciut ciekawszy niż jebiące kapuchą z papierni okołokwidzyńskie plantacje pokrzyw, jak to wybrano w tym roku w Polsce. Z kronikarskiego obowiązku dodam także, że obecna była (a jak) delegacja OK!klubu (opis sukcesów zapewne będzie na oksport.bakaliowakraina.pl/ - swoją drogą polecam ładnie rozbudowaną ostatnio sekcję mapy - niby taki niepolecany klub, a "Lasu Króla Jana" nie musimy odświeżać w nieskończoność). Kontynuując kronikarski obowiązek, 2osobowa delegacja tego polecanego klubu też była (chyba z zamiarem odniesienia 2 zwycięstw) i nooo nie wygrali. Natomiast w D20C grube sukcesy.
Ja w ten wikend miałem przyjemność (chociaż mój nos nie za bardzo) biegać na zrobionej ultranajnowocześniejszymi technikami mapie koło Pabianic, o czym szerzej na tych łamach oraz (tu niespodzianka) zielonysport.pl zapewne wkrótce.
"glaca w słońcu błyszczy, jakby kto? kosił"
Z innych bekowych spraw to zadałem sobie trochę trudu i policzyłem, ile osób startowało w lansowanych aż niemiło na orienteering.waw.pl zawodach w jeździectwie rowerowym.  Średnia z 3 dni wyszła 46. Chyba więcej widziałem na tych podmiejskich zawodach w Starej Wsi na początku września. Chyba 46 to dość mało, jak na ogólnopolskie zawody. Chyba biegaczy na orientację jest nieproporcjonalnie do finansowania więcej. Bo chyba w  tym jeździectwie ciut łatwiej o międzynarodne sukcesy.
Na na na do widzenia 4 ogłoszenia, w tym jedno pilne. Proszę nie bać się odpowiedzieć.
1. pilnie poszukuję zainteresowanych podróżą z okolic Warszawy na Puchar Śląska w ten wikend, 6-7 października, Wołów/Oborniki Śląskie. Zgłoszenia do jutera, więc pilnie! (ewentualnie mogę biegać w Puławach, ale chyba jeszcze nie jestem (ani moja prawa kostka) psychicznie przygotowany na wizytę w tamtych okolicach))
2. poszukuję pana do pary na GEZnO, 9-11 listopada, Pcim
3. cała Polska w cieniu Śląska :(
4. pisałem kiedyś o kwestii Nightwish/wokalistka, że życie idzie do przodu i nawet do niedobrych zmian trzeba się przyzwyczaić. Cóż, 5 lat im zajęło zrozumienie, że Anette << Tarja i nareszcie rozstali się z przygrubym śpiewackim noskillem.