niedziela, 22 września 2013

Preparing for Polish Champs night, sprint relay & long...



Zacznę tradycyjnie od końca. Dzisiaj miałem okazję biegać razem z OK!klubem trening na wyśmienitej jak na mazowieckie warunki mapce Regut. Niby nic szczególnego, ale udało mi się na jeden z punktów przebiec o 444,4% dystansu za dużo, a więc wykonać 544,4% normy. Dołek w lekko zielonym na zboczu, klasyka gatunku. Łysy definitywnie w formie! Jako ciekawostkę dodam, że w maju na nocnym biegu w ramach Pucharu OK!klubu stawiałem, podbijałem i zbierałem punkt w tym dołku wyżej i nie trafiłem czyściutko ani razu.
Teraz czas na odpowiedzi na mocno bulwersujące (mnie przynajmniej) pytania postawione w poprzedniej notce. (Gwoli uściślenia, tarnina na przebiegu na 1pk, a zaorane pole z pokrzywami na 10pk na mapie ze średniego poniżej) Brzmią one: nie wiem oraz nie wiem. Swoją drogą dość znamienne jest, że najlepsi zawodnicy w kategorii, a już szczególnie w M21 nigdy nie mają z takimi niedoróbkami mapy problemu. Odbywające się w zeszły wikend w okolicach Wrocławia KMP przeszły już dawno do historii, a ja trochę spóźniłem się z relacją. Zatem kilka ciekawostek.
Sprint świetny. Mapa A3, dwa długie i wariantowe przebiegi - to się w Polsce na zawodach rangi mistrzowskiej chyba jeszcze nie trafiło. Obieganie stadionu na koniec marne i na przymus, można było wymyślić coś ciekawszego. Niestety, po raz kolejny spotkała mnie w M21 przypadłośc typu - naprawdę dobry bieg, minimalne wahnięcia, przyzwoite tempo, 16 miejsce. Syndrom nie do końca wytrenowanego biegacza to się chyba nazywa, trzeba po prostu zapierdalać.
typowy przykład biegu "na średniości"
Średni w interesującym technicznie, ale niewymagającym fizycznie terenie. Nie pamiętam już dawno takiej średniej wieku na podium (19+22+23/3). Nie pamiętam też tak deszczowego biegania. Poradziłem sobie tak jak widać niżej, a odjęcie 5 minut grubych błędów wcale nie wywindowałoby mnie na niebotyczne pozycje na wynikach.

Po średnim nadszedł czas na zdecydowanie najciekawszą część KMP, czyli klubową sztafetę. Rozgrywaną w tym roku po raz siódmy, przeze mnie bieganą dotąd całe 3 razy, w tym ani razu na 1 zmianie. W przyszłym roku, "jak bóg da", powinno się to zmienić! W sobotni wieczór biega się tylko dwie zmiany, ja natomiast zrobiłem swoich siedem i w wyśmienitym humorze i jeszcze lepszej pogodzie obserwowałem sobie zmagania. Czy wygrali najlepsi, czy najskuteczniej zestawieni, to bym polemizował, idę także o zakład, że za rok warszawski klub wcale nie będzie na czele.
łysy obserwator w tle nr 1

łysy obserwator w tle nr 2
W każdym razie tydzień wcześniej na klubowych sztafetach na Mazowszu nie byli tacy mocni :) bo zawody rozjebał OK!Sport, a ja miałem niebywałą przyjemność biegać na przedostatniej zmianie i wyjść na prowadzenie. Na biegu zgasł mi garminek, mapki nie mogę znaleźć, a w internecie po zawodach organizowanych przez warszawską ChuSpójnię próżno jej szukać, ale żadna strata. Zwykłe napieranie po płaskim mazowieckim lesie po 4'30-5'00/km. Zwycięzca mojej zmiany, czyli Jacek Morawski, nawet po 4'10 poleciał.
Dzień wcześniej, czyli 7 września, miałem okazję po raz drugi w życiu biegać koło Łodzi w podpabianickich Rydzynach. Generalnie zawody wyglądały  bardzo podobnie do tych sprzed roku. Traski odpowiednio długie, pogoda super jesienna, krzaki w lesie takie same,  na ładnych kilka minut mijał mnie tradycyjnie już jak furmankę zwycięzca, wyniki też nawet podobne do tych sprzed roku, tylko ja na bombie. I to nie byle jakiej, bo w ramach"nadrabiania straconego czasu" spóźniony o jakieś 3 lata byłem pierwszy raz w Łodzi na melanżu. Mam nadzieję, że nie ostatni. Słuchanie "Zakochałem się w Jill Scott" z widokiem na piękne miasto zawsze na propsie. A podczas tych 73minut walki ze smagającymi zewsząd po ryju gałęziami miałem okazję po raz kolejny przekonać się o wyższości poglądu o niespożywaniu alkoholu w dzień przed zawodami. No cóż, udało mi się zająć miejsce na podium na MP (Mistrzostwach Powiatu) i prawie wygrać z prezesem Charubą. Do analizy mapki poniżej niezbędna informacja jest taka, że las należy do takich, gdzie intensywność roślinności zdecydowanie sugeruje bieganie drogami, szczególnie, że aktualizacja wcale nie była dokładna. Największe błędy na 2- przedzieranie przez krzoki, 6 - wykrot w zielonym :) , 18 - wyjmowanie kolca z palca u nogi, 24 - myślę już tylko o wodzie na mecie.

Udało mi się skończyć szybkie podsumowanie dotychczasowych wrześniowych wojaży. Mam nadzieję, że następne opisane zostaną w ciut bardziej rozwinięty sposób. Na koniec, standardowo, piosenka. 

niedziela, 15 września 2013

pokaempe

Szersza analiza tzw. O-GAMES, czyli II rundy tegorocznych Klubowych Mistrzostw Polski z odpowiedziami m. in. na pytania: "dlaczego tarnina nichuj nie do przejścia zaznaczona jest na mapie do biegu na orientację symbolem terenu półotwartego z porostem?" oraz "dlaczego metrowe pokrzywy na zaoranym polu zaznaczone są takim samym symbolem, jak skoszona miesiąc temu trawa?" z pewnością wkrótce.
Na szybkości mogę powiedzieć, że wymiana koła w deszczu w nocy udana, reputacja "czołowego siedmiozmianowego żula" :D utrzymana, a łódzki Orientuś tradycyjnie mistrzem klubowym, więc zdecydowanie było co świętować! Fotek nie cykałem, więc na zakończenie przewidywane przyszłoroczne podium KMP.

wtorek, 10 września 2013

Fotozagadeczki

Trochę takiej reakcji (żadnej) się spodziewałem pisząc rano zdziwioną noteczkę. No cóż, i tak wygrają najlepsi. Czyli kończę swoją samozwańczą misję orientacyjnego centrum wymiany poglądów i wracam do robienia swojego. A chuj tam z regulaminami i przepisami, zresztą kto je czyta.
Niestety nie mam tyle czasu, żeby opisać jakieś swoje ostatnie biegowe podboje, zdradzę tylko, że w zeszły wikend startowałem dwa razy i stałem na podium również dwa razy. W sumie ani razu nie było podium, ale miejsca w top3 były. To pierwsze, w podpabianickim lesie znanym z lidarowej mapy, osiągnąłem zresztą z zawartością alkoholu we krwi nieuprawniającą do prowadzenia pojazdu nawet w USA. Parafrazując pewien hit - małe party nigdy nikogo nie zabiło.
Ci co śledzą fejsbuki pewnie się spodziewają, ci co nie śledzą, pewnie nie, ale nadszedł właśnie moment na fotozagadkę. Otóż moja siostra specjalizująca się w sprinterskim bno nie traci czasu na marne europejskie tereny i gdy tylko dowiedziała się, że zmapowano Machu Picchu, udała się w podróż. Dotarła dzisiaj i po dobrym treningu przesłała fotki siebie w miejscach dwóch punktów. Których? Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie wrzucił fotki łysego na przysłowiowym szyczycie świata. Oprócz numerków Alicji należy podać nazwę szczytu. Zwycięzca wyłoniony i nagrodzony zostanie po nocnej zmianie sztafety klubowej w wcale nie takim nieznanym terenie koło Oborników Śląskich w nocy z 14 na 15 września.
łysy na szczycie świata
punkt A
punkt B




KMP 2013 sztafeta klubowa teren zawodów

Z braku należytych miejsc /typu forum/ wymiany poglądów na temat orientacji w Polsce, napiszę tutaj z nadzieją, że dotrę do większej niż normalnie rzeszy odbiorców i może ktoś z czytelników odpowie, bo zna się na sprawie.
Otóż:

1. oglądam właśnie "teren zawodów" znajdujący się na stronie o-games (notabene, odpowiedzialni za nią są chyba jacyś magicy informatyczni, nic się szybko nie ładuje, a obsługa formularzy w przewijanych okienkach to jakieś żarty). Las ograniczony drogami wojewódzkimi nr 340 i 342, nawet 2 lata temu miałem przyjemność biegać tam na starej mapie. A w biuletynie wzmianka, że "Zawody zostaną przeprowadzone na nowych mapach."

2. czytam właśnie "zasady organizacji zawodów w orientacji sportowej 2013" opublikowane 25 marca tego roku, ale z treścią w punkcie 10 generalnie niezmienną od kilku lat. A tenże punkt 10 stanowi w podpunkcie 10.2
"Teren zawodów nie powinien być wcześniej użyty do orientacji sportowej najdłużej jak to jest 
możliwe, aby żaden zawodnik nie miał przewagi naruszającej zasadę ‘fair play”.
Po czym w podpukcie 10.3
"Wprowadza się klauzulę zamykania map lub terenów: Dla zawodów CTZ na 12 miesięcy przed datą zawodów..."

3. oglądam właśnie mapy z zeszłorocznego Pucharu Śląska przeprowadzonego w dniach 6-7 października. /czyli 11 miesięcy temu/ Nie da się ukryć, że biegano w terenie przewidzianym na tegoroczne klubowe sztafety.

Jak to jest? Po co te regulaminy i zasady?

czwartek, 5 września 2013

Biegać w nocy bez lampy?

Ja wczoraj podczas czwartego etapu drugiej edycji pięcioetapowego cyklu "Szybki Mózg" miałem taką niebywałą okazję. Wyszło mniej więcej dokładnie tak, jak to uchwycił fotografik. Oczywiście miałem lampę ze sobą w centrum zawodów, ale po konsultacjach z Paszą (notabene na wynikach jest 1 sekundę przede mną, ale przy pierwszym podejściu zszedł z trasy, po czym pobiegł od nowa - nie do końca rozumiem takie porządki) postanowiłem nie obciążać sobie nią głowy. Eee, przecież jest jasno i przez 20 minut biegu na pewno ciemno się nie zrobi. To był prawdziwy błąd. Nie na jakieś 10 czy 15 sekund, a dobre 5 minut. Co prawda do 4 punktu wszystko było ok, ale potem nie byłem w stanie wyczytać z mapy niczego więcej, niż kierunku i mniej więcej warstwic. Podjąłem tragiczną decyzję o kontynuowaniu i kontynuowałem ślimacząc w sposób rzadko spotykany. Szczególnie ciekawy był przebieg na 16, gdzie wzdłuż płotu można było stracić zdrowie, a nawet życie w głębokich wykopach. Następnie na 17 napotkałem tylu amatorów przekraczania płotu nie do przejścia, ilu nie widziałem przez cały ten rok. Może dzięki skokom przez płot ktoś następny zostanie prezydentem? O marnym występie nie ma się co dłużej rozpisywać, ale warto wspomnieć, że nie załapałbym się nawet na podium wśród kobiet, a 15 miejsce jest najgorszym w mojej piętnastostartowej historii występów na warszawskich sprintach. Na pociesznie mam świadomość, że klasyfikację "bez lampy", ale również "łysy" oraz "łysy bez lampy" wygrałem. Czyli potrójna wiktoria! Mapki z cudnymi przebiegami w tym naprawdę interesującym terenie poniżej.
     
Z warszawskich Włoch wróciłem bogatszy nie tylko o bezcenne doświadczenie (że w nocy biega się z lampą), ale także ulotkę łódzkiego Orientusia, na której napisano "DOŁĄCZ DO NAS - za darmo!". Kuszące. Co do najbliższych planów, to dzisiaj ultraszybki i ultramocny trening 5x1km, jutro zapewne 1x0,5l, pojutrze wielkie ściganie koło Pabianic z polską czołówką, a popojutrze wielkie mazowieckie klubowe sztafety, na których przyjdzie mi zapewne biegać decydującą przedostatnią zmianę (o ile organizator zdąży wykonać mapę  i zbudować trasy na sobotnią część)

czwartek, 8 sierpnia 2013

Łysy kontratakuje część osiemnasta

Zdolnych i perspektywicznych zawodników polskiej elity chciałbym poinformować, że się już doczekali. Zasadniczo to początek najnowszej notki miał brzmieć: cytując pewnego blogera, znanego z tego, że jego brat uważa seniorską sztafetę warszawskiego OK!Sportu za słabszą od jego, pomyślałem, że wypada wrzucić kilka rzeczy z ostatniego okresu. Rozwiązując od razu foto-zagadkę z poprzedniego wpisu, odpowiedź brzmi oczywiście "foteczki".
Z perspektywy czasu bardzo łatwo ocenić moje występy na tegorocznych KMP i MP. Otóż na 6 biegów uczestniczyłem aż w 1. Czy ominęło mnie coś szczególnego - nie wiem, ale czy było warto przyjeżdżać 9 czerwca w okolice Zamościa na sztafety - raczej nie. Na plus przemawia na pewno ciekawy i wymagający teren, a także fakt, że przez około 10 sekund miałem niebywałą okazję przewodzić stawce podczas drugiej zmiany chwilę po podbiciu 1pk, mając naprawdę wszystkich za plecami. Niestety, potem moje umiejętności biegania na marnej jakości mapie okazały się niewystarczające i zajebałem tyle błędów, że aż niemiło (ze 20 minut). Na końcu minął mnie nawet Adam Szmulindrops, więc zeszłoroczne powiedzenie "no kurwa, nawet PUKS przed nami" było całkiem aktualne. Mam nawet mapkę z przebiegami, na której dobitnie widać, że /GPSowa/ rzeczywistość momentami nijak miała się do efektów pracy kartograficznej.
Po wyczerpującym wiosennym sezonie startowym (może z 10 biegów, chyba najmniej w mojej karierze) przyszedł czas na zasłużony odpoczynek. Po bieganiu Jukoli (i to ostatniej, czyli najdłuższej zmiany) cztery razy przez ostatnie pięć lat (z jakimi efektami to :D na pewno można gdzieś znaleźć, ale w tym roku znaleziono przecież lepsze "zastępstwo"), podjąłem chyba dość mądrą dla portfela decyzję o przyglądaniu się pięknym zawodom zza monitora. Wyszło ładnie, jednak zarywanie nocy w celu oglądania relacji sportowej to zdecydowanie nie mój konik, więc w środku 3 zmiany dałem sobie spokój. Wygrał i tak ten, kto miał, ale ja na 2 zmianie wypatrzyłem swego nowego orientacyjnego idola. Podejrzewam, że jest ciut bardziej niszowy, niż jakieś Hubmanny czy Holmbergi, nazywa się Eirik Martens Svensen, ale jego ksywka to z pewnością "Łysy z Kristiansandu". Jakość skrina bardzo słaba.
Następnym punktem programu (i to zdecydowanie nie byle jakim) były Mistrzostwa Świata Juniorów (w skrócie JWOC), rozgrywane po raz trzeci z rzędu w promieniu 600km od Warszawy. Nic więc dziwnego, że kibiców-biegaczy z Polski zjechało dość sporo, oczywiście na czele z wodziankami. Woda na mecie sama się przecież nie naleje. Nie zamierzam nikogo zanudzać analizą przebiegów jakiegoś wacka (moich) z 6 biegów, czy też pisaniem oczywistości, więc wymienię kilka rzeczy, które utkwiły mi w pamięci.
-był to mój drugi JWOC, ale zerowy jako uczestnik
-pierwszego dnia napisane w parametrach 12,5km i 450 przewyższenia okazało się mieć 650 przewyższenia, dzięki czemu walczyłem z traską 117minut
-gdy próbowałem dojść do siebie przy miskach z wodą, Per Forsberg zaczął drzeć mordę, że jakiś Pioter prowadzi na pierwszej radiokontroli
-drugiego dnia wszystkie kategorie biegały middle'a, a M21E zaserwowano 9km po zielonym i gałęziochach z przewidywanym czasem zwycięzcy 45 minut, ja biegałem 70 i wyczerpałem wszystkie biegowe siły, a w planie były jeszcze 4 etapy
-trzeciego dnia bezpardonowo po nietrafieniu w kamień na polu kamienistym w zielonym zlazłem sobie z trasy, dość mądra decyzja (wrzucę może mapkę w przyszłym tygodniu, bo to akurat ciekawe)
-następnie pobiłem swój rekord piwek po biegu - od 3 lipca wynosi on pięć, a bicie nie jest planowane
-dzięki staniu w kolejce po następne ominęła mnie życiowa szansa na asystowanie przy wywiadzie z Miri, którego zresztą byłem pomysłodawcą
-w międzyczasie wygrałem :) organizowany przez portal biegnaorientacje.pl konkurs, co skwitować mogę jedynie pisząc "na Łazienkowskiej stadion jak z bajki, a na Polonii taki chujowy". Za rok też wygram.
-dwa kolejne etapy "JWOC Tour" bez większego problemu doczłapałem do mety, bo były najkrótsze
-ostatni etap chodziłem po płaskim lesie, takiej formy nie było dawno
-"wbitka" na bankiet (w łódzkim towarzystwie - pozdróweczki!) była nie lada wyczynem
-"afterparty" odbyło się w hotelu, w którym potem według moich chyba dokładnych obliczeń nocowało łącznie 29 osób z Polski, w tym 14 zameldowanych :)

pierwszy dzień mistrzostw i całe podium medalistów z Polska!

Po bardzo udanym tygodniu przyszedł czas na dwa bardziej, ale pod innym względem udane, a dodatkowo okraszone wstawaniem o 5 rano w celu zjechania do kopalni. Dodatkowo popołudniami, dysponując słabej jakości łączem, próbowałem oglądać WOC zamiast porządnie odespać. Taki tryb życia uczynił mnie jedyne 3kg cięższym, zdecydowanie nie polecam. (Chociaż trochę jest to motywacja do trenowania). Jak zawsze, zajmowaliśmy się głównie robieniem zdjęć i zbieraniem kamieni.
zmiany w czasie pracy - nie daj się ORŻNĄĆ!
łysy nad przepaścią, a buff bardzo dobry na harde słońce
łysy w kopalni z koparką w tle, słaba jakość
Ostatnie lipcowe dni roku 2013 spędziłem dzięki gościnie Sławka Cyglera - dobrego kolegi z "juniorskich czasów aldehydowych obozów" w Krakowie. Wawel ładny, reprezentacja na kolumbijskie World Games spotkana, zakazany teren długodystansowych MP pogwałcony. Na koniec w pociągu zrobiłem sobie sam zdjęcie doskonale obrazujące lipiec 2013. Siedem dni w domu, setki godzin i tysiące kilometrów w podróży, prawie absolutny brak biegania i najzdrowsze ze zdrowych jedzenie.
Generalnie z ciekawostek to tyle, dwa lata temu napisałem noteczkę pt. "Dobry lipiec", o tegorocznym z czystym sumieniem mogę napisać to samo. Jednak mamy już prawie środek sierpnia, a moje najbliższe plany, oprócz pisania ładnego licencjatu to Grą Pri Polonia startujące już za 12 godzin oraz Izerska Wielka Wyrypa startująca za 9 dni. Coś na kształt GEZnO-a i może nawet napiszę relację po powrocie. Mapka z zeszłego roku w załączeniu.

sobota, 27 lipca 2013

Łysy kontratakuje cz. 10 - Łysy w fontannie

Generalnie sobotnie lipcowe popołudnie jest bardzo słoneczne, pobiegałem dzisiaj nawet ładny trening z nie byle kim, bo samymi reprezentantkami Polski na Igrzyska! (co prawda sportów nieolimpijskich, czyli np. kajak-polo lub tym razem nieobecnych w programie wyścigów smoczych łodzi, ale zawsze). A już za cztery lata, więc w roku 2017, The World Games zawitają nigdzie indziej, tylko do Wrocławia. Mało który polski orientalista może postawić sobie dalszy cel długoterminowy. 
Moje zapowiedziane bodajże w połowie maja przygotowania do zostania królem sprintu we wrześniu idą jak najbardziej zgodnie z planem. Dzisiaj dość łatwa (bo i takie mają oczekiwać na dzielne zawodniczki w dalekiej Kolumbii) traska nie przysporzyła mi oprócz niekoniecznie łatwego dojrzenia treningowych lampionów większych problemów, jednakże wariantów na pk 20, 22 i 25 (tutaj to opór zmęczenie już) na pewno nie nazwę optymalnymi. Chociaż 25 minimalnie źle stał :) Kilkukrotnie (nie bardzo widać to na przebiegach) ratowałem się przejściem kilku kroków z powodu wysiłku, od jakiego z pewnością ostatnimi czasy odwykłem. Na koniec, w czasach prawie wszechobecnego w Polsce miernej jakości GPS-trakingu (chociaż pomysł z cieniowaną mapą - duży plus, zdecydowana światowa awangarda), dodam że organizator zapewnił nawet TV-kontrolę (nr 10), bowiem akurat tamten poziom schodów upatrzyła sobie ekipa z pewnością ambitnych filmowców, których dzieło już niedługo tylko na antenie telewizji polsat. Jacek Morawski najlepsze sprinty w Polsce od 2010.
PS jak pewnie pilni obserwatorzy zauważyli, zmieniłem foteczkę i tekst na szczycie na ładniejsze i lepiej oddające sens tego blogaska. Cytat z Jacka Kaczmarskiego. 
Na koniec pre-TWG treningu, jako że dotychczasowe wodzianki uciekły do haremu mistrza świata, a ja należycie przybrałem od tamtej pory na niezbędnej w tym fachu wadze, postanowiłem godnie zająć wodny wakat. 

Na drugi koniec mała fotozagadka wprost z Vuokatti. Co robiła na WOCu polska reprezentacja?

piątek, 19 lipca 2013

Łysy kontratakuje cz. 9

primator double niekoniecznie polecam /chyba lepiej powiększyć/
Wróciłem właśnie z jednej z bardziej sutych wypraw w życiu. Prawie 2 tygodnie jeżdżenia po kopalniach w okolicach Legnicy i Olkusza poprzedzone tygodniem w malowniczym Hradec Kralove. Zasadniczo miałem napisać niebrzydką noteczkę już po sobotnim bankiecie na JWOCu, ale coś nie wyszło. Aaa wiem nawet dlaczego - bo oglądałem jak pojebany wszystkie transmisje z WOCa. Jani Lakanen /mój pierwszy idol po oglądaniu pierwszy raz transmisji z WOCa w 2006 roku/ propsy do końca świata. Marten Bostrom pozer i nie czytam blogaska od zdjęć z wielbłądem. A polska reprezentacja podobno osiągnęła epokowe wyniki. Wracając do rzeczy, które mi wyszły to zdecydowanie opróżnienie łącznie około 80 pięćsetmililitrowych pojemników na alkohole (oraz odnotowałem nowe PB - 11/wieczór). Dodatkowo łazienkowa waga między moimi stopami wyświetliła dzisiaj 71,6 kg. Czy to dużo, odpowiedzcie sobie sami drodzy czytelnikowie, ja jednak za znanym reparem powtórzę:
"nie chcę moralnego kaca, żadnego kaca praca
nad sobą najważniejsza"

środa, 19 czerwca 2013

Polska reprezentacja na JWOC - już jest

Przez chwilę poczułem się jak rasowy dziennikarz portalu informacyjnego. I chociaż sami zainteresowani, ich rodziny i znajomkowie pewnie wiedzą (kmwtw), to na żadnej polskiej stronie związanej z orienteeringiem, "seledynowego" sportu nie wyłączając, próżno szukać końcowej klasyfikacji elyminacji. Ja ją mam!
Na stronce JWOCa opublikowano bowiem listy zgłoszonych. O tutaj.
Na gorąco mała analiza. Trochę dziwi brak dwudziestolatków w M20, równoważony 5-osobową grupą siedemnasto- i osiemnastolatków. Aż mi się nie chce wierzyć, że to naprawdę 6 najlepszych polskich juniorów. Jak wczoraj pamiętam sytuację z ostatniego jwoca, na jaki mógłbym pojechać, czyli z roku 2010, kiedy to miejsce, które mógłby zająć mój klubowy, naonczas dwudziestoletni, kolega przyznano komuś młodszemu. Jak to jest z tymi Mistrzostwami Świata Juniorów? Tam się jedzie zdobywać bezcenne doświadczenia czy walczyć o czołowe lokaty?
PS i tak będę darł mordę w centrum zawodów każdego biegu.

niedziela, 9 czerwca 2013

Łysy kontratakuje cz. 7

(jednocześnie uprzedzam swoją noteczką trenera Karola, który podobno zapowiada wielki blogerski "comeback")
Jakiś czas temu zdarzyło mi się napisać o tym, co nie mieści mi się w głowie. Dużo osób pukało się w głowę, że przecież wcale nie było tak źle. Minęło 8 miesięcy, w międzyczasie zmieniły się władze PZOS iii? Postanowiono zorganizować zawody rangi Mistrzostw Polski w standardzie dokładnie takim, jaki wtedy opisywałem (tzn. cytuję i prawilnie przypominam "Dajmy bardzo marnej jakości mapę, może nikt nie zauważy, że jest bardzo marnej jakości?). Tym razem wystarano się nawet o 2 takie mapki, w tym jedną sprinterską. Czy uzdolnionym zawodnikom kategorii M21 "elite" (chulite) da się zapewnić odpowiednie warunki do ogólnopolskiej rywalizacji sportowej na najwyższym możliwym poziomie? Gdybym był bardziej zacietrzewiony, pewnie pokusiłbym się o analizę jakości map na najważniejszych zawodach na przestrzeni ostatnich lat, ale i bez tego umiem odpowiedzieć - nie.
Już chyba wolę z młotkiem w dłoni poszukiwać perełek architektury w Bełtowie.

czwartek, 16 maja 2013

Łysy kontratakuje cz. 6

Zasadniczo lubię napisać noteczkę świeżutko po zawodach. Co ciekawe, najczęściej (chociaż bardziej jedynie i zawsze) zdarza się to po tych organizowanych przez ursynowsko-natoliński TS. Nie wiem do końca, czy wynika to z chęci szybkiego wypisania kilku ważnych przemyśleń, czy z tego, że 83% startów z mapą na Mazowszu (już bez rozróżniania, czy w krzakach, czy między blokami) odbywa się właśnie dzięki temu klubowi.
Dzisiaj akurat miałem niebywałą okazję startować w 2 rundzie 2 (a może 3?) edycji "Szybkiego Mózgu". Za arenę wybrano (dla odmiany) warszawskie bloki. Tym razem trochę większe, niż zazwyczaj, na wcale nie tak blisko położonym Bemowie, a konkretniej Osiedlu Górczewska. Na szybko policzyłem, że to już 17 takie przedsięwzięcie orientacyjne w środku tygodnia. Zebrane doświadczenie jest z pewnością bezcenne, ale dzisiaj na poprawę zasługiwałoby kilka rzeczy: a) punktualność startu (2 minuty za szybko) b) techniczna trudność większości przebiegów c) postawienie w końcu punktu na zewnątrz jakiegoś ogrodzenia d) zapewnienie odpowiedniej ilości papieru do drukareczki międzyczasów. Za to na zdecydowaną pochwałę zasługuje wydanie mapy w niekieszonkowym, tylko biegowym formacie A3 oraz udostępnianie splitanalyzera.
Aż się łezka kręci w oku na wspomnienie pierwszego "Warszawa Nocą" na Ursynowie. Wtedy, zupełnie jak dzisiaj, udało mi się zająć wysokie 9 miejsce. Na temat dzisiejszego występu mogę natomiast powiedzieć, że chyba od 2006 roku (czyli sprintu na OOM w Spale) nie przegrałem z zawodnikiem 2 miejsca przede mną dwoma sekundami. Stosując angielskie nomenklature tzw. tight competition. Międzyczasy doskonale oddają moje wrażenia z biegania - "czasami szybciej, czasami wolniej". Ale generalnie wolniej. Z ciekawostek to na 30sekund goniłem Janka Kaseję i byłem wręcz przekonany, że po kilku minutach prędzej czy później go zobaczę, a potem zjem na drugie śniadanko. Nic bardziej omylnego, może ze dwa razy na chwilę zobaczyłem jego plegier, a w ostatecznym rozrachunku dostałem 26 sekund w tzw. pizdę. Cieszy na pewno pewna wygrana ze znanym i na razie lepszym ode mnie graczem w CF Szmulo Szmulkiem. Więcej spostrzeżeń może po publikacji map. No cóż, aktualnie swoje "sprinterskie" starty w Polsce zawieszam (na tzw. kołku) na rzecz geologiczno-studenckich przygód co najmniej do 4 września. Nie wiem, czy wyjdzie mi to na dobre, ae jedno mogę zapowiedzieć - zamierzam siać srogi rozpierdol po powrocie. :D
PS - Nie wiem, ilu bacznych czytelników blogaska zauważyło, ale w poprzedniej notce żaden bluzg mi nie wyszedł przez usta (zupełnie jak kiedyś Tedemu). Czy to oznacza zatem, że nic "hejtowane" i jebane na tych łamach już nie będzie? Nie wiem. Wątpię.
PS 2 - dalej napieram po stadionie.

niedziela, 12 maja 2013

Łysy kontratakuje cz. 5

Kontratak wykonany, lecz niestety nieudany - chciałoby się sparafrazować znanego śpiewaka. Tak jak pewien znany trener i członek zarządu PZOS (linku nie podam, ale co bystrzejsi znajdą po lewej) postanowiłem zakończyć działalność i skasować blogaska, a zarazem pisać dalej. Tak! To moje hasło, dobre nie?
W każdym razie raczej specjalnych poetyckich przemyśleń nt. bieżąco minionych wydarzeń z siebie nie wycisnę, a zasadniczo piszę noteczkę, bo trochę nieładnie wygląda "ostatni post - 5 tyg.", a także odkryłem dzisiej zajebiste i bardzo dobre rapsy fińskie. (oczywiście nie tylko 1 piosenkę, tutej jest więcej). Ja do Vuokatti w lipcu (czyli na "Łoka") się w każdym razie nie wybieram, planuję jedynie podróż do Hradec Kralove na tzw. "Dżeja".
Pozdrawiam i napieram sobie po stadionie dziesięciolecia.
Photo by Joanna Szlendak !  oczywiście

czwartek, 4 kwietnia 2013

Łysy kontratakuje cz. 4

Zakomunikować mogę 3 rzeczy:
1. biegałem w zeszły wikend po skałkach w Czechach aż miło. Przebiegów jeszcze nie mam, wyników z wrodzonej skromności nie opublikuję, strona zawodów jest pod tym adresem, ale np. swój występ dnia trzeceigo mógłbym śmiało podsumować tym oto zdjątkiem: (to nie ja na 1 planie)
2. już za 58 godzin stanę do nierównej (a wszystko przez średnio chuj0wo przetrenowaną w moim wykonaniu zimę) walki na przełajowych AMPach, polecam 3mać kciuky!
3. cykl tytułów "Łysy kontratakuje" zamierzam zakończyć w roku 2014 pisząc "Łysy jedzie na WUOC", liczę, iż nikt, a tym bardziej nic, (a już na pewno nie multum przecinków w zdaniach) mi w tym nie przeszkodzi

poniedziałek, 25 marca 2013

Łysy kontratakuje cz. 3 - Łysy na Syberii


Ciekawe, czy kiedyś dożyjemy tytułu Łysy jedzie do Moskwy? W każdym razie zdałem sobie z tego sprawę dopiero teraz, a inspiracją tego cyklu nie była piosenka. Natomiast drugą inspiracją do napisania dzisiejszej noteczki była dość budująca sytuacja, jaka spotkała mnie dzisiej w autobusie do domu. Siadam, odpalam Californication (przypominam, najlepszy serial na świecie, Hank Mudy wieczny props, a aktualnie rozpocząłem od początku oglądanie, aby pstryknąć 6 sezonów ciągiem), odpalam bronxa, a tu odzywa się pan obok również z puszką w ręku i również fan serialu. Zatem pooglądaliśmy sobie we dwóch. Koniec historii, mnie ona cieszy.
tytułowa Syberia - drugi dzień kalendarzowej wiosny 
Przechodząc do poważnych spraw to chciałbym zauważyć, że przyszło mi próbować windować formę przed zbliżającymi się wielkimi krokami pierwszymi ważnymi startami „sezonu” w jakiejś jebanej pogodowej pomyłce. Na sobotnim „długim” rozbieganiu w 15cm śniegu (dodatkowo momentami mokrym lub zapadającym się) przez bite półtorej godziny zastanawiałem się, jaki to wszystko ma sens. Następnego dnia (czyli wczoraj – w niedzielę) planowałem wystartować w treningu w Górze Kalwarii szumnie nazwanym Zimowym Pucharem. Puchar jakiś pewnie był w niedzielę, ja miałem niejeden w ręku już w sobotni wieczór i pokrzyżowałem swoje własne plany spożywając ciut za dużo alkoholu, dzięki czemu obudziłem się ciut za późno, ciut bez rzeczy do biegania i ciut nie w domu, dzięki czemu z kolei po raz pierwszy w życiu dane mi było oglądać duże zawody w bieganiu po ulicy z bliska. A mianowicie Półmaraton Warszawski. Oprócz tego, że średnio jeszcze wiedziałem co się dzieje i aura średnio sprzyjała przebywaniu na otwartej przestrzeni, to półmaraton zrobił na mnie bardzo ładne wrażenie. Bum (boom) na bieganie to nie tylko spotykany zawsze choć jeden biegacz o jakiej porze bym nie wyszedł na trening, to też 10koła startujących w jednych zawodach. Dlaczego takie ważne jest dla nich ugniatanie asfaltu, a na start z mapą w przepięknych okolicznościach przyrody decyduje się mniej niż mało kto, nie mam pojęcia. Ale podobno jest komisja, która wie. Oprócz tego spotkałem nawet m. in. znanego z największych w historii sukcesów trenera kadry narodowej juniorów w bno. Nie spotkałem natomiast żadnego znajomego biegającego (a trochę ich było) i cały czas zachodzę w głowę, jak. Ociera się to o spiskowe teorie.
Jeśli chodzi o wcześniejsze syberyjskie przygody, to w czwartek miałem okazję biegać pierwszą dla mnie, ale ostatnią w ogóle rundę akademickich przełajów warszawskich w lesie koło WATu. Wychodząc rano z domu zobaczyłem słoneczko, pomyślałem „oo to chyba ta wyczekiwana wiosenka” i do biegania zabrałem jedynie lajkry ¾. Wydawać by się mogło, że jakże błędna była to decyzja! Nic bardziej omylnego, wcale mi to nie przeszkadzało przy temperaturze -2 i napierdalającym ze wszystkich stron śniegu, bo takie oto warunki czekały na żądnych wrażeń przełajowców. Ja dzień wcześniej buńczucznie zapowiadałem chęć przetarcia się, jednak nic z niego nie wyszło. Wyszło natomiast tempo 3’45/km na trasie 3km, ze 2 minutki (bo nie ma jeszcze wynixów) straty do zwycięskiego znanego schodobiegacza i lekki niesmak. AMP w przełajach już za 2 tygodnie, a ja po te 3:45 chciałbym pocisnąć 9km. Jeśli się uda, nie omieszkam zameldować wykonania zadania! Jeśli nie, można spodziewać się kolejnych przerw w dostawie blogerstwa biegowego najwyższych możliwych lotów. (chociaż przy tak miernej, jak obecnie, liczbie odwiedzających to sam nie wiem) Najśmieszniejszy z tego wszystkiego był 130-minutowy powrót do domu 3 autobusami i 1 tramwajem (byłoby łatwiej, ale inny tramwaj nie raczył przyjechać przez 25minut), choć nie od wczoraj wiem, że na Bemowo jest ode mnie daleko jak ja pierdolę.
pierwszy dzień kalendarzowej wiosny,
ja tradycyjnie (i patriotycznie) w biało-czerwonej czapeczce 
Następny dzień (piątek) przyniósł niezwykle mocno obsadzony dziewiętnastoma uczestnikami trening „nocna mila”. Pogoda stała się tak syberyjska, że pod czapkę i na szyję nałożyłem nawet buffa. (małe wyjaśnienie – jeszcze 3 lata temu każdy biegał bez tego wynalazku w zimę i nie było problemów, a tera obłożeni jak czołgi – czyli jak reprezentacja Polski oklejona niebiesko-różowymi plasterkami na JWOCu 2011 – nie do końca rozumiem „fenomen buff”, ale w taką pogodę jakoś mi lepiej z apaszką)
Punkty tradycyjnie na zawodach warszawskiej Gwardii ustawione tak, że można wszystkie przykryć jedną dłonią na mapie, ale w niczym nie przeszkadzało to w miłym nocnym bieganiu. No może oprócz tego, że ci z końca mieli dużo łatwiej, bo mogli biegać po wyrąbanych w śniegu śladach. W każdym razie po minięciu pierwszego rywala (Monika pozdrawiam :) po 3 minutach biegu w drodze na 1pk, wejście na owy 1pk okazało się nie lada trudnością.
Wjebałem aż niemiło cztery minutki, pan gps na obrazku z prawej mówi, że byłem już tuż tuż, ale czy widzicie drodzy czytelnicy, aby punkt stał w dołku na zboczu? A stał, tylko chyba zakrywa to kółko. A miejsce z tymi małymi kółeczkami, gdzie urwałem ślad to lokacja punktu wg GPSa. No cóż, bywa i tak, moja wina. Dalej przez kilka przebiegów  starałem się wrócić do gry i ku swojemu wielkiemu zdziwieniu ścigałem się z samym Średniodystansowym Mistrzem Polski AD 2012, którego prawie dogoniłem na 3 minutki. Niestety, błędasek na 8pk obrócił to wszystko w niebyt, a ja permanentnie zmniejszając z braku sił tempo zmierzałem do końca przygody. Niestety przymusowa przerwa przed 19pk oraz wielkie problemy z wejściem na 20pk pozbawiły mnie pewnej drugiej lokaty. Wyniki (co na nich robi Łobo, któremu nie chciało się biec na ostatni punkt, a wykręciłby drugi czas dnia, to nie wiem). Bieg oprócz 3 dużych błędów bardzo dobry :D, ale czarna seria nieprzerwanych porażek z trenerem Karolem trfa.
Następne kroki w mojej przygodzie zamierzam postawić w przeciwieństwie do większości Polaków wybierających się na owiane średnią zeszłoroczną sławą zawody Hana tam, gdzie mnie jeszcze nie było, czyli w Ceskiej Lipie przy okazji zawodów
Velikonoce ve skalách. A specjalnie dla jadących w okolice Głuchołazów wrzucam przebiegi z maja zeszłego roku (tutej), kiedy to (o czym już nawet wspominałem, ale noteczki nigdy nie napisałem) zostałem uraczony najgorszymi czeskimi mapami w całym swoim życiu. Ślad gpsa jakoś na złość nie chce trafić, a za tegoroczne mapy odpowiadają ci sami specjaliści. Nie chcę krakać, ale będzie tam słabo moi przyjaciele!

środa, 20 marca 2013

Łysy kontratakuje cz. 2

Stała się dzisiaj tak bezprecedensowa rzecz, że nie sposób nie napisać o niej notki. Co prawda nie jestem zawodowym pływakiem (biegaczem też w sumie nie), więc dla kogoś parającego się na co dzień kąpielami w basenie będzie to żadne osiągnięcie. Od kilku lat pływając sobie rekreacyjnie kilkadziesiąt długości 2 razy w miesiącu zderzałem się z barierą 6 minut/10 basenów (36"/25m). Była na dłuższą metę niewyobrażalna. A dzisiaj jeb! 2 kilometry w 47 minutek, czyli przeliczcie sobie sami. Takie pływanie od ściany do ściany przypomina trochę albo czasem bardzo jazdę autem. A mianowicie raz na jakiś czas trafi się wacek, który nie może pozwolić, aby ktoś go wyprzedził i trzeba atakować z zaskoczenia (np. po wysepce albo na skrzyżowaniu).
Z zapowiadanej relacji z ostatniej rundki środowych warszawskich zawodów wyszły standardowe nici. Nic wartościowego w sumie A przepraszam, popisałem się tam zdecydowanym, prawie półminutowym prowadzeniem już na 1 punkcie. Żadna tajemnica, przez przypadek wystartowałem pół minutki wcześniej. Jednakże te 30sekund w obliczu miernego wyboru wariantów chuj dało. Jeszcze na koniec załadowałem błąd roku na przedostatni (28 na poniższej mapie) punkcik i nie chce mi się już o tym pisać. Zawody ładne, trasy przepiękne, obsada mocna, ale jakoś spowszedniało mi takie bieganie co miesiąc po warszawskich blokach.
jak ktoś coś wyczyta to gratuluję, nie mam nerwów do tego naciągania
zimowa sceneria przepiękna, szkoda tylko,
że to marzec i nizina, a nie grudzień i góry
Zeszły wikend spędziałem w znanym z dobrych terenów do orientacji sportowej Żelazku, które podobno już niedługo będzie głównym miejscem szkolenia biegaczy na orientację w Polsce. Ciekawe tylko, za czyj hajs. W każdym razie aż miło tam przyjeżdżać i zapierdalać po krzakach, jakby tylko było ze 150km bliżej ze stolicy. Relacja i mapy na pewno bendzie/bedzie. Swoją drogą chciałbym wiernym czytelnikom i fanom blogaska polecić sposób na okresy posuchy, kiedy nic nie publikuję. A mianowicie czytamy stare noteczki! Cóż za radość może to wywołać! Polecam gorąco.
Jutro natomiast czeka mnie pierwsze mam nadzieję dobre przetarcie w tym roku - w lesie obok warszawskiego WATu odbędą się akademickie przełaje na dystansie około 4000m. Będzie to zarazem doskonałe preludium do zaplanowanych na 6 kwietnia, tradycyjnie w mieście (rebus), któremu to wg znanej i lubianej przyśpiewki nic nie zaszkodzi, Akademickich Mistrzostw Polski w przełajkach. Rok temu nabiegałem tam tak kosmiczny rezultat, że nawet nie załapałem się do zestawienia, które zestawił największy globetrotter polskiej orientacji. W tym roku zamierzam (ajak) uzyskać rezultat ciut lepszy niż 37:15 na te 9km. Pora kończyć, a zakończę tym razem sentencją. We will say what time will tell.
Metro Warszawskie 2030
znalazłem ostatnio takie cudo i pomijając bezcelowość zagęszczenia stacji,
pomysł prezentuje się przepięknie, a na pewno na tyle pięknie, abym napisał 2 słowa

środa, 13 marca 2013

Łysy kontratakuje cz. 1

Zapowiadane poprzednio lody wcale za bardzo nie ruszyły, raczej można śmiało powiedzieć, że śniegu dojebało aż miło. Gdybym mieszkał w górach, byłbym zadowolony. Natomiast dzisiaj w bajkowo zimowej scenerii w okolicach ursynowskiej Górki Kazurki rozegrano 5 i zarazem ostatni etap renomowanego, znanego, szanowanego i prestiżowego, czyli po prostu świetnego cyklu Warszawa Nocą. Szersza analiza już już niedługo, ale uchylę rąbka tajemnicy i napiszę, że ponownie nie wygrałem.  Oficjalny debiut zaliczyły natomiast nowe wdzianka warszawskiego OK!Sportu, poniżej dumnie prezentuję swój autorsko przerobiony model :) (kwestia jest dość ważna, dyskusje na ten temat były dość zażarte, a moje zdanie jest takie, że klub musi być przypisany do miasta, a poza tym...co to wogle znaczy samo O<!SPORT)

Zasadniczo piszę tę notkę, aby podzielić się 3 sprawami:
1. jakiś czas temu napisałem na "forum" nt. Catching Features, czyli dość ciekawej i wartej nabycia gierki, gdzie biega się na orientację, jak kto nie wie, to niech sobie wejdzie na stronę. Otóż zażenował mnie poziom odzewu, ale może dzięki reklamie na tych skromnych łamach trochę ony poziom wzrośnie. Ja w zebranie 20 aa tera już tylko 17 dzielnych polskich orientalistów zainteresowanych wyłożeniem 24 dolarków wierzę z całego serca.
2. osatnimi czasy zacząłem za-pier-dalać na treningach jak chyba nigdy, motywacja jest bardzo wysoka, co prawda sukcesików nadal brak, ale zapraszam gorąco do śledzenia mojego aktualnego dzienniczka treningowego (zresztą po lewej stronie blogaska też wrzuciłem linka, endomondo props), zmotywuje mnie to jeszcze bardziej do odbywania "bezustannego, kulturalnego i głośnego", czyli po prostu dobrego treningu. W każdym razie podróży dookoła świata mam już odbytych 0,094, a spalonych hamburgerów 440.
3. hasło dnia w kręgach lubiących małe dzieci i młodych kleryków to podobno "buona sera", więc nie wypada nie przypomnieć klasyka bonasera bonasera, polecam polecam polecam.

Zakończę dla odmiany sentencją. We will say what time will tell.

środa, 6 marca 2013

Wiosną lody ruszyły

Nie było jeszcze cytatów z Jacka Kaczmarskiego? To od dzisiaj bedo. Przerwę od "blogerowania" zrobiłem sobie bowiem nietęgą - od 2 stycznia mijają dziś 63 dni. W żadnym wypadku nie były to, jak w roku 1944, dni chwały. Powiem więcej: wyje skasowałem facabukowego fanpaga i nosiłem się z zamiarem usunięcia z internetów również blogaska. Brak sukcesów, brak fanów, brak komentków, brak wsparcia, brak perspektyw. O tak scharakteryzowałbym błędne kółeczko, jakiego stałem się częścią. Czy pisanie na internetach o orientacji sportowej w Polsce z perspektywy zawodnika elite sprowadza się do wrzucania mapek marnej jakości i pisania kilku tak miałkich słów, że aż żal? Czy komuś w ogóle jest potrzebne dobre i normalne internetowe spojrzenie? Bo jak np. zdarzyło mi się napisać (zresztą w 100% zgodnie z prawdą), że "najbardziej polecany" klub warszawski zrobił swoje tradycyjne "zawody" na chujowej "mapie" i żaden organizator nie był tym faktem zażenowany, to się na mnie obrazili. Tak sobie rozmyślałem. Na pewno nie pomagały regularne (1x/miesiąc) wizyty na blogasku idola (zara będzie tam rok od ostatniego wpisiku). Jednakże dzisiaj biegnąc po swoim "domowym" lesie zdałem sobie sprawę, że sytuacja nie może dalej tak wyglądać.
Zacznę może od tego, że jakość i ilość trening do nadchodzącego sezonu była w moim wykonaniu straszliwie marna. Na dobrą sprawę od końca listopada aż do zeszłego tygodnia zmagałem się permanentnie z najróżniejszymi przeszkodami natury głównie zdrowotnej. I nawet, gdy pod koniec stycznia wydawao się, że "no tera to już napierdalam równiutko", wpadłem na pomysł udziału w falenickim biegu górskim w 30cm śniegu, co już następnego dnia zaowocowało trwającym prawie do dzisiaj naciągnięciem czegoś pod kolanem prawym (ból przy każdym zginaniu nogi). Tematów do rozpisywania się z racji odbycia którejś to już absencji pisarskiej przy ciągłym uczęszczaniu na różne wydarzenia związane z bieganiem z mapą mam więcej niż multum, ale chyba najlepiej wyjdzie mi opisanie w skrócie obecnego roku (i to od końca, bo i najlepiej pamiętam ostatnie przygody).
Zeszły wikend upłynął pod znakiem 2 treningów na mapie: w sobotę w okolicach Otwocka, a w niedzielę w okolicach Legionowa. Na ten pierwszy przyjechało może ze 25 osób na krzyż i niby dobrze, bo podobno zapomniano postawić paru punktów, ale jednak niedobrze, bo teren z gatunku ciekawszych na Mazowszu, w lesie sporo śniegu potęgującego zmęczenie, a wszystko rozegrało się ze startu masowego jako 2-osobowe sztafety. Warto nadmienić, że wobec braku konkurencji wspólnie i w porozumieniu z Małgorzatą Wichą udało mi się WYGRAĆ TRENING!!!!11111!!!! Niestety, mapek tradycyjnie nie ma, więc i moich przebiegów na mapie nie ma. Natomiast w niedzielę łooo organizatorzy z klubu parafialnego jako arenę treningu wybrali chyba największe krzaki w okolicy. Do entuzjastów ciągłego unikania gałęzi chcących wpaść ci w oko i rwących w strzępy ubranie nigdy nie należałem, do grona fanów wyglądania po bieganku jak po pojedynku z kotem również. Ale cóż zrobić, trzeba było piłować. Zielone C naprawdę jest tam zielone, a w B to lepiej nie wchodzić, o czym najdobitniej przekonałem się na ostatnim przebiegu. Wyglądało to mniej więcej tak:
a ja traskę 8,5km pokonałem w 68minut. Warto odnotować, że w tym terenie rozgrywano Grand Prix Mazowsza w roku 2008, które zresztą wygrałem w M18.
Wcześniej, bo w ostatnią sobotę lutego miałem niebywałą okazję startować w treningu szumnie nazwanym Nocna Mila. Wrzuciłbym przebiegi, ale dostarczone na stronie mapki są tak miernej jakości, że nic nie widać...W każdym razie był to nocny start masowy z dwoma pętlami i licznymi rozbiciami. W przepięknej zimowej scenerii radziłem sobie nawet nawet na początku sztywniutko trzymając plegier. Jednak szybko jebnąłem 2minutki błędu, potem znowu i już nie miałem kogo trzymać. Jacyś grajkowie typu trener Karol przebiegali mi przed oczami, ale nie dałem rady nikogo mocnego pokonać. Z ciekawostek to a) bieganie ze starą "silwoszką" jest coraz bardziej wstydliwe, bo jej światło przy tych Lupinach za 2000złoty wygląda jak zapałka. Tylko najpierw trzeba móc te 2000złoty przeznaczyć na lampę do lasu. b) testowany był system śledzenia zawodników poprzez gpsy, którymi śledzi się flotę samochodową. Zostałem wytypowany i nawet sam pan główny ogarniający te gpsy mocował mi ten nadajniczek na plecach do baterii, jednakże zrobił to na tyle "niezręcznie", że zgubiłem go po ok. 20-30metrach. Co śmieszniejsze, nawet nie wiedziałem o tej stracie. W każdym razie chyba nie mam co liczyć na gpsika podczas tegorocznego GPM :) ale dokładność śledzenia pozostawia bardzo dużo do życzenia.
Wcześniej w lutym miałem niebywałą okazję być po raz pierwszy w życiu w słonecznej Portugalii. Ten akurat wyjazd zasługuje chyba na szerszy opis (Monsanto sprint as the brightest highlight), w każdym razie oprócz mapek z przebiegami, nie dysponuję jeszcze aktualnie żadnymi dowodami graficznymi oprócz tego (a łódzki Orientuś bez żagla).
22 stycznia miałem natomiast niebywałą okazję zgodnie z zapowiedziami po raz pierwszy w życiu biegać na orientację w galerii handlowej. Co prawda ilość klientów we wrocławskim Sky Tower była bardzo mizerna, co trochę umniejszało zabawę, ale i tak zajebista sprawa, jedno z mniejszych marzeń zrealizowane. Do Wroclovia wybraliśmy się we 2 ze wspomnianym wyżej trenerem Karolem, a na wynikach dzieliły nas jedynie 2 sekundy. Ja zająłem wysokie 8 miejsce, ale na uwagę i potępienie zasługuje fakt, że zwycięzca przebiegł tego dnia przez ścianę nie do przejścia na punkt 10. Mapka poniżej, przebiegi by ją mocno zamazały.


trochę jak dwaj przyjaciele z boiska
Pozdrawiam i usuwam się chwilowo z kadru, ale wypatrujcie niecierpliwie kolejnych noteczek, które już niedługo tylko na tadeuszpilkowski.blogspot.com :D

środa, 2 stycznia 2013

Robię krok w tył

by zrobić 2 do przodu? Nie wiem. Wiem na pewno, że te ponad 1,5 miesiąca, któe minęło od ostatniej noteczki zdecydowanie nie należało do mnie. W kategoriach kroków do tyłu mogło być ich nawet chyba więcej niż 1...no ale skoro średnio 10 osób dziennie jeszcze na tego blogaska zagląda, to może ktoś jeszcze we mnie wierzy. A więc rozpocznijmy zatem. -heej, co tam?? xD
0. podobno jest za dużo linków w treści, przez co nikt w nie nie klika, chociaż są one niejako dopełnieniem wyczytywanej przez was tutej historii - dzisiaj będzie jedynie jeden
1. relacja z GEZnO tegorocznego pewnie będzie, może niedługo (z zeszłorocznego nie będzie :)
2. jeszcze w listopadzie dostałem do zorganizowania trening (z cyklu ABC -więcej informacji na stronie warszawskiego OK!Sportu, następny nasz trening już za 11 dni), na którym to biegało 95 osób. Nie wypada nie pochwalić się wszem i wobec, że nikt nie zrobił w Polsce większego nie przy okazji kilkudniowych zawodów w tym roku. I choć trasa w ultrapłaskim lesie, w którym biegam 17 na 18 treningów była podobno za trudna i nikt miał z niej żywy nie wrócić, to udało się. Polecam oszczędności na tonerach.
3. listopad zakończyłem ultraudanym występem w "funexorient" w Kielecach, gdzie mierzyłem się z trasą "50km". Cudzysłowy jak najbardziej na miejscu, bowiem były to zawody organizatora znanego szerszej publiczności z przełajowego biegu wzdłuż Świdra w roku 2011. Żal mi to opisywać, bo to forma orientacji zupełnie nie dla mnie. Jak ulał pasuje komentarz "a idź pan w chuj". Zaczęło się bardzo zachęcająco od traski zwykłej orientacji na full fajnej mapie Słowik, pionowe góry, bardzo miła orientacja. (ale nie bardzo były pokrzywy, więc na lepsze zawody się nie nada (klasyk KMP na wiosnę oraz klasyk MP na jesieni). Jednakże drugą i główną częścią była traska "turystyczna", która polegała na bieganiu ze średnio dokładną mapą 1:50000 po asfaltowych drogach przebiegów po 5-10km między kolejnymi górami (jak na standardy Gór Świętokrzyskich). Po 3 godzinkach i może 1/4 całości dałem sobie spokój. Nie rozumiem takiego typu zawodów, do gezna się nawet nie umywa.
4. przeglądałem sobie dzisiaj mapki z całego roku i wysnułem nieco zapomniany już chyba wniosek, że w kategorii dmuchanych zjeżdżalni, pokazów samochodów oraz pokrzyw wydeptywanych przez pierwszych startujących w M21 (czyli mnie też) polska orientacja stoi bardzo wysoko, ale w kwestii wyboru terenu, zrobienia mapy oraz zbudowania na tym tras mamy trochę do nadrobienia
5. kilkanaście dni temu zmieniły się władze Polskiego Związku Orientacji Sportowej, czy postanowią oregulaminować również orientacyjne blogerstwo - pokaże przyszłość, czy za jeden z celów postawią sobie kwestie wyrażone w punkcie 4. - również pokaże przyszłość
6. nie skorzystałem z okazji, aby po raz 4 w przeciągu ostatnich 5 lat ostatnie dni w roku spędzić w doborowym towarzystwie na sportowym obozie w Sztutowie, za to kilka z tych dni (jak i wiele innych grudniowych) spędziłem chory w łóżku.
7. za 3 dni planuję zadebiutować w tegorocznej edycji falenickich Biegów Górskich,  rozegraną 4 dni temu pierwszą rundę wygrał przedstawiciel warszawskiego OK!Sportu Łobooo i w tym miejscu oficjalne propsy dla niego. Podobno na trasie było dość bekowo, bowiem warunki pogodowe spowodowały całkowite oblodzenie wszystkich ścieżek w lesie, a wielu uczestników postanowiło sprawdzić przyczepność butów bez kolców do lodu oraz czy w razie jej braku uda im się nie jebnąć w ten lód głową, tylko na przykład kolanem. Mam nadzieję, że podobne warunki utrzymają się do soboty, ponieważ beki nigdy mało. Jednocześnie świadom marności mojej obecnej formy biegowej za cel zamierzam ustawić sobie niebotyczne 40 minut. Już czuję, że będzie grubiej od grubych. Relacja o 22 w sobotę.
8. w zeszłą sobotę 30 grudnia wystartowałem po raz ostatni w roku 2012. Okazja dla mnie jako członka klubu z siedzibą w Warszawie była wyśmienita, bo inny warszawski klub (Gwardia) postanowił zorganizować tzw. knock-out sprint. Na lokację wybrano tereny kortów i starego stadionu Warszawianki. Wyniki oraz mapki dostępne są na odpowiedniej stronie. Na wstępie nadmienię, że był to mój 3 występ w KO sprincie w tym roku po styczniowym niewykurwapale we Wrocławiu oraz pięknym ściganiu i ostatnim miejscu w finale w czerwcowej rundzie UNTSowego Szybkiego Mózgu. Doświadczenia mam co niemiara, więc coś czuję, że 2013 przyniesie mi rozpierdolenie w pył jakiegoś KO sprinciku :) Ale przechodząc do tego ostatniego, to zaczęło się jak zawsze eliminacjami. Około 30 zawodników podzielono na 3 koszyki, z każdego przechodziło 6 najlepszych, więc odpaść było dość trudno. Swój wygrałem, ajak. Następnie odbyło się 6 3-osobowych ćwierćfinałów, z których dalej przechodził zwycięzca oraz 3 "lucky loserów". Jako, że moimi przeciwnikami było dwóch parę lat młodszych chłopaczków, a także odmówili walki już na 1pk, wygrałem ponownie, ajak. W półfinale nie było już tak miło, bo musiałem mocno gonić trenera kadry juniorów, pod którego wodzą osiągnęła ona w tym roku największe w historii sukcesy. Pod koniec traski Sokal troszkę przyspieszył i już nie miałem kogo gonić. Tym razem nie było lucky loserów (a kwalifikowałbym się na takiego), boli też, że inny półfinał z palcem pewnie bym wygrał. No cóż pozostało mi oglądać finałową batalię z wału po wschodniej stronie stadionu i oklaskiwać zwycięzców. Wygrał reprezentant warszawskiego OK!Sportu Łobooo i w tym miejscu oficjalne propsy dla niego. Jako ciekawostkę dodam, że przed półfinałami była możliwość typowania, kto wygra każdy z tych 3 biegów. Zdawałem sobie sprawę, że szanse z trenerem Darkiem mam nikłe, jednak za granie przeciwko sobie grożą poważne konsekwencje prawne. Albo i nie. W każdym razie głupio było mi postawić, że przegram. Typowanie wygrał również reprezentant warszawskiego OK!Sportu Łoboo i w tym miejscu oficjalne podziękowania za wiarę we mnie.
9. już za 20 dni podobno pierwsze w Polsce zawody w biegu na orientację w galerii handlowej. Mnie na pewno nie zabraknie, a was?
Diox propsy do końca świata