poniedziałek, 25 marca 2013

Łysy kontratakuje cz. 3 - Łysy na Syberii


Ciekawe, czy kiedyś dożyjemy tytułu Łysy jedzie do Moskwy? W każdym razie zdałem sobie z tego sprawę dopiero teraz, a inspiracją tego cyklu nie była piosenka. Natomiast drugą inspiracją do napisania dzisiejszej noteczki była dość budująca sytuacja, jaka spotkała mnie dzisiej w autobusie do domu. Siadam, odpalam Californication (przypominam, najlepszy serial na świecie, Hank Mudy wieczny props, a aktualnie rozpocząłem od początku oglądanie, aby pstryknąć 6 sezonów ciągiem), odpalam bronxa, a tu odzywa się pan obok również z puszką w ręku i również fan serialu. Zatem pooglądaliśmy sobie we dwóch. Koniec historii, mnie ona cieszy.
tytułowa Syberia - drugi dzień kalendarzowej wiosny 
Przechodząc do poważnych spraw to chciałbym zauważyć, że przyszło mi próbować windować formę przed zbliżającymi się wielkimi krokami pierwszymi ważnymi startami „sezonu” w jakiejś jebanej pogodowej pomyłce. Na sobotnim „długim” rozbieganiu w 15cm śniegu (dodatkowo momentami mokrym lub zapadającym się) przez bite półtorej godziny zastanawiałem się, jaki to wszystko ma sens. Następnego dnia (czyli wczoraj – w niedzielę) planowałem wystartować w treningu w Górze Kalwarii szumnie nazwanym Zimowym Pucharem. Puchar jakiś pewnie był w niedzielę, ja miałem niejeden w ręku już w sobotni wieczór i pokrzyżowałem swoje własne plany spożywając ciut za dużo alkoholu, dzięki czemu obudziłem się ciut za późno, ciut bez rzeczy do biegania i ciut nie w domu, dzięki czemu z kolei po raz pierwszy w życiu dane mi było oglądać duże zawody w bieganiu po ulicy z bliska. A mianowicie Półmaraton Warszawski. Oprócz tego, że średnio jeszcze wiedziałem co się dzieje i aura średnio sprzyjała przebywaniu na otwartej przestrzeni, to półmaraton zrobił na mnie bardzo ładne wrażenie. Bum (boom) na bieganie to nie tylko spotykany zawsze choć jeden biegacz o jakiej porze bym nie wyszedł na trening, to też 10koła startujących w jednych zawodach. Dlaczego takie ważne jest dla nich ugniatanie asfaltu, a na start z mapą w przepięknych okolicznościach przyrody decyduje się mniej niż mało kto, nie mam pojęcia. Ale podobno jest komisja, która wie. Oprócz tego spotkałem nawet m. in. znanego z największych w historii sukcesów trenera kadry narodowej juniorów w bno. Nie spotkałem natomiast żadnego znajomego biegającego (a trochę ich było) i cały czas zachodzę w głowę, jak. Ociera się to o spiskowe teorie.
Jeśli chodzi o wcześniejsze syberyjskie przygody, to w czwartek miałem okazję biegać pierwszą dla mnie, ale ostatnią w ogóle rundę akademickich przełajów warszawskich w lesie koło WATu. Wychodząc rano z domu zobaczyłem słoneczko, pomyślałem „oo to chyba ta wyczekiwana wiosenka” i do biegania zabrałem jedynie lajkry ¾. Wydawać by się mogło, że jakże błędna była to decyzja! Nic bardziej omylnego, wcale mi to nie przeszkadzało przy temperaturze -2 i napierdalającym ze wszystkich stron śniegu, bo takie oto warunki czekały na żądnych wrażeń przełajowców. Ja dzień wcześniej buńczucznie zapowiadałem chęć przetarcia się, jednak nic z niego nie wyszło. Wyszło natomiast tempo 3’45/km na trasie 3km, ze 2 minutki (bo nie ma jeszcze wynixów) straty do zwycięskiego znanego schodobiegacza i lekki niesmak. AMP w przełajach już za 2 tygodnie, a ja po te 3:45 chciałbym pocisnąć 9km. Jeśli się uda, nie omieszkam zameldować wykonania zadania! Jeśli nie, można spodziewać się kolejnych przerw w dostawie blogerstwa biegowego najwyższych możliwych lotów. (chociaż przy tak miernej, jak obecnie, liczbie odwiedzających to sam nie wiem) Najśmieszniejszy z tego wszystkiego był 130-minutowy powrót do domu 3 autobusami i 1 tramwajem (byłoby łatwiej, ale inny tramwaj nie raczył przyjechać przez 25minut), choć nie od wczoraj wiem, że na Bemowo jest ode mnie daleko jak ja pierdolę.
pierwszy dzień kalendarzowej wiosny,
ja tradycyjnie (i patriotycznie) w biało-czerwonej czapeczce 
Następny dzień (piątek) przyniósł niezwykle mocno obsadzony dziewiętnastoma uczestnikami trening „nocna mila”. Pogoda stała się tak syberyjska, że pod czapkę i na szyję nałożyłem nawet buffa. (małe wyjaśnienie – jeszcze 3 lata temu każdy biegał bez tego wynalazku w zimę i nie było problemów, a tera obłożeni jak czołgi – czyli jak reprezentacja Polski oklejona niebiesko-różowymi plasterkami na JWOCu 2011 – nie do końca rozumiem „fenomen buff”, ale w taką pogodę jakoś mi lepiej z apaszką)
Punkty tradycyjnie na zawodach warszawskiej Gwardii ustawione tak, że można wszystkie przykryć jedną dłonią na mapie, ale w niczym nie przeszkadzało to w miłym nocnym bieganiu. No może oprócz tego, że ci z końca mieli dużo łatwiej, bo mogli biegać po wyrąbanych w śniegu śladach. W każdym razie po minięciu pierwszego rywala (Monika pozdrawiam :) po 3 minutach biegu w drodze na 1pk, wejście na owy 1pk okazało się nie lada trudnością.
Wjebałem aż niemiło cztery minutki, pan gps na obrazku z prawej mówi, że byłem już tuż tuż, ale czy widzicie drodzy czytelnicy, aby punkt stał w dołku na zboczu? A stał, tylko chyba zakrywa to kółko. A miejsce z tymi małymi kółeczkami, gdzie urwałem ślad to lokacja punktu wg GPSa. No cóż, bywa i tak, moja wina. Dalej przez kilka przebiegów  starałem się wrócić do gry i ku swojemu wielkiemu zdziwieniu ścigałem się z samym Średniodystansowym Mistrzem Polski AD 2012, którego prawie dogoniłem na 3 minutki. Niestety, błędasek na 8pk obrócił to wszystko w niebyt, a ja permanentnie zmniejszając z braku sił tempo zmierzałem do końca przygody. Niestety przymusowa przerwa przed 19pk oraz wielkie problemy z wejściem na 20pk pozbawiły mnie pewnej drugiej lokaty. Wyniki (co na nich robi Łobo, któremu nie chciało się biec na ostatni punkt, a wykręciłby drugi czas dnia, to nie wiem). Bieg oprócz 3 dużych błędów bardzo dobry :D, ale czarna seria nieprzerwanych porażek z trenerem Karolem trfa.
Następne kroki w mojej przygodzie zamierzam postawić w przeciwieństwie do większości Polaków wybierających się na owiane średnią zeszłoroczną sławą zawody Hana tam, gdzie mnie jeszcze nie było, czyli w Ceskiej Lipie przy okazji zawodów
Velikonoce ve skalách. A specjalnie dla jadących w okolice Głuchołazów wrzucam przebiegi z maja zeszłego roku (tutej), kiedy to (o czym już nawet wspominałem, ale noteczki nigdy nie napisałem) zostałem uraczony najgorszymi czeskimi mapami w całym swoim życiu. Ślad gpsa jakoś na złość nie chce trafić, a za tegoroczne mapy odpowiadają ci sami specjaliści. Nie chcę krakać, ale będzie tam słabo moi przyjaciele!

środa, 20 marca 2013

Łysy kontratakuje cz. 2

Stała się dzisiaj tak bezprecedensowa rzecz, że nie sposób nie napisać o niej notki. Co prawda nie jestem zawodowym pływakiem (biegaczem też w sumie nie), więc dla kogoś parającego się na co dzień kąpielami w basenie będzie to żadne osiągnięcie. Od kilku lat pływając sobie rekreacyjnie kilkadziesiąt długości 2 razy w miesiącu zderzałem się z barierą 6 minut/10 basenów (36"/25m). Była na dłuższą metę niewyobrażalna. A dzisiaj jeb! 2 kilometry w 47 minutek, czyli przeliczcie sobie sami. Takie pływanie od ściany do ściany przypomina trochę albo czasem bardzo jazdę autem. A mianowicie raz na jakiś czas trafi się wacek, który nie może pozwolić, aby ktoś go wyprzedził i trzeba atakować z zaskoczenia (np. po wysepce albo na skrzyżowaniu).
Z zapowiadanej relacji z ostatniej rundki środowych warszawskich zawodów wyszły standardowe nici. Nic wartościowego w sumie A przepraszam, popisałem się tam zdecydowanym, prawie półminutowym prowadzeniem już na 1 punkcie. Żadna tajemnica, przez przypadek wystartowałem pół minutki wcześniej. Jednakże te 30sekund w obliczu miernego wyboru wariantów chuj dało. Jeszcze na koniec załadowałem błąd roku na przedostatni (28 na poniższej mapie) punkcik i nie chce mi się już o tym pisać. Zawody ładne, trasy przepiękne, obsada mocna, ale jakoś spowszedniało mi takie bieganie co miesiąc po warszawskich blokach.
jak ktoś coś wyczyta to gratuluję, nie mam nerwów do tego naciągania
zimowa sceneria przepiękna, szkoda tylko,
że to marzec i nizina, a nie grudzień i góry
Zeszły wikend spędziałem w znanym z dobrych terenów do orientacji sportowej Żelazku, które podobno już niedługo będzie głównym miejscem szkolenia biegaczy na orientację w Polsce. Ciekawe tylko, za czyj hajs. W każdym razie aż miło tam przyjeżdżać i zapierdalać po krzakach, jakby tylko było ze 150km bliżej ze stolicy. Relacja i mapy na pewno bendzie/bedzie. Swoją drogą chciałbym wiernym czytelnikom i fanom blogaska polecić sposób na okresy posuchy, kiedy nic nie publikuję. A mianowicie czytamy stare noteczki! Cóż za radość może to wywołać! Polecam gorąco.
Jutro natomiast czeka mnie pierwsze mam nadzieję dobre przetarcie w tym roku - w lesie obok warszawskiego WATu odbędą się akademickie przełaje na dystansie około 4000m. Będzie to zarazem doskonałe preludium do zaplanowanych na 6 kwietnia, tradycyjnie w mieście (rebus), któremu to wg znanej i lubianej przyśpiewki nic nie zaszkodzi, Akademickich Mistrzostw Polski w przełajkach. Rok temu nabiegałem tam tak kosmiczny rezultat, że nawet nie załapałem się do zestawienia, które zestawił największy globetrotter polskiej orientacji. W tym roku zamierzam (ajak) uzyskać rezultat ciut lepszy niż 37:15 na te 9km. Pora kończyć, a zakończę tym razem sentencją. We will say what time will tell.
Metro Warszawskie 2030
znalazłem ostatnio takie cudo i pomijając bezcelowość zagęszczenia stacji,
pomysł prezentuje się przepięknie, a na pewno na tyle pięknie, abym napisał 2 słowa

środa, 13 marca 2013

Łysy kontratakuje cz. 1

Zapowiadane poprzednio lody wcale za bardzo nie ruszyły, raczej można śmiało powiedzieć, że śniegu dojebało aż miło. Gdybym mieszkał w górach, byłbym zadowolony. Natomiast dzisiaj w bajkowo zimowej scenerii w okolicach ursynowskiej Górki Kazurki rozegrano 5 i zarazem ostatni etap renomowanego, znanego, szanowanego i prestiżowego, czyli po prostu świetnego cyklu Warszawa Nocą. Szersza analiza już już niedługo, ale uchylę rąbka tajemnicy i napiszę, że ponownie nie wygrałem.  Oficjalny debiut zaliczyły natomiast nowe wdzianka warszawskiego OK!Sportu, poniżej dumnie prezentuję swój autorsko przerobiony model :) (kwestia jest dość ważna, dyskusje na ten temat były dość zażarte, a moje zdanie jest takie, że klub musi być przypisany do miasta, a poza tym...co to wogle znaczy samo O<!SPORT)

Zasadniczo piszę tę notkę, aby podzielić się 3 sprawami:
1. jakiś czas temu napisałem na "forum" nt. Catching Features, czyli dość ciekawej i wartej nabycia gierki, gdzie biega się na orientację, jak kto nie wie, to niech sobie wejdzie na stronę. Otóż zażenował mnie poziom odzewu, ale może dzięki reklamie na tych skromnych łamach trochę ony poziom wzrośnie. Ja w zebranie 20 aa tera już tylko 17 dzielnych polskich orientalistów zainteresowanych wyłożeniem 24 dolarków wierzę z całego serca.
2. osatnimi czasy zacząłem za-pier-dalać na treningach jak chyba nigdy, motywacja jest bardzo wysoka, co prawda sukcesików nadal brak, ale zapraszam gorąco do śledzenia mojego aktualnego dzienniczka treningowego (zresztą po lewej stronie blogaska też wrzuciłem linka, endomondo props), zmotywuje mnie to jeszcze bardziej do odbywania "bezustannego, kulturalnego i głośnego", czyli po prostu dobrego treningu. W każdym razie podróży dookoła świata mam już odbytych 0,094, a spalonych hamburgerów 440.
3. hasło dnia w kręgach lubiących małe dzieci i młodych kleryków to podobno "buona sera", więc nie wypada nie przypomnieć klasyka bonasera bonasera, polecam polecam polecam.

Zakończę dla odmiany sentencją. We will say what time will tell.

środa, 6 marca 2013

Wiosną lody ruszyły

Nie było jeszcze cytatów z Jacka Kaczmarskiego? To od dzisiaj bedo. Przerwę od "blogerowania" zrobiłem sobie bowiem nietęgą - od 2 stycznia mijają dziś 63 dni. W żadnym wypadku nie były to, jak w roku 1944, dni chwały. Powiem więcej: wyje skasowałem facabukowego fanpaga i nosiłem się z zamiarem usunięcia z internetów również blogaska. Brak sukcesów, brak fanów, brak komentków, brak wsparcia, brak perspektyw. O tak scharakteryzowałbym błędne kółeczko, jakiego stałem się częścią. Czy pisanie na internetach o orientacji sportowej w Polsce z perspektywy zawodnika elite sprowadza się do wrzucania mapek marnej jakości i pisania kilku tak miałkich słów, że aż żal? Czy komuś w ogóle jest potrzebne dobre i normalne internetowe spojrzenie? Bo jak np. zdarzyło mi się napisać (zresztą w 100% zgodnie z prawdą), że "najbardziej polecany" klub warszawski zrobił swoje tradycyjne "zawody" na chujowej "mapie" i żaden organizator nie był tym faktem zażenowany, to się na mnie obrazili. Tak sobie rozmyślałem. Na pewno nie pomagały regularne (1x/miesiąc) wizyty na blogasku idola (zara będzie tam rok od ostatniego wpisiku). Jednakże dzisiaj biegnąc po swoim "domowym" lesie zdałem sobie sprawę, że sytuacja nie może dalej tak wyglądać.
Zacznę może od tego, że jakość i ilość trening do nadchodzącego sezonu była w moim wykonaniu straszliwie marna. Na dobrą sprawę od końca listopada aż do zeszłego tygodnia zmagałem się permanentnie z najróżniejszymi przeszkodami natury głównie zdrowotnej. I nawet, gdy pod koniec stycznia wydawao się, że "no tera to już napierdalam równiutko", wpadłem na pomysł udziału w falenickim biegu górskim w 30cm śniegu, co już następnego dnia zaowocowało trwającym prawie do dzisiaj naciągnięciem czegoś pod kolanem prawym (ból przy każdym zginaniu nogi). Tematów do rozpisywania się z racji odbycia którejś to już absencji pisarskiej przy ciągłym uczęszczaniu na różne wydarzenia związane z bieganiem z mapą mam więcej niż multum, ale chyba najlepiej wyjdzie mi opisanie w skrócie obecnego roku (i to od końca, bo i najlepiej pamiętam ostatnie przygody).
Zeszły wikend upłynął pod znakiem 2 treningów na mapie: w sobotę w okolicach Otwocka, a w niedzielę w okolicach Legionowa. Na ten pierwszy przyjechało może ze 25 osób na krzyż i niby dobrze, bo podobno zapomniano postawić paru punktów, ale jednak niedobrze, bo teren z gatunku ciekawszych na Mazowszu, w lesie sporo śniegu potęgującego zmęczenie, a wszystko rozegrało się ze startu masowego jako 2-osobowe sztafety. Warto nadmienić, że wobec braku konkurencji wspólnie i w porozumieniu z Małgorzatą Wichą udało mi się WYGRAĆ TRENING!!!!11111!!!! Niestety, mapek tradycyjnie nie ma, więc i moich przebiegów na mapie nie ma. Natomiast w niedzielę łooo organizatorzy z klubu parafialnego jako arenę treningu wybrali chyba największe krzaki w okolicy. Do entuzjastów ciągłego unikania gałęzi chcących wpaść ci w oko i rwących w strzępy ubranie nigdy nie należałem, do grona fanów wyglądania po bieganku jak po pojedynku z kotem również. Ale cóż zrobić, trzeba było piłować. Zielone C naprawdę jest tam zielone, a w B to lepiej nie wchodzić, o czym najdobitniej przekonałem się na ostatnim przebiegu. Wyglądało to mniej więcej tak:
a ja traskę 8,5km pokonałem w 68minut. Warto odnotować, że w tym terenie rozgrywano Grand Prix Mazowsza w roku 2008, które zresztą wygrałem w M18.
Wcześniej, bo w ostatnią sobotę lutego miałem niebywałą okazję startować w treningu szumnie nazwanym Nocna Mila. Wrzuciłbym przebiegi, ale dostarczone na stronie mapki są tak miernej jakości, że nic nie widać...W każdym razie był to nocny start masowy z dwoma pętlami i licznymi rozbiciami. W przepięknej zimowej scenerii radziłem sobie nawet nawet na początku sztywniutko trzymając plegier. Jednak szybko jebnąłem 2minutki błędu, potem znowu i już nie miałem kogo trzymać. Jacyś grajkowie typu trener Karol przebiegali mi przed oczami, ale nie dałem rady nikogo mocnego pokonać. Z ciekawostek to a) bieganie ze starą "silwoszką" jest coraz bardziej wstydliwe, bo jej światło przy tych Lupinach za 2000złoty wygląda jak zapałka. Tylko najpierw trzeba móc te 2000złoty przeznaczyć na lampę do lasu. b) testowany był system śledzenia zawodników poprzez gpsy, którymi śledzi się flotę samochodową. Zostałem wytypowany i nawet sam pan główny ogarniający te gpsy mocował mi ten nadajniczek na plecach do baterii, jednakże zrobił to na tyle "niezręcznie", że zgubiłem go po ok. 20-30metrach. Co śmieszniejsze, nawet nie wiedziałem o tej stracie. W każdym razie chyba nie mam co liczyć na gpsika podczas tegorocznego GPM :) ale dokładność śledzenia pozostawia bardzo dużo do życzenia.
Wcześniej w lutym miałem niebywałą okazję być po raz pierwszy w życiu w słonecznej Portugalii. Ten akurat wyjazd zasługuje chyba na szerszy opis (Monsanto sprint as the brightest highlight), w każdym razie oprócz mapek z przebiegami, nie dysponuję jeszcze aktualnie żadnymi dowodami graficznymi oprócz tego (a łódzki Orientuś bez żagla).
22 stycznia miałem natomiast niebywałą okazję zgodnie z zapowiedziami po raz pierwszy w życiu biegać na orientację w galerii handlowej. Co prawda ilość klientów we wrocławskim Sky Tower była bardzo mizerna, co trochę umniejszało zabawę, ale i tak zajebista sprawa, jedno z mniejszych marzeń zrealizowane. Do Wroclovia wybraliśmy się we 2 ze wspomnianym wyżej trenerem Karolem, a na wynikach dzieliły nas jedynie 2 sekundy. Ja zająłem wysokie 8 miejsce, ale na uwagę i potępienie zasługuje fakt, że zwycięzca przebiegł tego dnia przez ścianę nie do przejścia na punkt 10. Mapka poniżej, przebiegi by ją mocno zamazały.


trochę jak dwaj przyjaciele z boiska
Pozdrawiam i usuwam się chwilowo z kadru, ale wypatrujcie niecierpliwie kolejnych noteczek, które już niedługo tylko na tadeuszpilkowski.blogspot.com :D