czwartek, 8 sierpnia 2013

Łysy kontratakuje część osiemnasta

Zdolnych i perspektywicznych zawodników polskiej elity chciałbym poinformować, że się już doczekali. Zasadniczo to początek najnowszej notki miał brzmieć: cytując pewnego blogera, znanego z tego, że jego brat uważa seniorską sztafetę warszawskiego OK!Sportu za słabszą od jego, pomyślałem, że wypada wrzucić kilka rzeczy z ostatniego okresu. Rozwiązując od razu foto-zagadkę z poprzedniego wpisu, odpowiedź brzmi oczywiście "foteczki".
Z perspektywy czasu bardzo łatwo ocenić moje występy na tegorocznych KMP i MP. Otóż na 6 biegów uczestniczyłem aż w 1. Czy ominęło mnie coś szczególnego - nie wiem, ale czy było warto przyjeżdżać 9 czerwca w okolice Zamościa na sztafety - raczej nie. Na plus przemawia na pewno ciekawy i wymagający teren, a także fakt, że przez około 10 sekund miałem niebywałą okazję przewodzić stawce podczas drugiej zmiany chwilę po podbiciu 1pk, mając naprawdę wszystkich za plecami. Niestety, potem moje umiejętności biegania na marnej jakości mapie okazały się niewystarczające i zajebałem tyle błędów, że aż niemiło (ze 20 minut). Na końcu minął mnie nawet Adam Szmulindrops, więc zeszłoroczne powiedzenie "no kurwa, nawet PUKS przed nami" było całkiem aktualne. Mam nawet mapkę z przebiegami, na której dobitnie widać, że /GPSowa/ rzeczywistość momentami nijak miała się do efektów pracy kartograficznej.
Po wyczerpującym wiosennym sezonie startowym (może z 10 biegów, chyba najmniej w mojej karierze) przyszedł czas na zasłużony odpoczynek. Po bieganiu Jukoli (i to ostatniej, czyli najdłuższej zmiany) cztery razy przez ostatnie pięć lat (z jakimi efektami to :D na pewno można gdzieś znaleźć, ale w tym roku znaleziono przecież lepsze "zastępstwo"), podjąłem chyba dość mądrą dla portfela decyzję o przyglądaniu się pięknym zawodom zza monitora. Wyszło ładnie, jednak zarywanie nocy w celu oglądania relacji sportowej to zdecydowanie nie mój konik, więc w środku 3 zmiany dałem sobie spokój. Wygrał i tak ten, kto miał, ale ja na 2 zmianie wypatrzyłem swego nowego orientacyjnego idola. Podejrzewam, że jest ciut bardziej niszowy, niż jakieś Hubmanny czy Holmbergi, nazywa się Eirik Martens Svensen, ale jego ksywka to z pewnością "Łysy z Kristiansandu". Jakość skrina bardzo słaba.
Następnym punktem programu (i to zdecydowanie nie byle jakim) były Mistrzostwa Świata Juniorów (w skrócie JWOC), rozgrywane po raz trzeci z rzędu w promieniu 600km od Warszawy. Nic więc dziwnego, że kibiców-biegaczy z Polski zjechało dość sporo, oczywiście na czele z wodziankami. Woda na mecie sama się przecież nie naleje. Nie zamierzam nikogo zanudzać analizą przebiegów jakiegoś wacka (moich) z 6 biegów, czy też pisaniem oczywistości, więc wymienię kilka rzeczy, które utkwiły mi w pamięci.
-był to mój drugi JWOC, ale zerowy jako uczestnik
-pierwszego dnia napisane w parametrach 12,5km i 450 przewyższenia okazało się mieć 650 przewyższenia, dzięki czemu walczyłem z traską 117minut
-gdy próbowałem dojść do siebie przy miskach z wodą, Per Forsberg zaczął drzeć mordę, że jakiś Pioter prowadzi na pierwszej radiokontroli
-drugiego dnia wszystkie kategorie biegały middle'a, a M21E zaserwowano 9km po zielonym i gałęziochach z przewidywanym czasem zwycięzcy 45 minut, ja biegałem 70 i wyczerpałem wszystkie biegowe siły, a w planie były jeszcze 4 etapy
-trzeciego dnia bezpardonowo po nietrafieniu w kamień na polu kamienistym w zielonym zlazłem sobie z trasy, dość mądra decyzja (wrzucę może mapkę w przyszłym tygodniu, bo to akurat ciekawe)
-następnie pobiłem swój rekord piwek po biegu - od 3 lipca wynosi on pięć, a bicie nie jest planowane
-dzięki staniu w kolejce po następne ominęła mnie życiowa szansa na asystowanie przy wywiadzie z Miri, którego zresztą byłem pomysłodawcą
-w międzyczasie wygrałem :) organizowany przez portal biegnaorientacje.pl konkurs, co skwitować mogę jedynie pisząc "na Łazienkowskiej stadion jak z bajki, a na Polonii taki chujowy". Za rok też wygram.
-dwa kolejne etapy "JWOC Tour" bez większego problemu doczłapałem do mety, bo były najkrótsze
-ostatni etap chodziłem po płaskim lesie, takiej formy nie było dawno
-"wbitka" na bankiet (w łódzkim towarzystwie - pozdróweczki!) była nie lada wyczynem
-"afterparty" odbyło się w hotelu, w którym potem według moich chyba dokładnych obliczeń nocowało łącznie 29 osób z Polski, w tym 14 zameldowanych :)

pierwszy dzień mistrzostw i całe podium medalistów z Polska!

Po bardzo udanym tygodniu przyszedł czas na dwa bardziej, ale pod innym względem udane, a dodatkowo okraszone wstawaniem o 5 rano w celu zjechania do kopalni. Dodatkowo popołudniami, dysponując słabej jakości łączem, próbowałem oglądać WOC zamiast porządnie odespać. Taki tryb życia uczynił mnie jedyne 3kg cięższym, zdecydowanie nie polecam. (Chociaż trochę jest to motywacja do trenowania). Jak zawsze, zajmowaliśmy się głównie robieniem zdjęć i zbieraniem kamieni.
zmiany w czasie pracy - nie daj się ORŻNĄĆ!
łysy nad przepaścią, a buff bardzo dobry na harde słońce
łysy w kopalni z koparką w tle, słaba jakość
Ostatnie lipcowe dni roku 2013 spędziłem dzięki gościnie Sławka Cyglera - dobrego kolegi z "juniorskich czasów aldehydowych obozów" w Krakowie. Wawel ładny, reprezentacja na kolumbijskie World Games spotkana, zakazany teren długodystansowych MP pogwałcony. Na koniec w pociągu zrobiłem sobie sam zdjęcie doskonale obrazujące lipiec 2013. Siedem dni w domu, setki godzin i tysiące kilometrów w podróży, prawie absolutny brak biegania i najzdrowsze ze zdrowych jedzenie.
Generalnie z ciekawostek to tyle, dwa lata temu napisałem noteczkę pt. "Dobry lipiec", o tegorocznym z czystym sumieniem mogę napisać to samo. Jednak mamy już prawie środek sierpnia, a moje najbliższe plany, oprócz pisania ładnego licencjatu to Grą Pri Polonia startujące już za 12 godzin oraz Izerska Wielka Wyrypa startująca za 9 dni. Coś na kształt GEZnO-a i może nawet napiszę relację po powrocie. Mapka z zeszłego roku w załączeniu.

1 komentarz:

podzio pisze...

Warto bylo nagrac wczorajsze filmidlo! :) wieczny props ;)