poniedziałek, 22 grudnia 2014

Intensywność zdarzeń, nie nadążam by notować

Powiem tak: dzisiaj udało się naszemu składowi (runner1986, wojtek9898 i tadziu32167) wykonać najmocniejszy trening tego roku:
- rozbieganko 7km po 5'30 (harde)
- mocna część ogólnorozwojowa - 110 rzutów piłką lekarską (z czego około 40 zamiast rękami trener Karol próbował łapać głową)
- okraszone nieprzerwanym najlepszym na świecie kac humorem
- czując się jak zawodnicy kategorii M55B, a nie M21SE (superelite)

A to wszystko dzień po bardzo ładnej najebce, na której w doborowym gronie świętowano moje - okrągłe - urodziny nr 24. Pozdrawiam gorąco wszystkich najebkowiczów ugabuga. Oczywiście "nie wiem jak ty, ale ja czuję się dwadzieścia dwa".

A to wszystko po czterech nocach w samym pierdolonym /fucking/ Dubaju podczas których przespałem łącznie ze 20 godzin (normalnie potrzebuję około 8 na raz). Relacja ze Zjednoczonego Emiratu Arabskiego już niedługo (razem z "okiem orga", Łemko i GEZnO :D ) Oczywiście piosenka wyjazdu to akustyczna "Rude".



PS podobno doświadczenie w sporządzaniu owsianek i potraw z jarmużu (czymkolwiek ten jarmuż jest :) to kwalifikacje wystarczające do przejęcia funkcji trenera kadry juniorów; ciekawe czy moje doświadczenie w sporządzaniu fotek siebie na tle różnych wysokich budynków również wystarczy do zajęcia jakiejś posady w strukturach PZOS

wtorek, 16 grudnia 2014

Chciałbym świecić jak słońce, a nie jak żarówka

Powiem tak: poprzednią swoją noteczkę przeczytałem od momentu opublikowania już cztery razy, taka jest zajebista. Statystyki odwiedziń są niestety cały czas żenujące, ale miniony wikend był na tyle przepiękny, że dla pięćdziesięciu wiernych (pozdrawiam!) czytelników zdecydowanie warto go opisać!

Rozpocząłem w sobotę rano wsiadając na stacji Warszawa Śródmieście w ten sam pociąg relacji Pruszków - Otwock, co reszta klubowiczów z UKS Kusy Warszawa. Podczas krótkiej podróży do Falenicy okazało się, że może i lat mam więcej, ale ulubione gierki na telefonie z grubsza te same. Na "Biegi Górskie" dotarłem w przeciwieństwie do każdego z moich występów z ostatnich kilku lat na grubo przed startem, bowiem krótsze dystanse (a głównie takie biegają reprezentancji Kusego) startują 45 minut przed dłuższym.
Wychodząc na rozgrzewkę spotkałem zupełnie nieaktywnego w internecie, ale najbardziej aktywnego w lesie mapkarza polskiego - Jaca Mora. Podczas opowieści o ostatnich dokonaniach kartograficznych i związanym z nimi brakiem treningu ustaliliśmy tempo, jakie obu nas satysfakcjonuje na 39:00. Innymi słowy, szanujący się zawodnik przy biegu na rekord (PB) powinien mieć pacemakera.

Pierwsza pętla wyszła w 12:54, czyli niby doskonale, ale było to zdecydowanie powyżej moich sobotnich możliwości. (Przy okazji dodam, że dla mnie bieganie poniżej 13 minut na falenicką pętlę to już dość mocno.) Na pierwszych czterech (jedna pętla ma ich siedem) podbiegach (oraz szczególnie zbiegach) czułem się jak król, napierdalaliśmy aż miło. Jednak każdy kolejny podbieg był coraz trudniejszy, drugie koło wyszło w 13:49, a trzecie również w 13:49. Co ciekawe, Jacek przed biegiem nie zgodził się na używanie wulgaryzmów do poganiania, więc musiał się mocno słownie nagimnastykować. Dodając te trzy międzyczasy wyszło 40:32 w tempie wg garminka 4'23/km przy dystansie wg niego 9,24km. Poniżej oczekiwań, ale zdecydowanie powyżej np. sierpniowej formy albo moich występów z poprzedniej zimy. Najlepsza fotka, jaką znalazłem to poniższa, niestety nie do końca widać na niej całkiem udane w moim wykonaniu trzymanie plegieru. Oprócz niej jeszcze trzy całkiem sensowne.

dwukropek pe
tłuszczu jeszcze za dużo, ale napieranie w dal trochę już jest
doskonała ilustracja mojego ambiwalentnego uczucia do "FBG" - młodzi orientaliści zestawieni z biegaczami spod znaku "a pierdolnę sobie jeszcze fotkę przed startem"

Sobotnie popołudnie upłynęło na kończeniu lektury blogaska trenera Karola. Najlepszym podsumowaniem tej pozycji czytelniczej jest komentarz pewnego mieszkańca Masywu Śnieżnika do notki z WUOCA 2012 - pozwolę sobie zacytować "Pierdolisz głupoty aż głowa boli." (Taki komentarz można jednak opublikować pod każdą notką każdego blogera i nie będzie daleki od prawdy.) Jednak przyszłego szefa klubu poznać trzeba dobrze, dlatego podołałem, chociaż kończenia wycieczek po zwyczajowe 3'32/km nie brakowało. Kilka najciekawszych spostrzeżeń:
1. chciałbym mieć takie zdjęcie
2. chcialbym mieć też takie zdjęcie
3. takie to już niekoniecznie, ale ktoś ogarnięty szybko zauważy na nim tzw. biegowego celebrytę od fanpaga "Bieganie życiem stylu", z którym to, gdy jeszcze był biegaczem, a nie celebrytą, miałem okazję trenować w otwockim KSie oraz nie biegać GEZNA w roku 2011 (relacja z GEZNA już wkrótce!!!!!!!!111!!!)
4. gdybym ja się znalazł na tej fotce, możnaby śmiało napisać "medaliści MP w sztafetach z roku 2015" - do zobaczenia 20 września
5. na początku roku 2011 miałem okazję wygrać trening, z którego to zwycięstwa zmontowano nawet relację wideo - polecam
6. przełom lat 2012/13 Dominik Chudzik spędził m. in. połykając niezliczone ilości tabletek - kto go widział w roku 2014, ten wie, że chyba nie wyszło na dobre
7. trener Karol to oczywiście znany entuzjasta łódzkiego Orientusia

Wieczorem próbowałem pływać oraz odwiedziłem (dość sensownie) saunę. Dlaczego próbowałem? Bo tempo rzędu 26'/km jest o około 2'/km czyli 3"/25m wolniejsze od mojego normalnego. Co jest dobrym potwierdzeniem tego, że po prostu trzy starty w cztery dni dość mocno mnie zajebały, ale o to przecież chodziło.

W niedzielę rano wsiadłem do polskiegobusa linii P4, a po 250 minutach (z ominięciem miasta Łodzi) wysiadłem w moim mniemaniu najładniejszym dużym mieście polskim. W planie było zrobić przepiękną wycieczkę biegową, uczestniczyć w "premierze" piwa z AleBrowaru oraz zaznać ukraińskiej gościnności. Plan zrealizowałem w 102%, nawet przy okazji łamiąc swoją zasadę dotyczącą nieużywania aplikacji "snapchat" na trzeźwo. Przy okazji też uporałem się z demonami przeszłości, przebiegając bez zmiany tempa trasę eliminacji KO sprintu z WNOFu z roku 2012 w 4:26, czyli o 32 sekundy szybciej niż 35 miesięcy wcześniej, kiedy to zrobiłem na niej minutę błędu i o 5 sekund minąłem ćwierćfinał. Ogólnie rzecz biorąc miałem w planie przebiec kilka mapek WNOFowych - wyświetlając je sobie na telefonie, ale najpierw nie trafiłem w Park Tołpy, a na pozostałe nie starczyłoby czasu... Jednak jak powszechnie wiadomo - co się nie odwlecze, to uciecze. Na zakończenie, oprócz przebiegu przez "najbardziej muzykalną dzielnicę", nie zabrakło rund honorowych: przy Pergoli i dookoła Placu Grunwaldzkiego. Nie mam w zwyczaju wrzucać linków do swoich treningów, ale ten był naprawdę zacny - tutaj zapisik gpsa. W poniedziałek rano próbowałem jeszcze razem z rocznikiem 96 z LO nr 5 napisać próbną maturkę z polskiego, ale niestety ubrany "na sportowo" - w szary dresik i z torbą - nie dałem rady dostatecznie ukryć się pośród ubranych w garnitury "abiturientów". Czyli dalej realizuję się jako pisarz na niszowym blogasku. No cóż...
odp. "Kilimandżaro"


Wroclove na jednym zdjęciu - Sky Tower (Ty Skower/Sty Kower) + sekundnik na sygnalizacji + dobry i normalny przystanek bez zatoki +piękna architektura
Z ciekawostek to jeszcze:
# wrzuciłem wszystkie mapki, które znalazłem w formacie qrt na swoim dysku do bazy map DOMA - aktualnie jest tego 257 i w liczbach bezwzględnych przegrywam z trenerem Karolem, ale pod względem map z określoną lokalizacją wygrywam znacznie. Innymi słowy, jestem niekwestionowanym liderem.
# dzisiejszy etap WNOFu (mapka na wzór łódzki w pliku pdf zamiast normalnym) doskonale pokazuje, że z "nocnych zawodów sprinterskich" nawet w małym parku można wycisnąć więcej niż marne 15 minut. Pod względem zakręcenia trasy niekwestionowane zwycięstwo w tym roku w Polsce. Pod względem zakręcenia trasy niekwestionowane drugie miejsce w tym roku w Polsce, ostatni etap Szybkiego Mózgu bije wszystkich na głowę. (I nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał, że spora w tym moja zasługa, bo nie dałem rady zrobić drugiej części planowanej mapy :)

Naszło mnie takie dość chyba trafne przemyślenie, że powoli "zaczynam być na bieżąco". A co do planów, to następna próba łamania 39 minut (chociaż w trochę innej scenerii niż falenicka wydma), a także sprawdzanie, czy poniższy obrazek jest prawdziwy już od jutra.

piątek, 12 grudnia 2014

Wóz z sianem jedzie dalej

Powiem tak: jestem aktualnie w trakcie lektury blogaska trenera Karola od samego początku jego istnienia i wolałbym czytać zamiast pisać teraz (bardzo znamienne, ale żeby czytać mógł ktoś, to i ktoś inny musi pisać - co też czynię!), ale kilka kwestii omówić muszę, bo jak nie teraz, to nigdy. Swoje czytelnictwo przerwałem na czerwcu 2013, nie zostało już dużo. Niby tylko 1,5 roku, ale np. w moim życiu przez ten czas zdarzyło się tyle, że były to wydarzenia zupełnie zapomniane.

Przechodząc do meritum - pan trener zalinkował w notce z odbytych wtedy MP (Zamość i okolice) dyskusję na forum biegnaorientacje.pl. A tam ku mojemu wielkiemu zdziwieniu odnalazłem swoją wypowiedź! Nie wiem jak to zabrzmi, ale bardzo lubię czytać swoje własne teksty po pewnym czasie, z reguły nie tracą nic na aktualności, a niosą w sobie pewne bardzo subtelne smaczki. W każdym razie gdybym ja miał okazję być kimś "zarządzającym" w polskiej orientacji - to po przeczytaniu wypowiedzi takiego typa po 1. podrapałbym się w głowę, a po 2. przynajmniej odezwał do niego, bo zdecydowanie widać, że zna się na rzeczy. Nikt się nie odezwał do dzisiaj. Powiem więcej: w wymianie maili, która nastąpiła na początku października tego roku tuż po ponownie trochę feralnych, ale tym razem dla innego klubu (sportowego wykrzyknika)   / notabene doskonale sprawdziła się prawdziwość twierdzenia "punkt widzenia zależy od punktu siedzenia" - myślicie, że gdyby to Krzychu Wołowy, a nie Piotr Łobindropsowy nie miał na swoim chipie wszystkich punktów, to równie mocno w sprawę angażowałby się Sędzia Główny związany przecież dość mocno (chociaż od strony formalnej prawie wcale) z owym sportowym wykrzyknikiem? Ja nie. /   MP okazało się, że np. taki pan Ryszard Chachurski mojego blogaska nie czytuje w ogóle. No cóż...

W ostatnią środę miałem natomiast niewybałą okazję biegać w znanych i czasami lubianych, a czasami nie, zawodach Warszawa Nocą. Ale na pewno cyklu nocnych sprintów z największą (bijącą inne wielkie ośrodki nawet dwukrotnie) frekwencją. Tym razem mi doskonale, a innym to nie wiem, znana mapa z tegorocznego sprintu na MP. Mimo tego, że doskonale, to 7,5km oraz 140m przewyższenia robione na pięciu podbiegach wymagało oprócz czytania mapy bardzo mocnego napierdalania. Ja aktualnie mogę zaproponować jedynie takie "na lepszej średniości", więc przygodę skończyłem bez większych błędów (łącznie może z minutę - jak każdy, w tym największy wariantowy na przebiegu 3-4) jako grajek nr7 (nr6 w klasyfikacji normalnych) ze stratą 5:08 (lub 1:11 do normalnych). Czyli w normalnych nie tak źle, ale to, co zrobił tego dnia Paaaaaaapuś to jakiś kosmos. Sześć przebiegów wygranych z drugim o co najmniej 9 sekund i żadnej bombeczki na tej trasie w nocy - można się tylko zastanawiać czy jakieś grajki ze światowej czołówki nie zostałyby tam przez niego ograne. Z ciekawostek to jestem zdania, że m. in. dzięki moim listopadowym namowom (podczas podróży na GEZnO oraz zaślubinki Sławka i Paulinki) ta trasa była tak długa. Oby tak dalej, nie ma się co bawić w 15-minutowe nocne biegi! Mapka zalinkowana pod poniższy obrazek.
Warszawa Nocą E2 (10/12/2014)

Następnie nadszedł czas na ostatnią w tym roku wyprawę do środkowopolskiego miasta Łodzi. Tym razem po raz trzeci w życiu na sprincik w Parku im. Zaruskiego. Zastanawiałem się trochę nad tym i chyba nie ma innej sprinterskiej mapki, na której w przeciągu ostatnich dwóch lat biegałbym tyle razy. Oczywiście nie zmieniłem swojego zdania i bycie orientacyjnym sprinterem wcale nie jest dla mnie kierunkiem rozwoju, ale w perspektywie nieobecności na wigilii klubowej wypadało się pojawić, aby np. własnoręcznie oddać dresik. Cele główne zrealizowałem w 100%, cel poboczny ciężko powiedzieć, ale przy starcie masowym udało się wskoczyć do top3, ponieważ ostatniego punktu nie podbił trzymający się przede mną przez cały bieg Witek. Trasa bez historii, więc i nie ma o czym pisać - nogi trochę zmęczone po środzie (i wtorkowych schodach), na jedynkę plegier samego zwycięzcy Krzysztofa, na pierwszym motylku i dobiegu do drugiego plegier Witka, na reszcie trasy plegier niczyj tylko zwykły bieg na lepszej średniości. Trochę górki wchodziły w nogi, ale bieganie naobkółko bloków to zdecydowanie nie jest moja ulubiona aktywność.
Łódź Park Tour E2 (11/12/2014)


Co ja mogę więcej napisać? "Pozdrawiam cały Orientuś, a szczególnie Agatkę"? :D Zmiana klubu to zawsze dość trudny temat, a mi się zdarza po raz drugi z rzędu, chociaż tym razem ze zdecydowanie innych powodów. No cóż...

Jeśli chodzi o plany najbliższe, to za 12 godzin start w Falenicy z gorącym zamiarem pobicia życióweczki, czyli niebotycznego 39:30 (z tym, że w 2011 byłem po całej dość solidnej zimie, a teraz po całych dość solidnych czterech tygodniach) - przy okazji trzymam kciuki, żeby panowie "wielcy politykowie" Jacek i Paweł odpowiednio Kozłowski i Lech nie zamknęli falenickiej wydmy ze względu na jej ogromne niebezpieczeństwo (dla życia i zdrowia oczywiście). A za 32 wybitka na rozbieganie i nie tylko do pięknego miasta, o którym w marcu napisałem "chyba starczy". Chyba jednak nie.
tytułowy obraz mistrza Hieronimusa van Aeken z Hertogenbosch zwanego Boschem

sobota, 6 grudnia 2014

Pierwszy grudniowy

Na początek najważniejsze - w tym tygodniu wpadło 7x1km po 3:45 każdy, a ostatni nawet 3:39 oraz 5+2 km po 4'00. Czyli odpowiednio podobno tzw. trzeci i drugi zakres. Ja jestem zadowolony, ale to drugie (dzisiejsze) miało być 2x5km. Niestety dokuczył mi spory ból w jamie brzusznej, szczególnie po prawej stronie i trochę przez chwilę obawiałem się, że to wątroba. Która to miałaby całkiem niezłą wymówkę takiej dysfunkcji, bo w czwartek (jak co roku 4 grudnia) odbyła się "Barbórka" - święto górników i geologów, a więc moje także. W gronie studenckim przyjęło się z tej okazji nadużywać alkoholu. Mi jak co roku udało się zasnąć we własnym łóżku o godzinie 4:15 (w tym roku miałem do niego w miarę blisko w przeciwieństwie do dwóch poprzednich kiedy było daleko i jeszcze wcześniejszego, kiedy było 50m do akademika). Najebkowicz uga buga. Następna 21 grudnia, wcześniej luz oraz pobyt w muzułmańskim przecież kraju.
Co najciekawsze, o godzinie 5:00 tamtego dnia (czyli wczoraj) na warszawskim lotnisku lądowali powracając z poślubnej podróży nasi przepiękni nowożeńcy Pałko i Slavko. Więc gdybym wiedział, przybyłbym jako komitet powitalny! W każdym razie tuż przed godziną 12 otwieraliśmy z panem młodym bronxy na Marymoncie, gdyż pani młoda akurat uczestniczyła w badaniach dla kadrowiczów odbywających się nieopodal. A co mi tam, wrzucę nawet dwie foteczki z tego pięknego spotkania.


Prowadzenie merytorycznych dyskusji to moim zdaniem jeden z ciekawszych sposobów porannego trzeźwienia. Sauny nie było, wojskowymi nie jesteśmy, ale dało radę. Dwa miliardy słów później przybyła reszta wawelowiczów (hohoho co za słowo dwuznaczne) w osobach Pauliny i Marcina, chwilę podziwialiśmy ekrany półtunelowe z mojej wysokości i nadszedł (ponownie, jak na weselu) czas pożegnań. Wóda weselna nadal więc czeka. Historia może nie jak z ósmego odcinka trzeciego sezonu (3x08 albo S03E08) Californication, ale i tak bardzo dobra.
Co do trzeźwienia, to tydzień temu po spotkaniu na szczycie z najprężniejszym na fejsiku mapkarzem polskim miałem niewybałą okazję poranek spędzić w kościele św. Anny na wycieczce z przewodnikiem. Kościele barokowym dodajmy. Obcowanie z taką ilością sztuki było nie do opisania. Dodatkowo do śniadania oglądałem sobie filmową produkcję sprzed 60 lat. Jeśli mogę coś polecić, to polecam mieć folderek "na wytrzeźwienie".
Jeśli chodzi o plany na najbliższą przyszłość, to jutro długie rozbieganko z zawodnikiem top6 MP 2014, poniedziałek spokój, wtorek drugi w życiu trening na sali z UKS Kusy oraz drugi w życiu trening w 20piętrowcu, środa Warszawa Nocą - Mistrzostwa Śródmieścia w biegu na orientację, czwartek Łódź Park Tour - Nowy Wymiar Biegania, piątek spokój, sobota Falenickie Biegi Górskie - do których ze względu na nadreprezentację "biegaczy niedzielnych" (ogólne określenie charakteryzujące kogoś, kto biegając ma na sobie rzeczy za więcej niż miesięczne zarobki, a jeszcze 3 lata temu widząc biegacza cisnął bekę) oraz spory sentyment do zajebistych zimowych zawodów mam bardzo ambiwalentne uczucia. Miejmy nadzieję, że nie przyjedzie ani znany z występów w serialu Alf wojewoda mazowiecki, ani znany z troski o życie i zdrowie radny warszawski. Obaj z ukochanej przez miłujących wybieranie "mniejszego zła" partii i obaj znani z ogrzewania się w blasku rozdawania nagród na tym cyklu. Pisałem już dawno temu, że jakby porównać zagrożenia na falenickiej wydmie - skręcenie kostki, zbicie kolana, uderzenie w drzewo, przeziębienie - z tymi na stadionie Legii, to niestety, ale wydmę trzeba by natychmiast zamknonć!!!

sobota, 29 listopada 2014

Life is grand, life is great, life is good, life is beautiful

Powiem tak: mając dzisiaj w perspektywie mocne bieganie na dworze poszedłem po rozum do głowy i załadowałem pierwszy w życiu trening na schodach w moim bloku. Ktoś może powiedzieć - "ee nie biegał przy -5, cipa!", a ja powiem na to, że ten kto jest przeziębiony albo kontuzjowany, ten cipa.
Nie przeciągając za długo zbędnych wywodów, do dyspozycji mam 20 pięter (sam mieszkam na ostatnim :) po 9 schodków na półpiętro, czyli 360 stopni (ale nie żaden tam tim360) łącznie. Jak słuchałem kiedyś opowieści Łoba, to on często robi trening typu 10x10 pięter i starcza.

(Co do Łoba ciekawa historia, że zupełnie jak z innym bardzo mocnym grajkiem - Papim - jeszcze ze 2 lata temu miałem bardzo zacieśnione kontakty treningowe, a teraz nie mam prawie żadnych. No cóż. Zauważyłem już jakiś czas temu, że jak ktoś jest mocnym grajkiem, to raczej rozmawia na zawodach tylko z innymi mocnymi, więc ja jako słaby trochę wypadam z obiegu i czasami nikt nie czyta mojego blogaska. Jedyny sposób, żeby to zmienić to "za-pier-dalać na tre-ningach", co też aktualnie czynię.) (Jeszcze jedna ciekawa historia - Łobo został dzisiaj brązowym medalistą MP w przełajach w Krakowie. Termin listopadowy jest dość nietypowy i zdecydowanie uszczuplił stawkę, ale propsy i tak się należą. Ciekawe jest natomiast to, że zapewne w poniedziałek na stronie sportowego ok wykrzyknika przeczytamy o niewybałych sukcesach ich zawodnika, podczas gdy wcale nie jest on zawodnikiem ich, tylko wspominanego już przeze mnie LŁKS Prefabrykaty Betonowe Śniadowo.)

Wracając do meritum, ja postanowiłem zatem zrobić dzisiaj 5x20 pięter i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Z tego, co sprawdzałem, 10 pięter mocnym tempem zazwyczaj w życiu robiłem w około 40 sekund, czyli 20 powinienem w dwa razy tyle PLUS właśnie dzisiaj chciałem sprawdzić. Zacząłem sobie spokojnym wejściem w 2:25 na rozgrzeweczkę, potem trochę szybciej, ale też marszem w 2:11 i przystąpiłem do części zasadniczej. 
Wyszło 1:47, 1:56, 2:02, 2:01 i 1:57. Zajebałem się ajak bardzo mocno. To jest właśnie piękno treningu na schodach - robi się go ciut ponad pół godziny (bo i trzeba przez 2-3 minuty czekać na i zjeżdżać windą). Trochę się jednak zmarszczyłem tymi czasami, bo nie zachwycają. Ale może jak na kogoś nie za bardzo trenującego od czerwca do października i na dobrą sprawę wracającego po kontuzji to nie tak źle. Rekord trasy wynosi jak łatwo obliczyć 1:47 i zapraszam gorąco chętnych do jego bicia. Browarki chłodzą się zawsze.

Teraz odchodząc trochę od tematu stricte biegowego:

# moim oczom nareszcie dane było obejrzeć kilka fotek z osiemnasteczki przekozaków Szymsona i hotkrzysia17 sprzed tygodnia autorstwa znanej blogerki minerai96. Całkiem dobre fotografikerstwo.

# w kategorii "kinematografia" moim ulubieńcem jest natomiast film przedstawiający przepiękny motyw wspinaczki. Na trochę sypiący się komin mający 280m w Rumunii. O tutaj link. Poświęcone 6 minut wcale nie będzie stracone. Mnie rozpierdala samo oglądanie, a co dopiero rzeczywiście to zrobić. Albo lepiej: mnie rozpierdala samo stanie za barierką na balkonie na wysokości około 60 metrów. Przy okazji ciekawostka: z balkonu tego widać wszystkie budynki z listy najwyższych w Warszawie oprócz PKO BP przy Wólczyńskiej.

# w kategorii "ilość lajków" cały czas sromotnie przegrywam z Hewixem. Tym razem 12:79 w rywalizacji skrina zgłoszenia na WeRunDubai z zimowym widokiem z okna w Czarnej Górze.

# prosto z podwareckiego Anielina pozdrowienia śle DJ Kordix. Foteczki z tamtej osiemnasteczki Asi i Kozy odnalazłem przy okazji czekania na najnowsze wyżej wspomniane.

To by było na tyle, udaję się zatem na kolejne z serii spotkań na szczycie z najprężniejszym w internecie mapkarzem polskim, prywatnie znanym jako trener Karol.

piątek, 28 listopada 2014

Moje życie to harmonia rozumiesz

Po piątym "mocnym" (jak dla mnie) treningu w przeciągu ostatnich dziesięciu dni mogę śmiało zakomunikować, nawiązując tak dla odmiany do Podzia91, który napisał to 8 września - feels good to be back (w tłumaczeniu na polski - "czuje dobry do być plecy") - notabene która to piosenka wcale nie jest śpiewana przez Eminema, tylko przez jakiegoś podrzędnego Denace (do zdobycia tej wiedzy chyba jedyny raz w życiu przydały mi się komentki pod filmem - normalnie mam wyłączone i polecam gorąco takie rozwiązanie razem z zainstalowaniem adblocka (chyba, że kogoś interesują reklamy)). Nie wypada nie zauważyć, że wspomniany wyżej Rafał mimo pozornego powrotu wcale wtedy nie uporał się ze swoim stawem skokowym do końca, a robi to dopiero mniej więcej teraz. Zdróweczka i oczywiście dla młodych Mistrzów Polski w M21 wieczny szacunek.
Teraz postaram się opisać ostatni treningowy tydzień wzorem znanego blogera biegowego Suchego (run-passion.com). Raczej nie powinno to zostać moim zwyczajem, ale po prostu tak jaram się sensownym trenowaniem, że muszę. Poza tym kto oprócz kilku znajomków i rodziny to czyta :)
W poniedziałek regeneracyjna prawie godzina rozbieganka w Lesie Bemowskim, czyli w okolicach Łosiowych Błot. Zdecydowane rozczarowanie, bo ani łosia, ani tym bardziej bajkowej scenerii. Podobno fajniej jest na wiosnę, bo poziom wód gruntowych wystaje w wielu miejscach ok. 20cm ponad powierzchnię terenu. Oczywiście pogwałciłem teraz już niezamknięty, ale zawsze to jakaś satysfakcja, teren MP w sztafetach sprinterskich oraz podziwiałem drugie co do wielkości względnej (w sumie co do wysokości bezwzględnej wierzchołka też) wzniesienie w Warszawie, czyli wysypisko śmieci na Radiowie.
We wtorek tym bardziej regeneracyjnie odpuściłem bieganie, tym bardziej, że w końcu rano obudziłem się trzeźwy po weselichu.
We środę miałem niewybałą okazję wystartować w pierwszym etapie czwartej już edycji Warszawa Nocą. Może nie jest to najstarszy miejski cykl sprinterski w Polsce ani też najbardziej promujący się w mediach, ale na pewno mający największą frekwencję (i najwyższe wpisowe :) Zapowiadałem mocną walkę o top3 i dokładnie tak by było, gdybym nie zapierdolił minuty błędu na 9pk. Na opisach przeczytałem "wewnątrz", na mapie zobaczyłem punkt na płocie i fruuu. A tu okazuje się, że stał on wewnątrz, ale rogu pola...No cóż. Nie wypada nie odnotować, że mimo wszystko stał nie w tym miejscu, które wskazuje środek kółka, bo przy następnym chodniku. A bieg układał mi się przepięknie. Może trochę mało czytelnie, ale niech przemówi obrazek:
Liderowałem całemu wyścigowi na 4pk i jeszcze tuż przed podbiciem piąteczki, którą niestety sromotnie przebiegłem. Potem oczywiście zwycięzca wirtualnie minął mnie jak furmankę, ale gdzie mi tam do pięćdziesiątego zawodnika MŚJ na middlu. Po wspomnianym sporym błędasku na 9pk na pół minuty przegonił mnie Jan Rutka, potem ja go jebnąłem mocno na 12pk, potem mnie doganiał i zmieniając się na prowadzeniu dosłownie co punkt od 20pk dojechaliśmy na metę. Takie są właśnie problemy marnego zawodnika - że go przegania szesnastolatek. Przyzwoity bieg z wahnięciami, ale bez tego babola dałby mi historyczne, pierwsze w życiu miejsce w top3, a nawet w top2 na warszawskim sprincie, niestety skończyło się na top6...Jeśli utrzyma się tak słaby poziom, to na następnej edycji moje top3 murowane. Przebiegłem 6,0km, a średnie tempo wyszło 4'34, czyli jest mocno z czego schodzić. Fotek niestety nie pyknęli mi, więc wrzucam tylko mapkę. Z ciekawostek, to jednym z "płotowych" na wspomnianym już zbyt wiele razy płocie był sam Kamil Leśniak - ten koleszka od szlochania na filmiku. Co najśmieszniejsze, za pochwalenie się piątym miejscem (przed wręczeniem disqów) wśród zuchwałych zebrał tyle lajków co ja przez całe życie. No cóż.



W czwartek było "grubiej od grubych", bo zrobiłem trening z samym Jacem Morem (a także z oddziałem białoruskim ursynowsko-natolińskiego TSu, czyli Ilią i Violą). Słowo Agrykola kojarzy mi się (i powinno każdemu) z hordami biegaczy niedzielnych/mocno amatorskich truchtających sobie całą szerokością bieżni pod czujnymi oczami swoich osobistych trenerów mierzących ich niebywałe postępy.  /Full lepszy (szczególnie, że mam do niego 2km :) jest tartan na AWFie./  Ale nam udało się trafić jakieś niebywałe okienko, dzięki czemu pobiegałem tak szybko, jak poprzednio pod koniec czerwca. Sześć czterominutówek równiutko (ajak inaczej z Jacem) po 3'45. Sam bym tego pewnie nie skończył, a moje samozadowolenie znowu poszybowało w górę. Trening skończyliśmy (nie wiem czy słusznie, ale wygrałem ten wyścig) wbiegiem na 10 piętro bloku przy ulicy Fabrycznej, a rozpoczęliśmy obserwacją protestu pod siedzibą PKW. I teraz ciekawostka:

Bronisław Komorowski zaniepokojony opóźnieniem podania wyniku wyborów


ale oczywiście nie naszych samorządowych (bo przecież nie było żadnej jednej nieprawidłowości, wszystko gładziutko), tylko ukraińskich sprzed dwóch lat. Jakie to wszystko przewrotne i życiowe, raz się kogoś za coś krytykuje, a potem przykrywa takie same problemy u siebie. Kto głosuje na gajowego i kolegów jego, ten... - dopowiedzcie sobie jakąś śmieszną rymowankę sami, ja na szczęście owego lipca roku 2010 będąc nietrzeźwym w Gdyni napisałem jakieś głupotki na karcie. (a wcześniej w czerwcu w Helsinkach po najlepszej Jukoli w życiu prawilnie postawiłem krzyżyk koło Janusza Korwin-Mikkego)
W piątek w imię przeprowadzenia max pięciu treningów w tygodniu odpuściłem bieganko, natomiast dostałem propozycję bardzo ciekawego spędzenia sobotniego przedpołudnia.
W sobotę z samego rana razem z Igorem Majewskim (nie prowadzącym blogaska, więc i nie mam do czego zalinkować) wsiedliśmy w pociąg w kierunku Ciechanowa, gdzie prawie czekał już sam Szmulo Szmulko. Taki typ treningu - mapa przygotowana ponoć w 15 minut - propsuję najbardziej. Miniaturka trochę kaprawa się wygenerowała, ale po kliknięciu w link poezja. Przy okazji długiego rozbieganka Idżi opowiadał sporo o niedawnym pobycie w środkowej Szwecji razem z ziomkami z jego nowego(?) (na pewno nowego dla innego Spójniowicza - Fryderyka) klubu. PODOBNO cel Jespera Lysella na ten sezon to "fuck as many girls as I can" - dobry, nie? Nawiązując do szwedzkiego klimatu, nazwałem ten trening "langpasset". Jakież było moje zaskoczenie, gdy następnego dnia to samo napisał sam Gustav Bergman. Jakby ktoś pytał o porównanie Mazowsza i okolic Sztokholmu pod względem terenu do biegania na orientację - to jest własnie odpowiedź. No cóż. Trochę smutna, ale za to oni tam mają półroczną noc aktualnie.


Wieczorem jako jedyny reprezentant Mazowsza miałem okazję uczestniczyć w osiemnasteczce Szympoła i hotkrzysia17 w podłódzkim Tuszynie. Od PKP ŻyWidzew jedzie się tam spory kawał drogi, podczas której można podziwiać naprawdę srogi wiejski krajobraz. Ponownie mało kto opublikował swoje fotki, ale na jednej się odnalazłem. Co prawda mocno w tle, ale jest też Idżi, z tym że ta wrocławska.
W niedzielę po przespaniu cudownych dwóch godzin o 5:40 obudzili mnie zawijający się na chatę osiemnastkowicze. O 7:40 siedziałem już w pociągu powrotnym, który 120km pokonał w zawrotne 2,5 godziny. Jak ktoś lubi i zamierza dużo jeździć do Łodzi (ja niestety nie), to pociągiem najlepiej! Następnie załadowałem się w doskonale znany autobus do domu, którym jednak ostatnio przestałem jeździć raczej na dobre, aby o 12 stanąć na starcie IV Biegu Otwockiego na dystansie tym razem 9800m (co związane jest z 98 rocznicą nadania praw miejskich - dla przypomnienia, Karczew w tym roku obchodził takową rocznicę numer 466). Chociaż to czwarta edycja biegu startującego 3km od mojego domu rodzinnego, startowałem po raz pierwszy. Udział planowałem już od bardzo dawna, a informacja o imprezie w sobotni wieczór niby przekreśliła moje plany, ale tak naprawdę uczyniła je bardzo wymagającymi. I teraz najważniejsze zdanie tej notki - samo dotarcie z Tuszyna do Otwocka w niedzielny poranek uważam za olbrzymi sukces. Najebany, samotny, trzeźwiejący, dałem radę! Po strzale startera czołówka oczywiście rozpoczęła swoje 3'00/km, ja rozpocząłem po 3'40 i co ciekawe było to dużo wolniej od czołówki kobiet, która to osiągnęła właśnie owe 3'40 na mecie. Oczywiście po kilometrze ustabilizowałem się raczej na poziomie 3'58 i tak z pulsującym dookoła światem i Michałem Wołowczykiem (Wołowym) u boku przemierzałem bardzo znajomy las. Ciekawe uczucie uczestniczyć w biegu, po którego trasy okolicach biegałem setki razy. W okolicach 6-7km niestety nie dałem rady trzymać dłużej tak zabójczego tempa, więc już sam z pulsującym światem dobrnąłem do mety ze średnią 4'01, a więc w czasie 39:21. Czyli dokładnie 11 sekund wolniej niż zakładałem w wersji optymistycznej. Z drugiej strony czyli dokładnie 8 minut i 54 sekundy wolniej od zwycięzcy. Skończyłem na miejscu nr 20, (czyli między Michałem Wołowczykiem, a Wojciechem Mossakowskim - czyli między rocznikiem 97 i 98, co doskonale oddaje mój poziom w poprzednią niedzielę, aktualnie jest już na równi z 97 :) a ten bieg zdecydowanie wchodzi do mojego kalendarza na przyszły rok. Tuż obok Limanowa Cup i Łemkowyna Ultra Trail! Na mecie, jako że jest to czas wyborów, mogliśmy posłuchać peanów na cześć obecnego prezydenta (to też ciekawostka, bo wg obowiązującego prawa szef miasta może tytułować się jako prezydent w przypadku zamieszkiwania w mieście tym ponad 100 000 osób, a w Otwocku jest lekko ponad 40 000 - coś tam ktoś kiedyś zachachmęcił) i zapowiedzi ile to kilometrów chodników i ekranów akustycznych powstanie w latach następnych. Taki klimat sosnowy.
Na koniec oczywiście tytułowe granie, polecam zestawić sobie z piosenką Rycha sprzed 17 (czyli prawie tylu, ile ma większość czytelników!) lat. Oczywiście lepiej oglądać na stronie jutuba, bo lepsza jakość i można prędkość zmienić np. na 1,5.



wtorek, 18 listopada 2014

Śpiewamy piosenki o drodze i pracy

W obecnej formie emocjonalnej (niewybale wysokiej) powinienem tworzyć około 7 średniej długości noteczek miesięcznie. Tak prawie było w październiku, a aktualnie mamy 3/5 listopada i wpada post nr 2. Dlaczegóż? Bo ciągle mam około tysiąc ciekawszych spraw do zrobienia lub zapoznania się niż napisanie dla kilkudziesięciu wiernych czytelników. (chociaż w tym miejscu nie wypada nie pozdrowić tych niepotrzebujących do tego facebuka :)  /potrójne zaprzeczenie nie do końca łatwo zrozumiałe.../
Zacznę może od tego, czego teraz nie będzie, ale może nadejdzie w niedalekiej przyszłości - czyli relacje z łemkowyny i gezna. Oczywiście z gezna 2011, gezna 2012 i gezna 2013 też.
Pomijając w opowieści ze wszechmiar zajebiste GEZnO, to dochodziłem po nim do siebie przez ładnych kilka dni, z których najważniejszy był wtorek, czyli 11.11. Miałem niebywałą okazję oglądać zawody biegowe jako nie zawodnik czy organizator, a zwykły kibic. Warszawski Bieg Niepodległości wyszedł bardzo fajnie, wygrał ten, kto miał, tuż za podium uplasował się lansowany przez stronę sportowego wykrzynika na niewiadomo jakiego ok!sportowca, a biegający przecież dla klubu "Sport Flex" albo "Prefbet Śniadowo Łomża" (prefbet to skrótowiec od "prefabrykaty betonowe" oczywiście) Łobo. Jak nie wierzycie, to znajdźcie sobie sami jakiekolwiek wyniki. Tuż przed zakończeniem ominęła mnie pewnie jedyna w życiu szansa pyknięcia sobie fotki z Heniem Szostem, bo nie chciałem mu przerywać rozmowy, a potem sobie poszedł. Ale tuż przed startem pyknąłem taki oto "pejzaż", na którym w sumie nic nie widać  /może oprócz Babka Tower, który widać też (tak jak zresztą każdy warszawski chmurodrap) ode mnie z okna/, ale jakieś znaczenie wspomnieniowe dla mnie ma.
Następnym w kolejności punktem tamtego pięknego dnia był Marsz Niepodległości, który po raz już piąty doszedł do celu. Mi udało się to po raz pierwszy, chociaż w 2010 roku uczestniczyłem w jego początku (a potem przez 3 lata w jego terminie byłem na geznie albo w drodze). Jak wyglądał? Czy było "bezpiecznie"? zapyta chyba każdy. Mam filmową odpowiedź - mniej więcej dokładnie tak jak przedstawiono na lokalnie.tv. Jak ktoś myślał, że tak, jak przedstawiano w "mass mediach" to niech się jebnie w głowę i za rok pomaszeruje osobiście. Też pyknąłem średniej jakości zdjęcie. Po prostu masa młodych ludzi nie do końca zadowolonych z "25 lat wolności".
W minioną sobotę miałem niebywałą okazję uczestniczyć po raz pierwszy w dorosłym życie w weselu. I to nie byle jakim i nie byle kogo! Cudowny Beskid Wyspowy (chociaż może Pogórze Rożnowskie? w każdym razie Karpaty Zewnętrzne :) i położone w nim Wielogłowy, znane wtajemniczonym jako Multiheads, były lokacją pierwszego orientacyjnego ślubu naszego pokolenia. Młodej Parzinie Sławomirowi i Paulinie sto jeden lat! Znowu średniej jakości fotka, tym razem sprzed kościoła.
Obserwując innych niektórych weselników robiących sobie łądne foteczki, nie mogłem powstrzymać się od zrobienia własnych. Akurat nawinął się Prezik, więc blogasek po 3,5 roku działalności, jest już prawdziwym blogaskiem, ze "słitfoteczkami".
                                                   





Rano na jeszcze dość mocnej "bombie" udało się naszej 4-osobowej warszawskiej biegowej ekipie (z samochodu geznowego) uskutecznić wyprawę na najwyższy okoliczny szczyt, który okazał się Dąbrowską Górą i gdzie dokładnie nad punktem geodezyjnym określającym wysokość 581,2 jebnęliśmy sobie niestety tylko we dwóch (bo oddział białoruski się chwilowo zagubił) z Jacem Morem zdjęcie roku z widokiem na Jezioro Rożnowskie. Mogę śmiało zaryzykować twierdzenie, że właśnie w taki sposób rozpocząłem sezon treningowy 2015!

Zakończenie notki powyższą fotką byłoby cudowne, ale chciałbym jeszcze dodać parę rzeczy.
Po 1. nie wiem, czy ktoś zauważył, ale użyłem tylko jednego linkowania - do filmu, którego nie da się załączyć do postu. Za to zastosowałem około miliona cudzysłowów - taka koncepcja.
Po 2. moje najbliższe plany to pierwszy etap Warszawa Nocą w terenie widocznym (a jakże!) ode mnie z mieszkania, a oddalonym o całe 2,5km. I to na mapie ałtorstwa trenera Karola! I z list zgłoszonych wynika, że nie będzie kilku zwyczajowych mocnych grajków! Tylko co z moim uprzedzeniem do klepania po asfalcie...Następnie, czyli w sobotę plan zakłada uczestnictwo w osiemnasteczce w mieście Łodzi czy tam okolicach, więc niby najebkę, ale przecież jestem już w trakcie mezocyklu przygotowawczego!
Po 3. chciałem już skończyć z wrzucaniem filmików z muzyką na blogaska, bo chyba nikogo to nie przekonuje, ale z drugiej strony mało jest twórczości polskich artystów, która zasługuje na udostępnianie bardziej niż ta Jacka Kaczmarskiego. Bo wbrew pozorom nie był to tylko grajek od "Murów" czy "Naszej Klasy", ale opór płodny (też wespół z kolegami) pan.

PS: krajobraz blogera tradycyjny

czwartek, 6 listopada 2014

Im bardziej jesteś sobą, tym dziwniej cię odbierają

Ci, co mnie w miarę znają wiedzą doskonale, że ostatni rok z malutkim okładem mówiąc eufemistycznie nie był w moim wykonaniu najlepszy. A ekstremalny dół (obliczany oczywiście z pochodnej funkcji) osiągnąłem w okolicach środka sierpnia, mniej więcej na WUOCu. Jeszcze złożyło się tak, że były to jedne z chujowszych zawodów jakie miałem okazję w życiu odwiedzić, a z zagranicznych to na pewno najchujowsze. Niby wszystko ok, ale atmosfery zupełnie nie było czuć + pogoda listopadowa w wakacje + łódzki klub przedszkolaka, a nie biegu na orientację + znany z Grand Prix Silesia pierdolony czeski wirus po wszystkim. Było ciężko. Po prawie 24 godzinnym powrocie i wyzdrowieniu ze sraki przemyślałem kilka rzeczy na bardzo poważnie i podjąłem m. in. decyzję o zaniechaniu jakiegokolwiek biegania przez miesiąc. (Co prawda troszkę truchtałem stawiając punkty podczas Lower Silesia Wildwood Cup, ale o tym mam nadzieję już niedługo w zapowiadanej gorąco notce "Okiem Orga".) Raczej chciałem ominąć MP w klasyku i sztafetach /ale tym razem szczęśliwie złożyło się tak, że jako wnikliwy obserwator i słuchacz uczestniczyłem w sztafetach mniej więcej od 45% ich trwania/ i na serio pojawić się dopiero na nocnych MP. W sumie to się udało i od tamtego czasu co tydzień zaliczam jakieś zajebiste starty, odnosząc nawet /co dość niewybałe/ sukcesy.  
Niestety, gdy 18 października roku bieżącego w okolicach Młodzieszyna okołosochaczewskiego po raz jedyny w życiu udało mi się wspiąć na podium biegając w barwach łódzkiego Orientusia - akurat nikt nie pyknął fotki. A gdybym miał wybrać jedną jedyną z tego roku, to byłaby właśnie ona. Jakby to powiedział nie propsowany jeszcze przeze mnie, a zdecydowanie na to zasługujący Dominik Pańka

"no cóż..."      /polecam poszukać jakiegoś wywiadu z tym grajkiem, bo mówi to naprawdę mistrzowsko/

W każdym razie w tym tygodniu pod względem zadowolenia z siebie zdecydowanie osiągnąłem poziom niepamiętany od roku z okładem, czyli mniej więcej od pobytu w pięknym /bo w lato niezanieczyszczonym pyłem wunglowym/ Krakowie u państwa (już niedługo!) Cyglerów. Chociaż pani - wtedy jeszcze - Faron w sumie nie było na miejscu. W każdym razie udało mi się po raz trzeci w życiu wyprowadzić z domu, ale po raz pierwszy nie do akademika! Dokąd? Dobry internetowicz znajdzie w mig, gorszy niech napisze na priv :)
W każdym razie ramiona mam szeroko otwarte, a że miałem niebywałe okazje korzystać z niejednej gościny ostatnio, to wypadałoby się odwdzięczać. Jak nie na rzemieślnicze /bo chyba nie lagery/ browarki, to na trening - dobrych mapek w promieniu 10km albo przejażdżki metrem jest tyle, co na potrzeby minionych czerwcowych MP zestawił niezawodny Jaco Moro + Lasek Bielański + nadjeżdżają kolejne wykonane na zamówienie ursynowsko-natolińskiego TSu. Plus oczywiście najlepsze na świecie Łosiowe Błota, na których jeszcze nigdy nie byłem, ale taki stan rzeczy zdecydowanie nie utrzyma się długo. Wnikliwy obserwator na pewno zlokalizuje obszar MP w sztafetach sprinterskich, a ja mam nadzieję, że po raz drugi w życiu zobaczę tamże łosia.
W miniony wikend miałem niebywałą przyjemność pierwszy raz w życiu być na zawodach "Baltic Junior Cup". Co prawda dokładnie jak w przypadku JWOCa - nigdy jako uczestnik. Przez dwa dni wyspałem się równo osiem godzin i dlatego piszę notkę teraz, a nie w poniedziałek, ale było zdecydowanie warto! Zupełnie tego nie widać na fotce, ale o 8:30 w niedzielę po rozstawieniu punkcików ten widok był bardzo ładny.
Natomiast orłowski klif to w moim odczuciu miejsce w top10 najładniejszych w Polsce i nie mogłem odmówić sobie jebnięcia z nim fotki przed powrotem na niziny /zupełnie jak niegdyś ze wszystkim dookoła fotki cykał trener Karol/.
Co dalej? Na pewno zgodnie z facebukowym konkursikiem maksymalnie do soboty załaduję wspominki z okolic Chyrowej i Komańczy, co by liczba czytelników (pozdrawiam wszystkich) była ciut większa. A także również w sobotę, ale przy okazji też w niedzielę zamierzam po raz trzeci w życiu uporywać się z męską trasą na geznie. Co prawda chciałem tego uniknąć w dużo normalniejszym kilometrowo MIXie, ale po raz 3 na 4 dotychczasowe przygody wykruszyła mi się pierwotna para. No cóż...
tymczasem krajobraz blogera niby taki sam, ale teraz trochę inne tło

Na zakończenie blogaskowania, oprócz tradycyjnej piosenki z tytułu, tym razem jeszcze bardziej tradycyjny cytat. Tym razem z Przemysława Wiplera. Rok temu była taka nie wiem czy mocno nagłośniona sprawa, a kto mu nie wierzył, ten niech sobie poogląda sam. Ja /o czym wiedziała liczba osób policzalna na palcach jednej ręki/ też miałem kiedyś niebywałą okazję do podobnego spotkania i rozumiałem sprawę od samego początku. 

Kłamstwo jest sprinterem, prawda jest długodystansowcem.

Więc jeśli ktoś z was uwierzy jakiemukolwiek rzecznikowi aktualnej policji w - naprawdę - nieważne jakiej sprawie, ten jest pierdolnięty.

piątek, 31 października 2014

Połemko

Przez cały tydzień nosiłem się z zamiarem napisania czegoś o tym niecodziennym dla mnie biegowym przeżyciu z ubiegłej soboty, ale jakoś nie wychodziło. Na pewno statystyki odwiedzin nie pomagały, bo aż wstyd się przyznać, że w niektórych dniach większe (czyli rzędu kilkanaście...) były na starym adresie blogaska, który teraz na nowy przekierowuje. 
W każdym razie przygoda przednia, prawie udało mi się wejść do top3 oraz przeczytałem przez wikend "biografię" Grzegorza Szamotulskiego autorstwa Krzysztofa Stanowskiego. A kto to taki - spyta ktoś nie z Warszawy. Jeden z moich pierwszych "idoli", bramkarz Legii w czasie, gdy zacząłem interesować się piłką na trawie. Nie ma lepszego od Grześka Szamotulskiego, wiadomo. Najlepszy cytat załaduję na końcu notki.
Co ciekawe i dość denerwujące, w okresie tuż po wspomnianej Łemkowyna Ultra Trail wiele razy słyszałem słowo "zakwasy". Niebywałe, że ktoś chcący być świadomym sportowcem myli DOMS z obecnością kwasu mlekowego. Na bieganie.pl pisali o tym już siedem lat temu. TUTEJ. Najbardziej niebywałe, że zmienić czyjeś zdanie na ten oczywisty temat to jak tłumaczyć komuś, kto całe życie wypływał w morze tylko po modłach do Posejdona albo twardo twierdzi, że zawdzięcza swoje życie modlitwie. Wiara a fakty to dwie różne sprawy i gdy ktoś w swojej wierze w głupoty zabrnie za daleko to niestety problem.
Aktualnie po raz pierwszy w życiu mam okazję pisać notkę z pociągu, a konkretnie EIC 1503 KASZUB. W normalnych okolicznościach byłbym już w całkiem ładnej Gdyni, ale dzisiaj PKP trochę odpierdala manianę i mając jedyne 150 minut spóźnienia odjeżdżam z Bydgoszczy. Bydgoszczy znanej nie tylko z rozgrywania finałowych meczów Pucharu Polski, ale też z najlepszego rapera w Polsce. Nowa płyta Bisza już w sklepach, u mnie hula aż miło.

Indywidualnej treści biegowej nie zawarłem tym razem prawie żadnej, ale może 3 fotki wystarczą.
technika zbiegu prawie ok
błota prawie nie było

Miri props (w sumie wieczny, ale tym razem konkretnie-) za sposób trzymania chipa, najlepszy możliwy


Legia świętowała awans do Ligi Mistrzów, albo zdobycie mistrzostwa Polski. Nieważne. Piją wszyscy poza Piotrkiem Mosórem, który był wyraźnie wkurwiony, że od jakiegoś czasu nie podnosi dupska z ławki rezerwowych. Przychodzi Paweł Janas i pyta:
- "Moskit", a Ty nie pijesz?
- Nie piję - odpowiedział Mosór, sądząc, że zaimponuje trenerowi swoim profesjonalizmem.
- Nie? To wypierdalaj.

sobota, 25 października 2014

Łemko Trail - ready2go

Co prawda /chociaż już zdarzało mi się biegać na raz ponad 42km - na geznie trzy lata temu oraz na "rajdzie, ale nie wrc" dwa tygodnie temu/ mój debiut w prawdziwym górskim biegu ultra odbędzie się zapewne w roku 2015, ale już dzisiaj, za 2,5godziny będę miał niebywałą okazję wystartować na dystansie 29km w zawodach towarzyszących Łemkowynie Ultra Trail, czyli Łemko Trail. Jestem tak podniecony, że aż piszę notkę po śniadaniu. Profil przedstawia się następująco:
Czyli w porównaniu z np. trasą 70km, w której startuje reszta mojej ekipy na te zawody, dość blado, ale zdecydowanie jeszcze nie jestem gotowy  na więcej niż 8 godzin zawodów, co z pewnością by nastąpiło w wypadku tegoż biegu.


Wczoraj we wzorowy sposób przeprowadziłem wieczór przedstartowy - dwa browarki i czytanie ile wlezie internetów na temat owych biegów ultra. Obejrzałem też w końcu /bo rok temu w momencie, gdy główny aktor zaczął szlochać nie dałem rady/ filmik Kamila Leśniaka z zeszłorocznego Biegu 7 Dolin. TUTEJ LINK DO NIEGO. Nazwa tego filmiku nie jest znana, ale gdyby była, to mówiłbym o nim
"właśnie_ta_nazwa A.K.A.(ejkejej) kuurwa 3 minuty...dosyć długo...kurwa...cmok!"
które to sakramentalne wyrażenie rozpoczyna się w 10 minucie i 30 sekundzie.
Każdy szanujący się grajek wrzuca na swe blogaski różne loga sponsorów itd. albo też przed zawodami fotkę różnych suwenirów biegacza, wiecie o co chodzi mam nadzieję. Mogę więc śmiało zakomunikować, że ja biegam w teamie ursynowsko-natolińskiego (nie ogarniam tego nazewnictwa do końca) Sklepu Piwonia, a zapasy na wikend są następujące:



niedziela, 19 października 2014

5.07

Albo innymi słowy pięć minut i siedem sekund oddzieliło mnie dzisiaj od zwycięstwa w sprinterskim etapie UNTS Kapu. Czy to dużo czy nie, oceńcie drodzy czytelnikowie sami. Jako ułatwienie rozumowania dodam, że zwycięzca określil swoją dyspozycję jako gorzej niż słabo, a oprócz niego przede mną wpasowało się jeszcze dziewięciu innych grajków. Czy to dowodzi niższości sprintu jako dyscypliny orientacji sportowej też oceńcie sobie sami, a jako ułatwienie rozumowania dodam, że gdyby kazać nam wystartować w biegu ulicznym zamiast takim z mapą, to kolejność na mecie wcale nie byłaby inna. Mapy wrzucę, jeśli tylko wrzuci je i poda linki organizator, zresztą kogo one na tym blogasku interesują :) (a trener Karol pokonany pierwszy raz od niepamiętnych czasów!)
Uprzedzając podniecenie, jakie wybuchnie jutro na stronie ok wykrzyknika warszawskiego-najbardziej prężnego w internecie klubu polskiego za sprawą wczorajszego "Biegu na Kasprowy", przypominam kilka ciekawostek:
1. W sierpniu zeszłego roku z wcześniej wymienionym trenerem nagraliśmy piękny filmik z pozdrówkami, na którym nie bardzo co słychać wyraźnie, a tym bardziej widać. Był on zresztą odpowiedzią na filmik Podzia91.
2. W filmiku tym pozujemy na nie wiadomo jakich zdobywców gór, chwaląc się czasami wejścia na Rysy z Morskiego Oka: ja 1:42, a Karoleo 1:18.
3. W sierpniu tego roku nieoficjalny rekord takiego wejścia zapierdolił Marcin Świerc łamiąc godzinę, a jednocześnie rozpoczynając przygodę w Palenicy Białczańskiej. Jego łączny czas to 1:35, a gdyby porównać nas, to Karol dostałby ze 20kilka minut, a ja z 50.
4. W filmiku z punktu pierwszego chwalę się również wbiegnięciem na Kasprowy od ronda w 1:17 (link do endobrondo). A Patrząc po fotkach, to warunki pogodowe tamże czternaście miesięcy temu były podobne do tych panujących wczoraj, może nawet ciut gorsze. A zatem na luźnej kiści obstawiłbym miejsce w top200.
Na zakończenie wyczekiwana z pewnością piosenka od Ensiferum oraz raczej niewyczekiwana foteczka znad północnego brzegu Kanału Angielskiego.


sobota, 18 października 2014

Patrzę wciąż i oczom nie wierzę

Jeszcze nigdy w życiu nie zdarzyło mi się mieć nadajnik gps i przewodzić stawce (i to nie byle jakiej - "prawie pełna mazowiecka obsada" napisałby trener Karol). A to wszystko po wstawaniu o 6:55, żeby w stylu lat osiemdziesiątych dotrzeć na zawody siłą własnych mięśni i koleją żelazną.
Teraz nareszcie rozumiem Podzia91, który całe sobotnie popołudnie 26 lipca emocjonował się niebywale gpsami z bieganego rano "Kraków City Raca", podczas gdy ja dogorywałem obok z niesprawną lewą kostką. Trzeba coś sobą prezentować, żeby mieć co analizować. Pełny dzisiejszy traking tutaj.
Jutro natomiast już w "pełnej mazowieckiej obsadzie" bieganie po wschodniej stronie Nowego Światu, czyli w potencjalnie najciekawszym pod względem sprinterskiej orientacji terenie w Warszawie. Tym razem jadę autobusem, więc potencjalnie pobiegnę mocniej. A próba zdobycia szerszego audytorium za pomocą poprzedniej dość nietypowej notki spaliła jak widać po wykresie odwiedzin na panewce.

piątek, 17 października 2014

Boso, ale w ostrogach

Dwa pościki tygodniowo? Nowa jakość razem z początkiem nowego (dla mnie już szóstego i na pewno nie ostatniego :) roku akademickiego! Na wstępie niewrzucona ostatnio fotka moich pleców oraz szefa znanego portalu biegnaorientacje.pl tuż przed startem w Mistrzostwach Polski BnO w sztafetach sprinterskich autorstwa samego wicemistrza Polski w sprincie. Prowokacyjny Mistrz Polski.

W ostatnią sobotę miałem niebywałą przyjemność biegać w pierwszej, historycznej, edycji Mazowieckich Mini Tropów, czyli tzw. "rajdzie" (ale nie WRC, tylko na orientację). Okazało się, że również po raz pierwszy, ale w swoim życiu ukończyłem zawody w podobnym stylu nie nazywające się GEZnO. Jak każda historia, i ta ma swoje tło, którego znajomość jest niezbędna do zrozumienia historii owej, więc pokrótce postaram się je zarysować.
Już w czerwcu w związku z brakiem chęci spędzania kolejnych jasnych nocy na Jukoli, nosiłem się z zamiarem udziału w "Mazurskich Tropach" tego samego organizatora, ale nic z tego nie wyszło. Niemniej obejrzałem mapki, poczytałem jakieś blogaski itd. i uznałem imprezy spod tego znaku za całkiem ok. W przeciwieństwie do np. takiej Izerskiej Wielkiej Wyrypy, którą próbowałem przebiec w 2013 roku, ale godzina czesania pokrzyw na mapie PLANu, która z dokładnością w tamtej okolicy nie miała nic wspólnego mnie z tego zamierzenia wyleczyła. Zresztą miałem raczej o tym nie wspominać. A więc gdy zobaczyłem MMT w drugi wikend października w niezawodnym kalendarzu na orienteering.waw.pl, długo się nie wahałem, bo sam bym tak długiego rozbieganka przed geznem nie zrobił. 
W dniach 10-12.10 postanowiono jednak odbyć również Warszawski Festiwal Piwa, którego za nic nie mogłem (jako prawilny "craft beer drinker") odpuścić. Sprawa wygląda tak, że jak parę razy spróbuje się piwa innego niż eurolager, to powrotu nie ma. A więc gdy obudziłem się po piątkowym degustowaniu, to oprócz całkiem niezłego samopoczucia wiedziałem jedno - po całym piątku chodzenia z plecakiem na plecach, nie mogę założyć camelbaka. Dlaczego? Bo od tego obciążenia jak zawsze czuję spory ból i opuchliznę pod prawym kolanem. Przebiegnięcie 40km z 1,5kg na plecach nic by chyba tutaj nie pomogło. Stanąłem więc przed nieco dramatycznym wyborem: ukończenie trasy z perspektywą braku napitku czy posiadanie napitku z perspektywą nieukończenia? Wybrałem (chyba mądrze, ale z drugiej strony głupio, bo się straszliwie wymęczyłem) opcję pierwszą.
Oporowo mglisty poranek, w przeciwieństwie do raczej sprawdzających się prognoz nie zapowiadał ciepłego dnia, więc wyruszyłem swoim rowerkiem w kierunku oddalonego o trochę ponad 20km centrum zawodów (którym były niewspomniane dotąd Zimne Doły(/Cold Pits/Kalla Groppar - jak zwał, tak zwał - znane z bycia najbardziej chujowym terenem do biegu na orientację w okolicach Warszawy i cudownych zawodów zorganizowanych przez ursynowsko-natoliński TS niedowodzony jeszcze przez Jaca Mora w 2009 roku. Zresztą co robić z tamtejszą mapą pokazał sam Podzio91.) pełen werwy. Mój zapał trochę osłabł, gdy dotarłem do przeprawy Karczew-Gassy, a widoczność nie przekraczała 20 metrów... Podróż przez rzekę stanęła pod sporym znakiem zapytania w obliczu niekursującego promu. Na szczęście nie byłem sam w tej niedoli i jakiś koleżka jadący prawie w to samo miejsce mnie podrzucił. Przygoda dopiero się rozpoczynała.
Na starcie widziałem raczej "turystów", a nie biegaczy. Mapy (COMPASS 1:50000 bez usunięcia nazw itd.) rozdano na 3 minuty przed - podjąłem (niby bez znaczenia, ale okazało się, że źle, bo reszta kategorii pobiegła na południe) decyzję, że najpierw na północ. Na 10 sekund przed uznałem, że jednak rozpocę tę mapę, więc przyda się folia i poszli!
PK 5 Początek - wiadomo, tempo prawie 4'00, bo wcale nie mamy w perspektywie kilkudziesięciu kilometrów, próbowałem spokojnie. Wszystko ok.
Czas - 4:10, dystans - 0,8km, tempo przebiegnięte - 5'20/km
PK 19 Następnie planowałem przebiec groblą, ale okazała się zbyt zarośnięta, więc wybiegłem na drogę wzdłuż stawu gdzieś 200m za czołówką, która jednak na torach skręciła w prawo. Co najmniej dziwne, skoro i tak mieli mój punkt do podbicia. Przede mną został jeden grajek w zielonej koszulce, który jednak dzielnie pogonił wzdłuż torów dobre dwa razy za daleko. "Techników to tu nie ma :)" pomyślałem i wpadłem prosto na cmentarz, na którego NW rogu (dokładny opis) miał stać pk. Niestety, stał na zachodnim, ale południowo. Tylko po co tak wyszczególniać, skoro się źle stawia. Błędy poniżej minuty w tej zabawie to żadne błędy.
11:20 - 1,8 - 6'10
PK 16 Następnie szybka decyzja - na krechę przez nie wiadomo co i samą krwiożerczą w 2010 roku Jeziorkę czy dookoła na pewniaka? Opcja nr 2 bez historii, zostałem zupełnie sam.
10:00 - 1,8 - 5'30
PK 3 Dalej przebiegłem na początku "drogę", której wcale nie widziałem? Punkt opisany przed rozdaniem map jako zawieszony przy betonowym kręgu, szukałem najpierw trochę za wcześnie, ale potem ok.
10:30 - 1,8 - 6'00
PK 2 Mój największy błąd na całej trasie. Na wejściu nie zauważam dobrej przecinki, tylko wjeżdżam następną i tam próbuję dopasować sobie wycinkę, nie wiem gdzie jestem, wracam i trafiam. 8 minut błędu.
23:20 - 3,8 - 6'10
PK 4 Najkrótszy przebieg, który postanawiam urozmaicić o powrót do centrum w celu wzięcia telefonu z muzyką i małego bufetu. Obliczyłem powrót na 11 minut, okazał się o 2 dłuższy. Uchylając rąbka tajemnicy, finalnie przegrałem trzecie miejsce o 9:30, ale ciężko dywagować, czy dalej biegłbym tak długo bez tego bufetu. Na pewno miałbym 2km w nogach mniej. Wejście na punkt to już kwintesencja tego lasu, czyli jeżyny do oporu. Ale bez problemu, bo i rów ogromny. Podbijam razem z kolegą, który mocno przebiegł pk 19.
20:00 - 2,7 - 7'20
PK 7 Najpierw malutkie zawahanie na ścieżce przerywanej, która była wielkości tej małej, ale nie na darmo targam ze sobą kompas. Potem bez problemu na pk, w międzyczasie dzwonię do Jaca Mora i klaruję mu sytuację, że chyba to wygram :D
9:20 - 1,4 - 6'50
PK 17 Zgubiłem kolegę w zielonej koszulce, po kwadratach ścieżek do celu. Na punkcie pozdrowienia z kilkoma osobami z krótszej trasy.
12:20 - 2,0 - 6:10
PK 8 Wejście trochę za wcześnie - w miejscu, gdzie ślad jest czerwony. A pk stał przy samej ścieżce. 
7:20 - 1,2 - 6'00
PK 14 Kawałek na kierunek przez las bez jeżyn. Punkt na szczycie góry nie może być problemowy.
10:10 - 1,1 - 7'00
PK 9 Odbieg do ścieżki, która miała trochę inny przebieg niż na mapie, dalej za kilkuosobową ekipą też chyba z krótszej trasy, którą wyprzedzam przed punktem. Wydaje mi się, że stoi za bardzo na północ, ale mniejsze rowy nie są zaznaczone na mapie. Z perspektywy internetowych relacji chyba jedyny przebieg, który był łatwiejszy przy moim wariancie. Trudniejsze zaraz nadejdą.
13:40 - 1,4 - 6'40
PK 13 Niby po granicy pola, ale w początkowej fazie (czerwony kolor) działo się sporo w lesie. Potem zatrzymanie przy jeziorze, gdzie stał punkt z trasy rowerowej. Ale o niejednym takim przesunięciu na podobnych zawodach słyszałem. Na nabiegu widzę (jak słusznie podejrzewam) kilkuosobową czołówkę biegnącą od drugiej strony. Skaczą przez rów z wodą i twardo napierają, ja mam na liczniku 23km, w tym ze 3 darmowe więc chyba mocniej napierają. Tylko, że ja jestem sam.
13:20 - 1,9 - 7:00
PK 11 Zaczynają się schody. Chciałem sobie obiec od prawej (warianty omawiam (omawia się) patrząc od strony przebiegu), ale po pewnych bagnistych perypetiach trafiłem na jakąś ścieżkę, której nie ma na mapie i wróciłem do rowu, wzdłuż którego już prosto na pk. Bo okolice rowu dobrze wykoszone i nic nie przeszkadza w przemieszczaniu się. Ciekawe, co? Mam za małe doświadczenie w takiej zabawie, żeby jednoznacznie powiedzieć, jaki wariant był najlepszy.
21:20 - 2,2 - 9:30
PK 6 Początek w miarę ok założonym wariantem, ale potem ścieżka się urwała i ten czerwony kawałek między drzewkami na mapie pokonałem przez oporowe pokrzywy i jeżyny. Bez długich skarpetek, czyli tragedia. Wypadłem na dużą drogę ucieszony, że tera tylko wjazd ściechą. W momencie, gdy ślad robi się czerwony ścieżka przekształciła się w rów z pokrzywami. Niezbyt mnie to zadowoliło, ale jakoś dotrwałem do grubego rowu, który opuściłem przy pk, a który dalej okazał się być wykoszony. Że prędkość przesuwania się wzdłuż rowu (który jest ścieżką) będzie większa niż wzdłuż ścieżki (która jest rowem) to nie podejrzewałem...Jeszcze poszukałem optymalnego przejścia po zwalonym drzewie i już już podbijałem.
20:40 - 2,1 - 9:50
PK 18 Dalej niby po ścieżce, która po chwili zanikła, a potem wprowadziła na skurwysyńskie bagno. Raczej nie mam w zwyczaju robić fotek podczas biegu, ale tutaj by nie zawadziło. Widoczność do przodu i pod nogami prawie zerowa, czysta walka. Czyli w sumie to, po co ktoś przyjeżdża na takie zawody :) Po wyjściu z bagien bez problemu. 
22:50 - 2,2 - 10'20
PK 15 Chyba najprostszy przebieg, który prawie w całości (bez samej końcówki) przeszedłem. Podbijając pk18 miałem 29km na liczniku i jak wybawienia czekałem sklepu. Żal pisać, ale uderzały mnie nawet jakieś omamy. Doznałem go dopiero we wiosce (chociaż miałem nadzieję, że będzie w okolicy wieży ciśnień) i to schodząc trochę z wariantu. Pół litra koli, 2 batony, pół litra muszynianki i mycie w reszcie muszyny i wio dalej! Na sklep zeszło 5 minut. Opis punktu - "na SE od ambony" i kropka na terenie otwartym kazały mi po zobaczeniu ambony szukać na polu, jednak lampion zawieszony był w środku świeżego, ale na pewno starszego od mapy lasku. No cóż, taki smaczek. Ale można było opisać jako "w młodniku (...)".
29:20 - 2,9 - 10:20
PK 1 Zacząłem odzyskiwać siłę, pół na pół biegiem i marszem dotarłem po drodze mijając jakąś parkę napieraczy. Jakbym wiedział, że od pk1 na południe odchodzi ściecha, to pewnie i wariancik byłby inny, a tak wzdłuż sadu do końca płota i pyk prosto na pk.
17:20 - 2,4 - 7'20
PK 12 Na początku dobre tempo, bo spodziewałem się sklepu we wiosce. Brak camelbaka dawał się już konkretnie we znaki. Ale przynajmniej pod kolanem mnie nie bolało nic. Po nietrafieniu na sklep uznałem, że trzeba przeć dalej. Tempo siadło full i nie miało jak się podnieść. Ordynarnie lazłem i zaczynałem w głowie poddawać w wątpliwość sens startowania tutaj zamiast leżenia w domu, a także (mądrzej) sens startowania 25 października na 70km po górach, skoro tutaj po 33 po płaskim jestem rozjebany. Tuż przed moim podbiciem tego punktu, czyli po 4 godzinach i 33 minutach, na metę dobiegli liderzy. Ja miałem jeszcze prawie 8 km do pokonania oraz 9, które pokonałem z uwagi na problemy żywieniowe.
23:20 - 2,8 - 8:20
PK 10 Najdłuższy przebieg, wzmocniony dodatkowo poszukiwaniem za wszelką cenę sklepu. Niestety odnalazłem go dopiero na PKP Zalesie Górne, czyli po 10km od tego w Sierzchowie/Czarnym Lesie. Ordynarnie szedłem, bo próba biegu kończyła się sapaniem. Chyba tak wygląda własnie wyczerpanie glikogenu i ściana na maratonie. Najgorsza była świadomość, że pewnie właśnie tracę podjum...Lekkie ożywienie tuż przed pk.
39:20 - 4,4 - 8:50
Finiszuję ha, jak się czujesz ha. Patrząc po trakach dużo lepszy wariant, niż top3, ale co z tego. Wzdłuż stawu/zalewu tłumy ludzi, których zdziwione spojrzenia to jednak dobre wynagrodzenie. Końcówkę przycinam mocno, bo a nóż ktoś mnie minimalnie wyprzedzi. Nic takiego jednak nie ma miejsca.
10:30 - 1,7 - 6'10

 Ogółem: 5:30 - 43,3 - 7'36 (można powiększać i ściągać mapkę)
Skończyłem na 4 miejscu prawie godzinę za zwycięzcami, którym wypada jedynie pogratulować. Błędów było dość mało jak na taką jakość mapy, przegrałem głównie na tempie oraz złym kierunku. Bo jak wynika z blogaska zawodnika nr 3 przebiegi w drugą stronę były ciut łatwiejsze oraz łatwiej się trafia punkty całą ekipą (co doskonale widać na jego końcówce :) Wyniki są takie.
Na geznie (notabene ulubione zajęcie orientalistów w październiku i na początku listopada to sprawdzanie list startowych, porównywanie wyników z zeszłych lat oraz mapek - ja niesiony rozpędem z tej notki w podobnej formie swoje przeżycia z 2011,12 i 13 zamieszczę już niedługo) zamierzam biegać z camelbakiem, na UltraŁemkowynie również, ale dystans 29km (niby ciiiipa, ale ja wolę się pościgać, niż przebiec na zaliczenie). A w ten wikend niezawodny pod kierownictwem Jaca Mora Puchar UNTS.
Na koniec w cyklu "Ensiferum na dziś" piosenka wykorzystana m. in. w opór zajebistym Foot 2012, czyli Into Battle.