wtorek, 22 lipca 2014

Oni dalej z wypiekami na policzkach śledzą te live-rezultaty...

Jako że moje zdanie generalnie nie jest w ogóle brane pod uwagę, a znam się na oglądaniu biegu na orientację w internecie :D ciut lepiej niż przeciętny "kibic", to się wypowiem.

Pamiętam jak wczoraj JWOC 2011 w Wejherowie, gdy w newralgicznych momentach zawodów ktoś przynosił hiobową wieść "nie działa trzecia od końca radiokontrola" albo "jakiś Mietek z Nowej Zelandii twierdzi, że nie odświeżają mu się wyniki online" po czym następowało zupełne przekierowanie uwagi każdego organizatora posiadającego komputer na naprawienie tego problemu. A że akurat na metę wbiega tłum zawodników albo koleszka bez buta, a co za tym idzie bez cudownego chipa od pomiaru czasu, którego zgubienie w ogóle nie było brane pod uwagę? Jebać to, przecież nie działają wyniki online! Przecież to jest najważniejszy składnik zawodów!

Śmieszyło mnie to wtedy, śmieszyć nie przestaje dzisiaj, kiedy ktoś mając do dyspozycji wyniki na żywo i twittera zasiada do śledzenia rywalizacji. W imię czego? Bo na pewno nie zasad. Postawię sprawę jasno: jeśli nie ma przekazu wideo, to śmiało można sobie odpuścić i np. oglądać zajebisty Le Tour, bo wyniki online przyjmą wygląd końcowych dopiero po przybiegnięciu ostatniego grajka. Doszukiwanie się analogii do takiej powiedzmy piłki nożnej jest tu zupełnie nie na miejscu, bo w trakcie meczu można trafić na wydarzenia zdecydowanie ciekawsze niż same bramki, a w biegu na orientację liczy się (i słusznie, ale przez to dużo mniej widowiskowo) jedynie wynik.

Na ten przykład w wynikach rozegranego dzisiaj sprintu na JWOCu można odnaleźć pięć zawodniczek z tym samym czasem na miejscu 11. A także Olivera Polanda, który nieraz zajmował miejsca przed nominalnymi Polakami. Teraz mu się nie udało, ale "honor obronił", również na 11 pozycji, Poljakow. I to są smaczki Mistrzostw Świata Juniorów, a nie podniecanie się w internetach wynikami Polaków, o których na co dzień pierdoli się głupoty za plecami.

O pierwszoakapitowym braniu zdania pod uwagę niech świadczy chociażby porównanie lajków osiemdziesiątego dziewiątego po trzech etapach zawodnika H21L na Oringenie i moich. 7:0, prawie jak Niemcy - Brazylia. Jaki z tego wniosek? Chyba więcej podkreśleń, pogrubień i kolorków powinienem stosować. (albo pisać w sposób nie zmuszający do myślenia?)

O-fajta.

PS: mam jeszcze przemyślenie nt. skręconej 10 dni temu, a obecnie prawie sprawnej kosteczki. Tylko bóg może nas sądzić.

wtorek, 15 lipca 2014

Mam lipiec w kalendarzu, za oknem już...lipiec?

W taki niezbyt wyrafinowany sposób sparafrazowałbym najlepszego polskiego rapera. Spieszę od razu z informacją, że w oryginale zamiast trzech kropek i lipca jest październik, a notkę o takim tytule chciałem napisać już prawie rok temu, po Pucharze UNTS odbytym po wschodniej stronie DK50 w Młodzieszynie. Perfekcyjnie pasowało to wtedy do moich studenckich (naukowych?) osiągnięć na przestrzeni wakacji. Dobra, koniec pierdolenia, miał to obrazować taki oto obrazek, który dostarczył mi Sławomir Cygler, a niezbicie wynika z niego, że walczyłem o drugie miejsce z samym Podzińskim. Breaking news! Szkoda tylko, że miałem jeszcze do podbicia punkty nr 18, 19, 20 i 21.

Aktualnie natomiast moja sytuacja prezentuje się tragicznie. Co prawda miałem ostatnio niebywałą okazję biegać w najlepszej i szczycącej się największą frekwencją polskiej pięciodniówce (bo i żadnej innej nie ma), ale udział ten zakończyłem około godziny 20 dnia poprzedzającego ostatni etap. Ktoś spyta: a czemuż to? Ja odpowiem: odezwała się we mnie natura piłkarza. Jeszcze w maju śmiałem się z trenera Karola, że na Ślęży postanowił przypierdolić w gabro głową, aby zweryfikować prawdziwość powiedzenia "morda nie szklanka", a sam (chociaż z wydatną pomocą jakiegoś młodziaka z Pabianic) w lipcu skręciłem opór kostkę na boisku na szczycie góry w Złotym Potoku. Koniec kariery? Wstawaj dobry kolego, nie udawaj? Moim najlepszym przyjacielem są teraz zdecydowanie mrożone warzywa, a lewy staw skokowy prezentuje się jak na zdjęciach poniżej albo jak w siódmym słowie tego akapitu.



Oczywiście skoro stało się to 12 lipca, to nie byłbym sobą, gdybym nie wykorzystał tego jako świetne nawiązanie do klasyga. Muszę zatem podziękować za wszystkie słowa wsparcia i pomoc, jaką kaleką będąc otrzymałem podczas piątego etapu, jak również za pobłażliwe spojrzenia oraz zapytania, jaki myślący eliciarz gra w piłkę po czterech dniach biegania po skałach. Pozdro Mati tym razem nie będzie, bo i nie ma za co pozdrawiać.

Wrócę mocniejszy razy 100. To be better ewery day. O-fajter.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Over the hills and far away?

Søren Bobach mistrzem świata w sprincie, kto by pomyślał. Udowadnia to, że koleszka o nawet gorszej posturze niż moja może zdziałać bardzo dużo, a na pewno wygrać z różnymi wyściganymi mietkami typu Yannick Michels - w linku jego twitter, skądinąd bardzo ciekawy - przy okazji niech nikt mnie źle nie zrozumie, sam chciałbym biegać 5:30 na 2000m i mam spory szacunek dla takich grajków, ale w biegu na orientację na szczęście liczy się coś więcej - czego doskonały przykład można było zaobserwować na minionych MP, kiedy to murowany kandydat do medalu na sprincie i wygrania finiszu na średnim (reprezentujący oczywiście (ajak) sportowy OK wykrzynik) skończył z niczym.


 champion himself

To, że wyglądem wczorajszy mistrz przypomina znanego już w 2010 roku z trenowania razem z orientalistami z OKSu Otwock, a ostatnio niestety coraz bardziej ze swojego fanpaga "biegowego celebrytę", nie ma tu nic do rzeczy.

Jak już zdecydowałem się napisać notkę, nie wypada nie pochwalić się ostatnim występem, który zwieńczył obfity w całe trzy starty czerwiec. Już niemal dwa tygodnie temu miałem niebywałą okazję wystartować w czwartym etapie tegorocznej edycji Szybkiego Mózgu. Tym razem na Dolnym Mokotowie. Trasa nieco zaskoczyła swoją długością (przynajmniej mnie), bo tym razem oprócz zwyczajowych siedmiu kilometrów trzeba było trzy razy podbiec pod skarpę wiślaną. A że prezentowałem akurat żenująco słabą biegową formę, nie było to wcale takie łatwe (na 10pk po chamsku podszedłem). Tutaj muszę wspomnieć o pewnej ciekawostce: przed biegiem chciałem założyć się z kiedyś chyba mocnym biegaczem, a aktualnie znanym instagramowiczem Grzegorzem Hetmanem o zwycięstwo, dając mu dodatkowo minutę handicapu. Znany z niepodejmowania jakiegokolwiek ryzyka Grześ niestety odmówił, a na mecie okazało się, że wygrałby o 96 sekund, bo wygrał ze mną różnicą 36. No cóż. Pod spodem nowoczesna metoda prezentacji mapy na blogasku - za pomocą miniaturki z DOMA, pod którą podlinkowana jest cała mapa. Oczywiście w żadnym wypadku nie zamierzam zajmować się opisywaniem całego występu punkt po punkcie, bo jak kiedyś po przebiegnięciu naonczas najlepszej traski sprinterskiej w życiu postanowiłem ją dogłębnie przeanalizować, to kilku czytelników uprzejmie zwróciło mi uwagę, że był to najsłabszy akapit notki albo wręcz celowo ominęli go podczas lektury. I chyba mieli rację.

Szybki Mózg E4 Morskie Oko (25/06/2014)


Kontynuując mój ulubiony wątek ciekawostek - natrafiłem ostatnio na bardzo ciekawy blogasek, którego twórca podjął się pieszego przejścia południowej Polski z zachodu na wschód. I chyba prawie, bo z jedną dziurą, mu się udało. Koncepcja zaiste intrygująca. Zaświtało mi w głowie, żeby na 40 czy 50 urodziny sprawić sobie taki prezent, a zarazem przypomniało, jak w lutym w Pieninach z Jackiem Morawskim omawialiśmy rekord w przejściu/biegnięciu? Głównego Szlaku Beskidzkiego, czyli tzw. GSB. Wtedy nawet myśleliśmy, że to szlak niebieski, a okazało się, że czerwony :D niemniej jednak nie miało to żadnego znaczenia. Więcej o tym niebywałym wyczynie Maćka Więcka można przeczytać np. na napieraj.pl

PS: ta notka miała zapowiedziany tytuł "okiem orga", ale aby tradycji stało się zadość, nie mogłem dotrzymać słowa, więc pewnie dopiero następna będzie o Pucharze Najmłodszych traktowała. Inny mistrz świata już płacze z tego powodu, ale wy drodzy czytelnikowie wcale nie musicie.