piątek, 31 października 2014

Połemko

Przez cały tydzień nosiłem się z zamiarem napisania czegoś o tym niecodziennym dla mnie biegowym przeżyciu z ubiegłej soboty, ale jakoś nie wychodziło. Na pewno statystyki odwiedzin nie pomagały, bo aż wstyd się przyznać, że w niektórych dniach większe (czyli rzędu kilkanaście...) były na starym adresie blogaska, który teraz na nowy przekierowuje. 
W każdym razie przygoda przednia, prawie udało mi się wejść do top3 oraz przeczytałem przez wikend "biografię" Grzegorza Szamotulskiego autorstwa Krzysztofa Stanowskiego. A kto to taki - spyta ktoś nie z Warszawy. Jeden z moich pierwszych "idoli", bramkarz Legii w czasie, gdy zacząłem interesować się piłką na trawie. Nie ma lepszego od Grześka Szamotulskiego, wiadomo. Najlepszy cytat załaduję na końcu notki.
Co ciekawe i dość denerwujące, w okresie tuż po wspomnianej Łemkowyna Ultra Trail wiele razy słyszałem słowo "zakwasy". Niebywałe, że ktoś chcący być świadomym sportowcem myli DOMS z obecnością kwasu mlekowego. Na bieganie.pl pisali o tym już siedem lat temu. TUTEJ. Najbardziej niebywałe, że zmienić czyjeś zdanie na ten oczywisty temat to jak tłumaczyć komuś, kto całe życie wypływał w morze tylko po modłach do Posejdona albo twardo twierdzi, że zawdzięcza swoje życie modlitwie. Wiara a fakty to dwie różne sprawy i gdy ktoś w swojej wierze w głupoty zabrnie za daleko to niestety problem.
Aktualnie po raz pierwszy w życiu mam okazję pisać notkę z pociągu, a konkretnie EIC 1503 KASZUB. W normalnych okolicznościach byłbym już w całkiem ładnej Gdyni, ale dzisiaj PKP trochę odpierdala manianę i mając jedyne 150 minut spóźnienia odjeżdżam z Bydgoszczy. Bydgoszczy znanej nie tylko z rozgrywania finałowych meczów Pucharu Polski, ale też z najlepszego rapera w Polsce. Nowa płyta Bisza już w sklepach, u mnie hula aż miło.

Indywidualnej treści biegowej nie zawarłem tym razem prawie żadnej, ale może 3 fotki wystarczą.
technika zbiegu prawie ok
błota prawie nie było

Miri props (w sumie wieczny, ale tym razem konkretnie-) za sposób trzymania chipa, najlepszy możliwy


Legia świętowała awans do Ligi Mistrzów, albo zdobycie mistrzostwa Polski. Nieważne. Piją wszyscy poza Piotrkiem Mosórem, który był wyraźnie wkurwiony, że od jakiegoś czasu nie podnosi dupska z ławki rezerwowych. Przychodzi Paweł Janas i pyta:
- "Moskit", a Ty nie pijesz?
- Nie piję - odpowiedział Mosór, sądząc, że zaimponuje trenerowi swoim profesjonalizmem.
- Nie? To wypierdalaj.

sobota, 25 października 2014

Łemko Trail - ready2go

Co prawda /chociaż już zdarzało mi się biegać na raz ponad 42km - na geznie trzy lata temu oraz na "rajdzie, ale nie wrc" dwa tygodnie temu/ mój debiut w prawdziwym górskim biegu ultra odbędzie się zapewne w roku 2015, ale już dzisiaj, za 2,5godziny będę miał niebywałą okazję wystartować na dystansie 29km w zawodach towarzyszących Łemkowynie Ultra Trail, czyli Łemko Trail. Jestem tak podniecony, że aż piszę notkę po śniadaniu. Profil przedstawia się następująco:
Czyli w porównaniu z np. trasą 70km, w której startuje reszta mojej ekipy na te zawody, dość blado, ale zdecydowanie jeszcze nie jestem gotowy  na więcej niż 8 godzin zawodów, co z pewnością by nastąpiło w wypadku tegoż biegu.


Wczoraj we wzorowy sposób przeprowadziłem wieczór przedstartowy - dwa browarki i czytanie ile wlezie internetów na temat owych biegów ultra. Obejrzałem też w końcu /bo rok temu w momencie, gdy główny aktor zaczął szlochać nie dałem rady/ filmik Kamila Leśniaka z zeszłorocznego Biegu 7 Dolin. TUTEJ LINK DO NIEGO. Nazwa tego filmiku nie jest znana, ale gdyby była, to mówiłbym o nim
"właśnie_ta_nazwa A.K.A.(ejkejej) kuurwa 3 minuty...dosyć długo...kurwa...cmok!"
które to sakramentalne wyrażenie rozpoczyna się w 10 minucie i 30 sekundzie.
Każdy szanujący się grajek wrzuca na swe blogaski różne loga sponsorów itd. albo też przed zawodami fotkę różnych suwenirów biegacza, wiecie o co chodzi mam nadzieję. Mogę więc śmiało zakomunikować, że ja biegam w teamie ursynowsko-natolińskiego (nie ogarniam tego nazewnictwa do końca) Sklepu Piwonia, a zapasy na wikend są następujące:



niedziela, 19 października 2014

5.07

Albo innymi słowy pięć minut i siedem sekund oddzieliło mnie dzisiaj od zwycięstwa w sprinterskim etapie UNTS Kapu. Czy to dużo czy nie, oceńcie drodzy czytelnikowie sami. Jako ułatwienie rozumowania dodam, że zwycięzca określil swoją dyspozycję jako gorzej niż słabo, a oprócz niego przede mną wpasowało się jeszcze dziewięciu innych grajków. Czy to dowodzi niższości sprintu jako dyscypliny orientacji sportowej też oceńcie sobie sami, a jako ułatwienie rozumowania dodam, że gdyby kazać nam wystartować w biegu ulicznym zamiast takim z mapą, to kolejność na mecie wcale nie byłaby inna. Mapy wrzucę, jeśli tylko wrzuci je i poda linki organizator, zresztą kogo one na tym blogasku interesują :) (a trener Karol pokonany pierwszy raz od niepamiętnych czasów!)
Uprzedzając podniecenie, jakie wybuchnie jutro na stronie ok wykrzyknika warszawskiego-najbardziej prężnego w internecie klubu polskiego za sprawą wczorajszego "Biegu na Kasprowy", przypominam kilka ciekawostek:
1. W sierpniu zeszłego roku z wcześniej wymienionym trenerem nagraliśmy piękny filmik z pozdrówkami, na którym nie bardzo co słychać wyraźnie, a tym bardziej widać. Był on zresztą odpowiedzią na filmik Podzia91.
2. W filmiku tym pozujemy na nie wiadomo jakich zdobywców gór, chwaląc się czasami wejścia na Rysy z Morskiego Oka: ja 1:42, a Karoleo 1:18.
3. W sierpniu tego roku nieoficjalny rekord takiego wejścia zapierdolił Marcin Świerc łamiąc godzinę, a jednocześnie rozpoczynając przygodę w Palenicy Białczańskiej. Jego łączny czas to 1:35, a gdyby porównać nas, to Karol dostałby ze 20kilka minut, a ja z 50.
4. W filmiku z punktu pierwszego chwalę się również wbiegnięciem na Kasprowy od ronda w 1:17 (link do endobrondo). A Patrząc po fotkach, to warunki pogodowe tamże czternaście miesięcy temu były podobne do tych panujących wczoraj, może nawet ciut gorsze. A zatem na luźnej kiści obstawiłbym miejsce w top200.
Na zakończenie wyczekiwana z pewnością piosenka od Ensiferum oraz raczej niewyczekiwana foteczka znad północnego brzegu Kanału Angielskiego.


sobota, 18 października 2014

Patrzę wciąż i oczom nie wierzę

Jeszcze nigdy w życiu nie zdarzyło mi się mieć nadajnik gps i przewodzić stawce (i to nie byle jakiej - "prawie pełna mazowiecka obsada" napisałby trener Karol). A to wszystko po wstawaniu o 6:55, żeby w stylu lat osiemdziesiątych dotrzeć na zawody siłą własnych mięśni i koleją żelazną.
Teraz nareszcie rozumiem Podzia91, który całe sobotnie popołudnie 26 lipca emocjonował się niebywale gpsami z bieganego rano "Kraków City Raca", podczas gdy ja dogorywałem obok z niesprawną lewą kostką. Trzeba coś sobą prezentować, żeby mieć co analizować. Pełny dzisiejszy traking tutaj.
Jutro natomiast już w "pełnej mazowieckiej obsadzie" bieganie po wschodniej stronie Nowego Światu, czyli w potencjalnie najciekawszym pod względem sprinterskiej orientacji terenie w Warszawie. Tym razem jadę autobusem, więc potencjalnie pobiegnę mocniej. A próba zdobycia szerszego audytorium za pomocą poprzedniej dość nietypowej notki spaliła jak widać po wykresie odwiedzin na panewce.

piątek, 17 października 2014

Boso, ale w ostrogach

Dwa pościki tygodniowo? Nowa jakość razem z początkiem nowego (dla mnie już szóstego i na pewno nie ostatniego :) roku akademickiego! Na wstępie niewrzucona ostatnio fotka moich pleców oraz szefa znanego portalu biegnaorientacje.pl tuż przed startem w Mistrzostwach Polski BnO w sztafetach sprinterskich autorstwa samego wicemistrza Polski w sprincie. Prowokacyjny Mistrz Polski.

W ostatnią sobotę miałem niebywałą przyjemność biegać w pierwszej, historycznej, edycji Mazowieckich Mini Tropów, czyli tzw. "rajdzie" (ale nie WRC, tylko na orientację). Okazało się, że również po raz pierwszy, ale w swoim życiu ukończyłem zawody w podobnym stylu nie nazywające się GEZnO. Jak każda historia, i ta ma swoje tło, którego znajomość jest niezbędna do zrozumienia historii owej, więc pokrótce postaram się je zarysować.
Już w czerwcu w związku z brakiem chęci spędzania kolejnych jasnych nocy na Jukoli, nosiłem się z zamiarem udziału w "Mazurskich Tropach" tego samego organizatora, ale nic z tego nie wyszło. Niemniej obejrzałem mapki, poczytałem jakieś blogaski itd. i uznałem imprezy spod tego znaku za całkiem ok. W przeciwieństwie do np. takiej Izerskiej Wielkiej Wyrypy, którą próbowałem przebiec w 2013 roku, ale godzina czesania pokrzyw na mapie PLANu, która z dokładnością w tamtej okolicy nie miała nic wspólnego mnie z tego zamierzenia wyleczyła. Zresztą miałem raczej o tym nie wspominać. A więc gdy zobaczyłem MMT w drugi wikend października w niezawodnym kalendarzu na orienteering.waw.pl, długo się nie wahałem, bo sam bym tak długiego rozbieganka przed geznem nie zrobił. 
W dniach 10-12.10 postanowiono jednak odbyć również Warszawski Festiwal Piwa, którego za nic nie mogłem (jako prawilny "craft beer drinker") odpuścić. Sprawa wygląda tak, że jak parę razy spróbuje się piwa innego niż eurolager, to powrotu nie ma. A więc gdy obudziłem się po piątkowym degustowaniu, to oprócz całkiem niezłego samopoczucia wiedziałem jedno - po całym piątku chodzenia z plecakiem na plecach, nie mogę założyć camelbaka. Dlaczego? Bo od tego obciążenia jak zawsze czuję spory ból i opuchliznę pod prawym kolanem. Przebiegnięcie 40km z 1,5kg na plecach nic by chyba tutaj nie pomogło. Stanąłem więc przed nieco dramatycznym wyborem: ukończenie trasy z perspektywą braku napitku czy posiadanie napitku z perspektywą nieukończenia? Wybrałem (chyba mądrze, ale z drugiej strony głupio, bo się straszliwie wymęczyłem) opcję pierwszą.
Oporowo mglisty poranek, w przeciwieństwie do raczej sprawdzających się prognoz nie zapowiadał ciepłego dnia, więc wyruszyłem swoim rowerkiem w kierunku oddalonego o trochę ponad 20km centrum zawodów (którym były niewspomniane dotąd Zimne Doły(/Cold Pits/Kalla Groppar - jak zwał, tak zwał - znane z bycia najbardziej chujowym terenem do biegu na orientację w okolicach Warszawy i cudownych zawodów zorganizowanych przez ursynowsko-natoliński TS niedowodzony jeszcze przez Jaca Mora w 2009 roku. Zresztą co robić z tamtejszą mapą pokazał sam Podzio91.) pełen werwy. Mój zapał trochę osłabł, gdy dotarłem do przeprawy Karczew-Gassy, a widoczność nie przekraczała 20 metrów... Podróż przez rzekę stanęła pod sporym znakiem zapytania w obliczu niekursującego promu. Na szczęście nie byłem sam w tej niedoli i jakiś koleżka jadący prawie w to samo miejsce mnie podrzucił. Przygoda dopiero się rozpoczynała.
Na starcie widziałem raczej "turystów", a nie biegaczy. Mapy (COMPASS 1:50000 bez usunięcia nazw itd.) rozdano na 3 minuty przed - podjąłem (niby bez znaczenia, ale okazało się, że źle, bo reszta kategorii pobiegła na południe) decyzję, że najpierw na północ. Na 10 sekund przed uznałem, że jednak rozpocę tę mapę, więc przyda się folia i poszli!
PK 5 Początek - wiadomo, tempo prawie 4'00, bo wcale nie mamy w perspektywie kilkudziesięciu kilometrów, próbowałem spokojnie. Wszystko ok.
Czas - 4:10, dystans - 0,8km, tempo przebiegnięte - 5'20/km
PK 19 Następnie planowałem przebiec groblą, ale okazała się zbyt zarośnięta, więc wybiegłem na drogę wzdłuż stawu gdzieś 200m za czołówką, która jednak na torach skręciła w prawo. Co najmniej dziwne, skoro i tak mieli mój punkt do podbicia. Przede mną został jeden grajek w zielonej koszulce, który jednak dzielnie pogonił wzdłuż torów dobre dwa razy za daleko. "Techników to tu nie ma :)" pomyślałem i wpadłem prosto na cmentarz, na którego NW rogu (dokładny opis) miał stać pk. Niestety, stał na zachodnim, ale południowo. Tylko po co tak wyszczególniać, skoro się źle stawia. Błędy poniżej minuty w tej zabawie to żadne błędy.
11:20 - 1,8 - 6'10
PK 16 Następnie szybka decyzja - na krechę przez nie wiadomo co i samą krwiożerczą w 2010 roku Jeziorkę czy dookoła na pewniaka? Opcja nr 2 bez historii, zostałem zupełnie sam.
10:00 - 1,8 - 5'30
PK 3 Dalej przebiegłem na początku "drogę", której wcale nie widziałem? Punkt opisany przed rozdaniem map jako zawieszony przy betonowym kręgu, szukałem najpierw trochę za wcześnie, ale potem ok.
10:30 - 1,8 - 6'00
PK 2 Mój największy błąd na całej trasie. Na wejściu nie zauważam dobrej przecinki, tylko wjeżdżam następną i tam próbuję dopasować sobie wycinkę, nie wiem gdzie jestem, wracam i trafiam. 8 minut błędu.
23:20 - 3,8 - 6'10
PK 4 Najkrótszy przebieg, który postanawiam urozmaicić o powrót do centrum w celu wzięcia telefonu z muzyką i małego bufetu. Obliczyłem powrót na 11 minut, okazał się o 2 dłuższy. Uchylając rąbka tajemnicy, finalnie przegrałem trzecie miejsce o 9:30, ale ciężko dywagować, czy dalej biegłbym tak długo bez tego bufetu. Na pewno miałbym 2km w nogach mniej. Wejście na punkt to już kwintesencja tego lasu, czyli jeżyny do oporu. Ale bez problemu, bo i rów ogromny. Podbijam razem z kolegą, który mocno przebiegł pk 19.
20:00 - 2,7 - 7'20
PK 7 Najpierw malutkie zawahanie na ścieżce przerywanej, która była wielkości tej małej, ale nie na darmo targam ze sobą kompas. Potem bez problemu na pk, w międzyczasie dzwonię do Jaca Mora i klaruję mu sytuację, że chyba to wygram :D
9:20 - 1,4 - 6'50
PK 17 Zgubiłem kolegę w zielonej koszulce, po kwadratach ścieżek do celu. Na punkcie pozdrowienia z kilkoma osobami z krótszej trasy.
12:20 - 2,0 - 6:10
PK 8 Wejście trochę za wcześnie - w miejscu, gdzie ślad jest czerwony. A pk stał przy samej ścieżce. 
7:20 - 1,2 - 6'00
PK 14 Kawałek na kierunek przez las bez jeżyn. Punkt na szczycie góry nie może być problemowy.
10:10 - 1,1 - 7'00
PK 9 Odbieg do ścieżki, która miała trochę inny przebieg niż na mapie, dalej za kilkuosobową ekipą też chyba z krótszej trasy, którą wyprzedzam przed punktem. Wydaje mi się, że stoi za bardzo na północ, ale mniejsze rowy nie są zaznaczone na mapie. Z perspektywy internetowych relacji chyba jedyny przebieg, który był łatwiejszy przy moim wariancie. Trudniejsze zaraz nadejdą.
13:40 - 1,4 - 6'40
PK 13 Niby po granicy pola, ale w początkowej fazie (czerwony kolor) działo się sporo w lesie. Potem zatrzymanie przy jeziorze, gdzie stał punkt z trasy rowerowej. Ale o niejednym takim przesunięciu na podobnych zawodach słyszałem. Na nabiegu widzę (jak słusznie podejrzewam) kilkuosobową czołówkę biegnącą od drugiej strony. Skaczą przez rów z wodą i twardo napierają, ja mam na liczniku 23km, w tym ze 3 darmowe więc chyba mocniej napierają. Tylko, że ja jestem sam.
13:20 - 1,9 - 7:00
PK 11 Zaczynają się schody. Chciałem sobie obiec od prawej (warianty omawiam (omawia się) patrząc od strony przebiegu), ale po pewnych bagnistych perypetiach trafiłem na jakąś ścieżkę, której nie ma na mapie i wróciłem do rowu, wzdłuż którego już prosto na pk. Bo okolice rowu dobrze wykoszone i nic nie przeszkadza w przemieszczaniu się. Ciekawe, co? Mam za małe doświadczenie w takiej zabawie, żeby jednoznacznie powiedzieć, jaki wariant był najlepszy.
21:20 - 2,2 - 9:30
PK 6 Początek w miarę ok założonym wariantem, ale potem ścieżka się urwała i ten czerwony kawałek między drzewkami na mapie pokonałem przez oporowe pokrzywy i jeżyny. Bez długich skarpetek, czyli tragedia. Wypadłem na dużą drogę ucieszony, że tera tylko wjazd ściechą. W momencie, gdy ślad robi się czerwony ścieżka przekształciła się w rów z pokrzywami. Niezbyt mnie to zadowoliło, ale jakoś dotrwałem do grubego rowu, który opuściłem przy pk, a który dalej okazał się być wykoszony. Że prędkość przesuwania się wzdłuż rowu (który jest ścieżką) będzie większa niż wzdłuż ścieżki (która jest rowem) to nie podejrzewałem...Jeszcze poszukałem optymalnego przejścia po zwalonym drzewie i już już podbijałem.
20:40 - 2,1 - 9:50
PK 18 Dalej niby po ścieżce, która po chwili zanikła, a potem wprowadziła na skurwysyńskie bagno. Raczej nie mam w zwyczaju robić fotek podczas biegu, ale tutaj by nie zawadziło. Widoczność do przodu i pod nogami prawie zerowa, czysta walka. Czyli w sumie to, po co ktoś przyjeżdża na takie zawody :) Po wyjściu z bagien bez problemu. 
22:50 - 2,2 - 10'20
PK 15 Chyba najprostszy przebieg, który prawie w całości (bez samej końcówki) przeszedłem. Podbijając pk18 miałem 29km na liczniku i jak wybawienia czekałem sklepu. Żal pisać, ale uderzały mnie nawet jakieś omamy. Doznałem go dopiero we wiosce (chociaż miałem nadzieję, że będzie w okolicy wieży ciśnień) i to schodząc trochę z wariantu. Pół litra koli, 2 batony, pół litra muszynianki i mycie w reszcie muszyny i wio dalej! Na sklep zeszło 5 minut. Opis punktu - "na SE od ambony" i kropka na terenie otwartym kazały mi po zobaczeniu ambony szukać na polu, jednak lampion zawieszony był w środku świeżego, ale na pewno starszego od mapy lasku. No cóż, taki smaczek. Ale można było opisać jako "w młodniku (...)".
29:20 - 2,9 - 10:20
PK 1 Zacząłem odzyskiwać siłę, pół na pół biegiem i marszem dotarłem po drodze mijając jakąś parkę napieraczy. Jakbym wiedział, że od pk1 na południe odchodzi ściecha, to pewnie i wariancik byłby inny, a tak wzdłuż sadu do końca płota i pyk prosto na pk.
17:20 - 2,4 - 7'20
PK 12 Na początku dobre tempo, bo spodziewałem się sklepu we wiosce. Brak camelbaka dawał się już konkretnie we znaki. Ale przynajmniej pod kolanem mnie nie bolało nic. Po nietrafieniu na sklep uznałem, że trzeba przeć dalej. Tempo siadło full i nie miało jak się podnieść. Ordynarnie lazłem i zaczynałem w głowie poddawać w wątpliwość sens startowania tutaj zamiast leżenia w domu, a także (mądrzej) sens startowania 25 października na 70km po górach, skoro tutaj po 33 po płaskim jestem rozjebany. Tuż przed moim podbiciem tego punktu, czyli po 4 godzinach i 33 minutach, na metę dobiegli liderzy. Ja miałem jeszcze prawie 8 km do pokonania oraz 9, które pokonałem z uwagi na problemy żywieniowe.
23:20 - 2,8 - 8:20
PK 10 Najdłuższy przebieg, wzmocniony dodatkowo poszukiwaniem za wszelką cenę sklepu. Niestety odnalazłem go dopiero na PKP Zalesie Górne, czyli po 10km od tego w Sierzchowie/Czarnym Lesie. Ordynarnie szedłem, bo próba biegu kończyła się sapaniem. Chyba tak wygląda własnie wyczerpanie glikogenu i ściana na maratonie. Najgorsza była świadomość, że pewnie właśnie tracę podjum...Lekkie ożywienie tuż przed pk.
39:20 - 4,4 - 8:50
Finiszuję ha, jak się czujesz ha. Patrząc po trakach dużo lepszy wariant, niż top3, ale co z tego. Wzdłuż stawu/zalewu tłumy ludzi, których zdziwione spojrzenia to jednak dobre wynagrodzenie. Końcówkę przycinam mocno, bo a nóż ktoś mnie minimalnie wyprzedzi. Nic takiego jednak nie ma miejsca.
10:30 - 1,7 - 6'10

 Ogółem: 5:30 - 43,3 - 7'36 (można powiększać i ściągać mapkę)
Skończyłem na 4 miejscu prawie godzinę za zwycięzcami, którym wypada jedynie pogratulować. Błędów było dość mało jak na taką jakość mapy, przegrałem głównie na tempie oraz złym kierunku. Bo jak wynika z blogaska zawodnika nr 3 przebiegi w drugą stronę były ciut łatwiejsze oraz łatwiej się trafia punkty całą ekipą (co doskonale widać na jego końcówce :) Wyniki są takie.
Na geznie (notabene ulubione zajęcie orientalistów w październiku i na początku listopada to sprawdzanie list startowych, porównywanie wyników z zeszłych lat oraz mapek - ja niesiony rozpędem z tej notki w podobnej formie swoje przeżycia z 2011,12 i 13 zamieszczę już niedługo) zamierzam biegać z camelbakiem, na UltraŁemkowynie również, ale dystans 29km (niby ciiiipa, ale ja wolę się pościgać, niż przebiec na zaliczenie). A w ten wikend niezawodny pod kierownictwem Jaca Mora Puchar UNTS.
Na koniec w cyklu "Ensiferum na dziś" piosenka wykorzystana m. in. w opór zajebistym Foot 2012, czyli Into Battle.

czwartek, 9 października 2014

Zakaz pedałowania

Notkę o takim tytule chciałem napisać już po kilku "zastępczych treningach" wykonanych na rowerze w lipcu, ale zabrakło mi trochę danych do zawarcia w niej. (Uwaga, będzie trochę golizny średniej jakości.) Okazja nadarzyła się natomiast dzisiaj, jako że przy okazji małej przejażdżki chwilę nieuwagi przypłaciłem wyjebką i takim oto wyglądem: (żadne to obrażenia szczęśliwie, ale trochę przeszkadza nawet w pisaniu blogaska)
Jako że w sobotę, czyli za 34 godziny, planuję "wystartować" w rajdzie, ale nie samochodowym tylko takiej uproszczonej orientacji na mapie 1:50000, trochę pokrzyżowało mi to plany...jednocześnie przypominając jako żywo sytuację z listopada zeszłego roku, kiedy to na 3 dni przed historycznym, pierwszym w życiu startem w kategorii MIX na GEZnO zaliczyłem na wjeździe w Nowowiejską od strony Placu Zbawiciela (na którym od całego jednego i przez całe następne bodajże cztery dni stał sławetny symbol pokoju na świecie (uważny obserwator świata od razu powiedziałby, że dokładnie taki sam, jak symbole ruchu LGBTQWERTY w takim np. San Francisco, ale po co mieć własne zdanie, jak w telewizji przecież mówili, że 1/2 albo nawet 8/7 Warszawy zdemolowane) straszliwą wyjebkę na mokrych szynach tramwajowych. Mniej więcej taką jak na tym filmiku, tylko żaden "pociąg bez przedziałów" akurat nie przejeżdżał. I chyba dobrze, bo mógłbym tych słów nie pisać. Przy okazji gorąco polecam fanpag "Młodzi, wykształceni i z wielkich ośrodków" - jeśli chodzi o główne źródła informacji, można powiedzieć, że to jest moje. A jeśli chodzi o kolejny goły obrazek, to rok temu było tak: (i spało się dość ciężko)
Przechodząc do meritum, rower jest cudowny jeśli chodzi o szybkie przemieszczanie się w mieście przy suchej nawierzchi, ale w wielu innych przypadkach może przysporzyć niemałego kłopotu. Ilość widoków i tempo zmiany krajobrazu podczas np. 50km wycieczki zachwyca. Jednak co z tego, że na nieszosowych oponach śmigam ze średnią >30kmh, jak nie przekłada się to na szybkie bieganie, bo zwyczajnie pracują inne mięśnie. Bardzo ważna jest zasada swoistości treningu - skoro chce się dobre wyniki osiągać w bieganiu po krzakach i górkach, to warto chyba trenować tak, a nie na rowerku. Oczywiście mając ur albo naderwane więzadło w stawie skokowym nie jest to proste. W sumie dlatego mogę w tym roku pochwalić się liczbą nie jak trener Karol stu, a trzydziestu startów. Można w duchu śmiać się z planu przebiegnięcia dwóch maratonów w osiem dni, ale ja oprócz wspomnianych 40km w tę sobotę, za dwa tygodnie planuję prawie 70 podczas Łemkowyna Ultra Trail, a po kolejnych dwóch zapewne 35+30 na GEZnO. Zapału po na dobrą sprawę dwóch wakacyjnych miesiącach odpoczynku mi nie brakuje, a co z tego wyjdzie nie omieszkam opisać. Kto pobije???? :D

W związku z pewnym zamarciem ostatnio przeglądu wieści z orientacyjnego świata na niezawodnej stronie biegnaorientacje.pl postanowiłem przygotować takowy samodzielnie, bo i jest co roztrząsać w internecie.

#1 Dobry (jak zresztą każdy tamże) wywiad z J. V. Gvildysem na portugalskim blogasku. Aktualne dla mnie, ale nie tylko słowa "You can easily twist an ankle and then you'll see what the forest is. This is not the asphalt.". Przy okazji pozdrówki dla litewskiego biegacza, bo to dzięki mapkom od niego na wiosnę 2012 miałem okazję biegać samotne treningi na mapach z JWOCa 2005 w Druskiennikach i okolicach.

#2 Ciekawa historia ze szwedzkich długodystansowych (/long/ultralang? - nazywaj sobie to jak chcesz) mistrzostw. Otóż okazało się, że na 24km trasie zastosowano jeden potrójny, najchujowszy na świecie, w starym stylu motylek (w temacie separacji polecam artykuł pewnego Fina i zachodzę w głowę, dlaczego na żadnych dużych zawodach to się nie może przebić)  i to na 18km przed metą. Czyli większość trasy wspólna. Wygrał i ładnie (bez przeklinania! :) na swoim blogasku opisał to zwycięzca.

#3 Przepisy biegu na orientację czytano nie tylko na poligonie WATu, ale również przy okazji szwajcarskiego zakończenia Pucharu Świata. Interesująco wypowiada się sam mistrz igrzysk wojskowych, którego zdyskwalifikowano za przebiegnięcie po fragmencie nieoznakowanego w terenie chodnika z naniesionym symbolem ogródka restauracyjnego, na którym to mieli stać kibice, ale gdy on biegł, jeszcze nie dotarli. Historia jak z filmu.

#4 Wprost z Blekinge län istotną informację z komunikatu technicznego nadchodzącej 25-manny przesyła Jolanita. Pozwolę sobie wrzucić obrazek, bo do linka pewnie by nikt nie zajrzał. Co tam jest napisane pewnie każdy w sposób akurat pasujący jego klubowi zinterpretuje, ale chodzi o to, że to zawodnik jest odpowiedzialny za posiadanie wszystkich podbitych punktów, a brak potwierdzenia = nykiel. (ale nie norylski, tylko DISQ)

#5 Żeby przypadkiem ktoś nie wywnioskował, że moja jedyna miłość to przepisy i najchętniej spędziłbym resztę życia na ich egzekwowaniu. Największa bzdura tego roku. Orr DSQ. A zdanie jest dość stałe co najmniej od roku: jak najwięcej respektowanych konkretów w jak najmniejszej ilości.

Ostatnio raczej stroniłem od tematyki "politycznej", bo po 1. to blogasek o bieganiu po krzakach, a po 2. niektórych (co mnie bardzo dziwi, ale cóż) już sama wzmianka o politycznych kwestiach mierzi. Niemniej po 1. nie jestem profesjonalnym biegaczem, więc miewam zainteresowania odmienne od trenowania, a po 2. oficjalnie zarejestrowany kiedyś jako symbol pewnej partii, z którą jednak się zbytnio nie utożsamiam był przecież taki obrazek, a nie ten z samej góry.

poniedziałek, 6 października 2014

Through the dreadful storms, across the frozen oceans


Ostatni wikend zawodów CTZ 2014 za nami. Miałem niebywałą okazję biegać najłatwiejszy nocny bieg w życiu (ale i tak po raz trzeci na cztery próby w elicie nie udało mi się złamać 100 minut :) - notabene polecam notkę sprzed 3 lat, w której to /o czym później sam zapomniałem/ napisałem m. in. że do co najmniej do wiosny 2012 poczekamy na mistrzostwo Polski mojego ówczesnego biegowego idola, czyli Jaca Mora. W tym miejscu zarzuciłbym linkiem do jego nieaktywnego od dawna blogaska, ale niestety nie działa on. Czyli definitywnie.) oraz w sumie też najłatwiejsze w życiu sztafety sprinterskie. W przypadku tej mocno forsowanej przez działaczy, ale z prawdziwą orientacją nie mającą zbyt wiele oprócz mapy wspólnego dyscypliny to akurat nie wada, bo występowałem jako sprinter sztafetowy po raz drugi w życiu, a zeszłoroczny Pruchnik był o tyle trudniejszy, że był typowym sprintem w rozumieniu przepisów bno, a nie krótkim biegiem po lesie. Ale o przepisach to mam nadzieję później :)
O Mistrzostwach Polski w Nocnym BnO też mam nadzieję później, bo nie mam mapy w formacie cyfrowym. Bo i organizator nie kwapi się do jej publikacji. W każdym razie najwyższe w mojej czteroletniej historii startów w M21 podczas MP 12 miejsce stało się faktem. Las jaki był każdy widział, tartanowy. Postanowiłem od strony sprzętowej przygotować się nabywając lampę Magicshine MJ856, bo bieganie ze starą Silvoszką to już dwa lata temu był przypał w chuj, a co dopiero teraz. Jednak kupowanie lamp używanych kilkanaście razy w roku za grube stówy euro nie jest na moją kieszeń. Zresztą na mało czyją jest. W mojej opinii najbardziej miarodajną ocenę każdego produktu przedstawia stosunek cena/jakość. Wspomnianą wyżej MJ856 polecam z czystym sercem.  A szybka jazda z rozkręconą na pełen regulator na rowerze w nocy to sama przyjemność. Zresztą bieganie w lesie też. Na temat swojego biegu dodam, że jak mało kto z kategorii przebiegłem całą trasę bez wózka, widząc tylko na przedprzedostatnim punkcie ostatniej pętli przez chwilę Rina ze swoim tramwajem podczas pokonywania ich drugiej pętli. No, ale nikt klasy mistrzowskiej mi zdobyć nie zabraniał, sam tego nie dokonałem. Ciekawe jednak, że aż piętnastu zgłoszonych do M21 grajków takową posiada. Chyba jest to ciut za łatwe, jeśli zważyć na jej nazwę, ale to już kwestia przepisów, o których mam nadzieję później. Po przebiegnięciu 18km w "najpłastszym mazowieckim lesie" (co jest oczywiście trawestacją "najgłębszego fińskiego") czułem się na tyle na siłach, że w głowie dojrzał mi pomysł wystartowania za 3 tygodnie na dystansie 70km. A może po prostu za słabo napierdalałem? Do tak pożądanego (w sumie tylko ze względów prestiżowych i losowania MP, a nie stypendialnych...) przeze mnie 8 miejsca (obsadzonego, a jakże, przez trenera Karola) zabrakło mi 10 minut. Czyli akurat tyle, ile poświęciłem owej nocy na błędy. Ale wiadomo, jakby odjąć błędy, to każdy z nas byłby mistrzem świata. A jeśli okazałoby się, że nie, to wtedy przypomnielibyśmy sobie, że jednak było tych błędów więcej i i tak bylibyśmy mistrzami. Ciekawa konstrukcja podwójnego i. A o tym, kto sobie co przypomniał to później. Mapa i pewnie dogłębny opis przeżyć będzie. Tak samo jak relacje z GEZnO 2011, 2012 i 2013 oraz "okiem orga". Przy okazji gorące pozdrowionka dla znanej nie tylko z instagramka, ale również z trzech złotych medali MP w tym roku Agaty Stankiewicz, dzięki lajkowi której lipcowy wynik porównania z osiemdziesiątym dziewiątym po trzech etapach zawodnikiem H21L na Oringenie wygląda dokładnie jak wynik meczu Brazylia - Niemcy. Zresztą wynik porównania Hewelt - Piłkowski również wypada na moją niekorzyść (ale nie tak sromotną), bo 18:7.
Do mapy ze wczorajszych sztafet prowadzi link od powyższego obrazka, a na temat biegu ciężko jest się rozwodzić. Po mocnym bieganiu i słabym spaniu w nocy czułem się na typowy bieg na średniości, który mi wyszedł. Co ciekawe, tak jak moja siostra byłem członkiem jedynej sztafety swojego klubu, która ukończyła zmagania. Na trasie widziałem przez pierwsze punkty grajka z drugiej sztafety wrocławskiego Śląska, która jak się później okazało skończyła w top6 (z naciskiem na 6 :), więc nie były to takie zupełne ogony. Chociaż ich zmiany nr 3 i 4 wypadły ciut mocniej niż nasze (Orientuś II). Niemniej jednak tempo Jurija Badana było zdecydowanie za mocne na moje możliwości i bez większych błędów (dwa razy po 15 sekund) dojechałem do mety, przy okazji zostawiając gdzieś Mara Jędrycha. Z żadnym innym biegaczem nie widziałem się na trasie, smutna sprawa. Łamanie 14 minut to dla mnie kosmos opór. Jako ciekawostkę dodam, że czytaem (ajak) komunikat, ale dopiero w drodze na punkt numer 12 o kodzie 140 zauważyłem, że owe kody nadrukowane są obok owych numerów, a wcześniej twardo co trzy punkty rozwijałem mapkę i sprawdzałem opisy...Sztafety wygrał kto miał wygrać, organizatorom należy się duży szacunek za zrobienie zawodów, których nikt nie chciał robić, ale jeśli chodzi o budowę tras to można było chyba zachować się trochę bardziej zdroworozsądkowo, a nie przepisowo (skoro już mamy teren nie do końca trzymający się przepisów, które mówią co najwyżej o parku) i postawić jakieś trudne punkty, a nie na skrzyżowaniach ścieżek (skoro wybór wariantu opisywany w owych przepisach nie był ani trudny, ani wymagający koncentracji). A jeszcze byłbym zapomniał, z powodu opór mokrego po nocy trykotu Orientusia wystąpiłem z prowokacyjnym napisem Mistrz Polski na plecach, niestety dysponuję jedynie fotką przodu tej koszulki. Na dobrze wytrenowanego grajka chyba nie wyglądam. (jeszcze :)
"Zakańczając" nie wypada nie wspomnieć o kontrowersjach dotyczących...przepisów. Cały czas nie jest możliwe komentowanie na stronie organizatora, więc co mam napisać napiszę tutaj. Pod koniec zeszłego roku na potrzeby znanego i lubianego serwisu biegnaorientacje.pl stworzyłem artykuł "Najciekawsze przepisy PZOS" poprzedzony przeczytaniem wszystkich trzech wymienionych w nim aktów prawnych określających rywalizację w naszym sporcie. Jest ich bowiem tyle, że łatwo się zgubić, a niektóre są naprawdę bardziej ciekawostkowe niż skały ze wczesnopaleozoicznego ryftu oceaincznego koło Sobótki. W każdym razie uważam, że skoro podejmujemy jakąś działalność, to absolutnie niezbędna, bo wykluczająca większość wątpliwości, które powstaną w toku, jest znajomość aktów prawnych działalność tę warunkujących. W przypadku biegu na orientację do przepisów zagląda się zazwyczaj, gdy coś poszło nie po naszej myśli lub chcemy dojebać organizatorowi. Wczoraj podniesiony został problem stary jak świat albo co najmniej użytkowanie systemu SPORTIdent, czyli brak potwierdzenia punktu kontrolnego na karcie (chipie) zawodnika. I nie miało znaczenia, że wałkowane to było tyle razy i zawsze okazywało się (niebywałe!!!), że trzeba podjąć decyzję zgodną z przepisami. Jakkolwiek by się ktoś z nimi nie zgadzał, uczestnicząc w Mistrzostwach Polski uznaje je za obowiązujące. A treść punktów 13.7 oraz 13.8 "Zasad organizacja zawodów" jest oczywista. Natomiast zdecydowanie niedopełniony został punkt 9.16 "Przepisów BnO". A jeszcze śmieszniejsze jest, że Łobo najpierw przytaknął, że nie był na tym punkcie, a potem po kilku rozmowach jednak sobie przypomniał, że przecież był. Taaak. Co należało udowodnić, dowód można uznać za zakończony i nawet narysować kwadracik to symbolizujący (ale wtedy trzeba się coś znać na matematyce).
PS Zmieniam niedługo nazwę blogaska na tadziu32167.blogspot.com, bo będzie krótsza niż obecna oraz bez nazwiska, więc jeśli zobaczycie taki komunikat, to wiecie co wpisać. A konkursy z browarami kocham, więc jak ktoś zgadnie co to na fotce, to stawiam!