sobota, 29 listopada 2014

Life is grand, life is great, life is good, life is beautiful

Powiem tak: mając dzisiaj w perspektywie mocne bieganie na dworze poszedłem po rozum do głowy i załadowałem pierwszy w życiu trening na schodach w moim bloku. Ktoś może powiedzieć - "ee nie biegał przy -5, cipa!", a ja powiem na to, że ten kto jest przeziębiony albo kontuzjowany, ten cipa.
Nie przeciągając za długo zbędnych wywodów, do dyspozycji mam 20 pięter (sam mieszkam na ostatnim :) po 9 schodków na półpiętro, czyli 360 stopni (ale nie żaden tam tim360) łącznie. Jak słuchałem kiedyś opowieści Łoba, to on często robi trening typu 10x10 pięter i starcza.

(Co do Łoba ciekawa historia, że zupełnie jak z innym bardzo mocnym grajkiem - Papim - jeszcze ze 2 lata temu miałem bardzo zacieśnione kontakty treningowe, a teraz nie mam prawie żadnych. No cóż. Zauważyłem już jakiś czas temu, że jak ktoś jest mocnym grajkiem, to raczej rozmawia na zawodach tylko z innymi mocnymi, więc ja jako słaby trochę wypadam z obiegu i czasami nikt nie czyta mojego blogaska. Jedyny sposób, żeby to zmienić to "za-pier-dalać na tre-ningach", co też aktualnie czynię.) (Jeszcze jedna ciekawa historia - Łobo został dzisiaj brązowym medalistą MP w przełajach w Krakowie. Termin listopadowy jest dość nietypowy i zdecydowanie uszczuplił stawkę, ale propsy i tak się należą. Ciekawe jest natomiast to, że zapewne w poniedziałek na stronie sportowego ok wykrzyknika przeczytamy o niewybałych sukcesach ich zawodnika, podczas gdy wcale nie jest on zawodnikiem ich, tylko wspominanego już przeze mnie LŁKS Prefabrykaty Betonowe Śniadowo.)

Wracając do meritum, ja postanowiłem zatem zrobić dzisiaj 5x20 pięter i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Z tego, co sprawdzałem, 10 pięter mocnym tempem zazwyczaj w życiu robiłem w około 40 sekund, czyli 20 powinienem w dwa razy tyle PLUS właśnie dzisiaj chciałem sprawdzić. Zacząłem sobie spokojnym wejściem w 2:25 na rozgrzeweczkę, potem trochę szybciej, ale też marszem w 2:11 i przystąpiłem do części zasadniczej. 
Wyszło 1:47, 1:56, 2:02, 2:01 i 1:57. Zajebałem się ajak bardzo mocno. To jest właśnie piękno treningu na schodach - robi się go ciut ponad pół godziny (bo i trzeba przez 2-3 minuty czekać na i zjeżdżać windą). Trochę się jednak zmarszczyłem tymi czasami, bo nie zachwycają. Ale może jak na kogoś nie za bardzo trenującego od czerwca do października i na dobrą sprawę wracającego po kontuzji to nie tak źle. Rekord trasy wynosi jak łatwo obliczyć 1:47 i zapraszam gorąco chętnych do jego bicia. Browarki chłodzą się zawsze.

Teraz odchodząc trochę od tematu stricte biegowego:

# moim oczom nareszcie dane było obejrzeć kilka fotek z osiemnasteczki przekozaków Szymsona i hotkrzysia17 sprzed tygodnia autorstwa znanej blogerki minerai96. Całkiem dobre fotografikerstwo.

# w kategorii "kinematografia" moim ulubieńcem jest natomiast film przedstawiający przepiękny motyw wspinaczki. Na trochę sypiący się komin mający 280m w Rumunii. O tutaj link. Poświęcone 6 minut wcale nie będzie stracone. Mnie rozpierdala samo oglądanie, a co dopiero rzeczywiście to zrobić. Albo lepiej: mnie rozpierdala samo stanie za barierką na balkonie na wysokości około 60 metrów. Przy okazji ciekawostka: z balkonu tego widać wszystkie budynki z listy najwyższych w Warszawie oprócz PKO BP przy Wólczyńskiej.

# w kategorii "ilość lajków" cały czas sromotnie przegrywam z Hewixem. Tym razem 12:79 w rywalizacji skrina zgłoszenia na WeRunDubai z zimowym widokiem z okna w Czarnej Górze.

# prosto z podwareckiego Anielina pozdrowienia śle DJ Kordix. Foteczki z tamtej osiemnasteczki Asi i Kozy odnalazłem przy okazji czekania na najnowsze wyżej wspomniane.

To by było na tyle, udaję się zatem na kolejne z serii spotkań na szczycie z najprężniejszym w internecie mapkarzem polskim, prywatnie znanym jako trener Karol.

piątek, 28 listopada 2014

Moje życie to harmonia rozumiesz

Po piątym "mocnym" (jak dla mnie) treningu w przeciągu ostatnich dziesięciu dni mogę śmiało zakomunikować, nawiązując tak dla odmiany do Podzia91, który napisał to 8 września - feels good to be back (w tłumaczeniu na polski - "czuje dobry do być plecy") - notabene która to piosenka wcale nie jest śpiewana przez Eminema, tylko przez jakiegoś podrzędnego Denace (do zdobycia tej wiedzy chyba jedyny raz w życiu przydały mi się komentki pod filmem - normalnie mam wyłączone i polecam gorąco takie rozwiązanie razem z zainstalowaniem adblocka (chyba, że kogoś interesują reklamy)). Nie wypada nie zauważyć, że wspomniany wyżej Rafał mimo pozornego powrotu wcale wtedy nie uporał się ze swoim stawem skokowym do końca, a robi to dopiero mniej więcej teraz. Zdróweczka i oczywiście dla młodych Mistrzów Polski w M21 wieczny szacunek.
Teraz postaram się opisać ostatni treningowy tydzień wzorem znanego blogera biegowego Suchego (run-passion.com). Raczej nie powinno to zostać moim zwyczajem, ale po prostu tak jaram się sensownym trenowaniem, że muszę. Poza tym kto oprócz kilku znajomków i rodziny to czyta :)
W poniedziałek regeneracyjna prawie godzina rozbieganka w Lesie Bemowskim, czyli w okolicach Łosiowych Błot. Zdecydowane rozczarowanie, bo ani łosia, ani tym bardziej bajkowej scenerii. Podobno fajniej jest na wiosnę, bo poziom wód gruntowych wystaje w wielu miejscach ok. 20cm ponad powierzchnię terenu. Oczywiście pogwałciłem teraz już niezamknięty, ale zawsze to jakaś satysfakcja, teren MP w sztafetach sprinterskich oraz podziwiałem drugie co do wielkości względnej (w sumie co do wysokości bezwzględnej wierzchołka też) wzniesienie w Warszawie, czyli wysypisko śmieci na Radiowie.
We wtorek tym bardziej regeneracyjnie odpuściłem bieganie, tym bardziej, że w końcu rano obudziłem się trzeźwy po weselichu.
We środę miałem niewybałą okazję wystartować w pierwszym etapie czwartej już edycji Warszawa Nocą. Może nie jest to najstarszy miejski cykl sprinterski w Polsce ani też najbardziej promujący się w mediach, ale na pewno mający największą frekwencję (i najwyższe wpisowe :) Zapowiadałem mocną walkę o top3 i dokładnie tak by było, gdybym nie zapierdolił minuty błędu na 9pk. Na opisach przeczytałem "wewnątrz", na mapie zobaczyłem punkt na płocie i fruuu. A tu okazuje się, że stał on wewnątrz, ale rogu pola...No cóż. Nie wypada nie odnotować, że mimo wszystko stał nie w tym miejscu, które wskazuje środek kółka, bo przy następnym chodniku. A bieg układał mi się przepięknie. Może trochę mało czytelnie, ale niech przemówi obrazek:
Liderowałem całemu wyścigowi na 4pk i jeszcze tuż przed podbiciem piąteczki, którą niestety sromotnie przebiegłem. Potem oczywiście zwycięzca wirtualnie minął mnie jak furmankę, ale gdzie mi tam do pięćdziesiątego zawodnika MŚJ na middlu. Po wspomnianym sporym błędasku na 9pk na pół minuty przegonił mnie Jan Rutka, potem ja go jebnąłem mocno na 12pk, potem mnie doganiał i zmieniając się na prowadzeniu dosłownie co punkt od 20pk dojechaliśmy na metę. Takie są właśnie problemy marnego zawodnika - że go przegania szesnastolatek. Przyzwoity bieg z wahnięciami, ale bez tego babola dałby mi historyczne, pierwsze w życiu miejsce w top3, a nawet w top2 na warszawskim sprincie, niestety skończyło się na top6...Jeśli utrzyma się tak słaby poziom, to na następnej edycji moje top3 murowane. Przebiegłem 6,0km, a średnie tempo wyszło 4'34, czyli jest mocno z czego schodzić. Fotek niestety nie pyknęli mi, więc wrzucam tylko mapkę. Z ciekawostek, to jednym z "płotowych" na wspomnianym już zbyt wiele razy płocie był sam Kamil Leśniak - ten koleszka od szlochania na filmiku. Co najśmieszniejsze, za pochwalenie się piątym miejscem (przed wręczeniem disqów) wśród zuchwałych zebrał tyle lajków co ja przez całe życie. No cóż.



W czwartek było "grubiej od grubych", bo zrobiłem trening z samym Jacem Morem (a także z oddziałem białoruskim ursynowsko-natolińskiego TSu, czyli Ilią i Violą). Słowo Agrykola kojarzy mi się (i powinno każdemu) z hordami biegaczy niedzielnych/mocno amatorskich truchtających sobie całą szerokością bieżni pod czujnymi oczami swoich osobistych trenerów mierzących ich niebywałe postępy.  /Full lepszy (szczególnie, że mam do niego 2km :) jest tartan na AWFie./  Ale nam udało się trafić jakieś niebywałe okienko, dzięki czemu pobiegałem tak szybko, jak poprzednio pod koniec czerwca. Sześć czterominutówek równiutko (ajak inaczej z Jacem) po 3'45. Sam bym tego pewnie nie skończył, a moje samozadowolenie znowu poszybowało w górę. Trening skończyliśmy (nie wiem czy słusznie, ale wygrałem ten wyścig) wbiegiem na 10 piętro bloku przy ulicy Fabrycznej, a rozpoczęliśmy obserwacją protestu pod siedzibą PKW. I teraz ciekawostka:

Bronisław Komorowski zaniepokojony opóźnieniem podania wyniku wyborów


ale oczywiście nie naszych samorządowych (bo przecież nie było żadnej jednej nieprawidłowości, wszystko gładziutko), tylko ukraińskich sprzed dwóch lat. Jakie to wszystko przewrotne i życiowe, raz się kogoś za coś krytykuje, a potem przykrywa takie same problemy u siebie. Kto głosuje na gajowego i kolegów jego, ten... - dopowiedzcie sobie jakąś śmieszną rymowankę sami, ja na szczęście owego lipca roku 2010 będąc nietrzeźwym w Gdyni napisałem jakieś głupotki na karcie. (a wcześniej w czerwcu w Helsinkach po najlepszej Jukoli w życiu prawilnie postawiłem krzyżyk koło Janusza Korwin-Mikkego)
W piątek w imię przeprowadzenia max pięciu treningów w tygodniu odpuściłem bieganko, natomiast dostałem propozycję bardzo ciekawego spędzenia sobotniego przedpołudnia.
W sobotę z samego rana razem z Igorem Majewskim (nie prowadzącym blogaska, więc i nie mam do czego zalinkować) wsiedliśmy w pociąg w kierunku Ciechanowa, gdzie prawie czekał już sam Szmulo Szmulko. Taki typ treningu - mapa przygotowana ponoć w 15 minut - propsuję najbardziej. Miniaturka trochę kaprawa się wygenerowała, ale po kliknięciu w link poezja. Przy okazji długiego rozbieganka Idżi opowiadał sporo o niedawnym pobycie w środkowej Szwecji razem z ziomkami z jego nowego(?) (na pewno nowego dla innego Spójniowicza - Fryderyka) klubu. PODOBNO cel Jespera Lysella na ten sezon to "fuck as many girls as I can" - dobry, nie? Nawiązując do szwedzkiego klimatu, nazwałem ten trening "langpasset". Jakież było moje zaskoczenie, gdy następnego dnia to samo napisał sam Gustav Bergman. Jakby ktoś pytał o porównanie Mazowsza i okolic Sztokholmu pod względem terenu do biegania na orientację - to jest własnie odpowiedź. No cóż. Trochę smutna, ale za to oni tam mają półroczną noc aktualnie.


Wieczorem jako jedyny reprezentant Mazowsza miałem okazję uczestniczyć w osiemnasteczce Szympoła i hotkrzysia17 w podłódzkim Tuszynie. Od PKP ŻyWidzew jedzie się tam spory kawał drogi, podczas której można podziwiać naprawdę srogi wiejski krajobraz. Ponownie mało kto opublikował swoje fotki, ale na jednej się odnalazłem. Co prawda mocno w tle, ale jest też Idżi, z tym że ta wrocławska.
W niedzielę po przespaniu cudownych dwóch godzin o 5:40 obudzili mnie zawijający się na chatę osiemnastkowicze. O 7:40 siedziałem już w pociągu powrotnym, który 120km pokonał w zawrotne 2,5 godziny. Jak ktoś lubi i zamierza dużo jeździć do Łodzi (ja niestety nie), to pociągiem najlepiej! Następnie załadowałem się w doskonale znany autobus do domu, którym jednak ostatnio przestałem jeździć raczej na dobre, aby o 12 stanąć na starcie IV Biegu Otwockiego na dystansie tym razem 9800m (co związane jest z 98 rocznicą nadania praw miejskich - dla przypomnienia, Karczew w tym roku obchodził takową rocznicę numer 466). Chociaż to czwarta edycja biegu startującego 3km od mojego domu rodzinnego, startowałem po raz pierwszy. Udział planowałem już od bardzo dawna, a informacja o imprezie w sobotni wieczór niby przekreśliła moje plany, ale tak naprawdę uczyniła je bardzo wymagającymi. I teraz najważniejsze zdanie tej notki - samo dotarcie z Tuszyna do Otwocka w niedzielny poranek uważam za olbrzymi sukces. Najebany, samotny, trzeźwiejący, dałem radę! Po strzale startera czołówka oczywiście rozpoczęła swoje 3'00/km, ja rozpocząłem po 3'40 i co ciekawe było to dużo wolniej od czołówki kobiet, która to osiągnęła właśnie owe 3'40 na mecie. Oczywiście po kilometrze ustabilizowałem się raczej na poziomie 3'58 i tak z pulsującym dookoła światem i Michałem Wołowczykiem (Wołowym) u boku przemierzałem bardzo znajomy las. Ciekawe uczucie uczestniczyć w biegu, po którego trasy okolicach biegałem setki razy. W okolicach 6-7km niestety nie dałem rady trzymać dłużej tak zabójczego tempa, więc już sam z pulsującym światem dobrnąłem do mety ze średnią 4'01, a więc w czasie 39:21. Czyli dokładnie 11 sekund wolniej niż zakładałem w wersji optymistycznej. Z drugiej strony czyli dokładnie 8 minut i 54 sekundy wolniej od zwycięzcy. Skończyłem na miejscu nr 20, (czyli między Michałem Wołowczykiem, a Wojciechem Mossakowskim - czyli między rocznikiem 97 i 98, co doskonale oddaje mój poziom w poprzednią niedzielę, aktualnie jest już na równi z 97 :) a ten bieg zdecydowanie wchodzi do mojego kalendarza na przyszły rok. Tuż obok Limanowa Cup i Łemkowyna Ultra Trail! Na mecie, jako że jest to czas wyborów, mogliśmy posłuchać peanów na cześć obecnego prezydenta (to też ciekawostka, bo wg obowiązującego prawa szef miasta może tytułować się jako prezydent w przypadku zamieszkiwania w mieście tym ponad 100 000 osób, a w Otwocku jest lekko ponad 40 000 - coś tam ktoś kiedyś zachachmęcił) i zapowiedzi ile to kilometrów chodników i ekranów akustycznych powstanie w latach następnych. Taki klimat sosnowy.
Na koniec oczywiście tytułowe granie, polecam zestawić sobie z piosenką Rycha sprzed 17 (czyli prawie tylu, ile ma większość czytelników!) lat. Oczywiście lepiej oglądać na stronie jutuba, bo lepsza jakość i można prędkość zmienić np. na 1,5.



wtorek, 18 listopada 2014

Śpiewamy piosenki o drodze i pracy

W obecnej formie emocjonalnej (niewybale wysokiej) powinienem tworzyć około 7 średniej długości noteczek miesięcznie. Tak prawie było w październiku, a aktualnie mamy 3/5 listopada i wpada post nr 2. Dlaczegóż? Bo ciągle mam około tysiąc ciekawszych spraw do zrobienia lub zapoznania się niż napisanie dla kilkudziesięciu wiernych czytelników. (chociaż w tym miejscu nie wypada nie pozdrowić tych niepotrzebujących do tego facebuka :)  /potrójne zaprzeczenie nie do końca łatwo zrozumiałe.../
Zacznę może od tego, czego teraz nie będzie, ale może nadejdzie w niedalekiej przyszłości - czyli relacje z łemkowyny i gezna. Oczywiście z gezna 2011, gezna 2012 i gezna 2013 też.
Pomijając w opowieści ze wszechmiar zajebiste GEZnO, to dochodziłem po nim do siebie przez ładnych kilka dni, z których najważniejszy był wtorek, czyli 11.11. Miałem niebywałą okazję oglądać zawody biegowe jako nie zawodnik czy organizator, a zwykły kibic. Warszawski Bieg Niepodległości wyszedł bardzo fajnie, wygrał ten, kto miał, tuż za podium uplasował się lansowany przez stronę sportowego wykrzynika na niewiadomo jakiego ok!sportowca, a biegający przecież dla klubu "Sport Flex" albo "Prefbet Śniadowo Łomża" (prefbet to skrótowiec od "prefabrykaty betonowe" oczywiście) Łobo. Jak nie wierzycie, to znajdźcie sobie sami jakiekolwiek wyniki. Tuż przed zakończeniem ominęła mnie pewnie jedyna w życiu szansa pyknięcia sobie fotki z Heniem Szostem, bo nie chciałem mu przerywać rozmowy, a potem sobie poszedł. Ale tuż przed startem pyknąłem taki oto "pejzaż", na którym w sumie nic nie widać  /może oprócz Babka Tower, który widać też (tak jak zresztą każdy warszawski chmurodrap) ode mnie z okna/, ale jakieś znaczenie wspomnieniowe dla mnie ma.
Następnym w kolejności punktem tamtego pięknego dnia był Marsz Niepodległości, który po raz już piąty doszedł do celu. Mi udało się to po raz pierwszy, chociaż w 2010 roku uczestniczyłem w jego początku (a potem przez 3 lata w jego terminie byłem na geznie albo w drodze). Jak wyglądał? Czy było "bezpiecznie"? zapyta chyba każdy. Mam filmową odpowiedź - mniej więcej dokładnie tak jak przedstawiono na lokalnie.tv. Jak ktoś myślał, że tak, jak przedstawiano w "mass mediach" to niech się jebnie w głowę i za rok pomaszeruje osobiście. Też pyknąłem średniej jakości zdjęcie. Po prostu masa młodych ludzi nie do końca zadowolonych z "25 lat wolności".
W minioną sobotę miałem niebywałą okazję uczestniczyć po raz pierwszy w dorosłym życie w weselu. I to nie byle jakim i nie byle kogo! Cudowny Beskid Wyspowy (chociaż może Pogórze Rożnowskie? w każdym razie Karpaty Zewnętrzne :) i położone w nim Wielogłowy, znane wtajemniczonym jako Multiheads, były lokacją pierwszego orientacyjnego ślubu naszego pokolenia. Młodej Parzinie Sławomirowi i Paulinie sto jeden lat! Znowu średniej jakości fotka, tym razem sprzed kościoła.
Obserwując innych niektórych weselników robiących sobie łądne foteczki, nie mogłem powstrzymać się od zrobienia własnych. Akurat nawinął się Prezik, więc blogasek po 3,5 roku działalności, jest już prawdziwym blogaskiem, ze "słitfoteczkami".
                                                   





Rano na jeszcze dość mocnej "bombie" udało się naszej 4-osobowej warszawskiej biegowej ekipie (z samochodu geznowego) uskutecznić wyprawę na najwyższy okoliczny szczyt, który okazał się Dąbrowską Górą i gdzie dokładnie nad punktem geodezyjnym określającym wysokość 581,2 jebnęliśmy sobie niestety tylko we dwóch (bo oddział białoruski się chwilowo zagubił) z Jacem Morem zdjęcie roku z widokiem na Jezioro Rożnowskie. Mogę śmiało zaryzykować twierdzenie, że właśnie w taki sposób rozpocząłem sezon treningowy 2015!

Zakończenie notki powyższą fotką byłoby cudowne, ale chciałbym jeszcze dodać parę rzeczy.
Po 1. nie wiem, czy ktoś zauważył, ale użyłem tylko jednego linkowania - do filmu, którego nie da się załączyć do postu. Za to zastosowałem około miliona cudzysłowów - taka koncepcja.
Po 2. moje najbliższe plany to pierwszy etap Warszawa Nocą w terenie widocznym (a jakże!) ode mnie z mieszkania, a oddalonym o całe 2,5km. I to na mapie ałtorstwa trenera Karola! I z list zgłoszonych wynika, że nie będzie kilku zwyczajowych mocnych grajków! Tylko co z moim uprzedzeniem do klepania po asfalcie...Następnie, czyli w sobotę plan zakłada uczestnictwo w osiemnasteczce w mieście Łodzi czy tam okolicach, więc niby najebkę, ale przecież jestem już w trakcie mezocyklu przygotowawczego!
Po 3. chciałem już skończyć z wrzucaniem filmików z muzyką na blogaska, bo chyba nikogo to nie przekonuje, ale z drugiej strony mało jest twórczości polskich artystów, która zasługuje na udostępnianie bardziej niż ta Jacka Kaczmarskiego. Bo wbrew pozorom nie był to tylko grajek od "Murów" czy "Naszej Klasy", ale opór płodny (też wespół z kolegami) pan.

PS: krajobraz blogera tradycyjny

czwartek, 6 listopada 2014

Im bardziej jesteś sobą, tym dziwniej cię odbierają

Ci, co mnie w miarę znają wiedzą doskonale, że ostatni rok z malutkim okładem mówiąc eufemistycznie nie był w moim wykonaniu najlepszy. A ekstremalny dół (obliczany oczywiście z pochodnej funkcji) osiągnąłem w okolicach środka sierpnia, mniej więcej na WUOCu. Jeszcze złożyło się tak, że były to jedne z chujowszych zawodów jakie miałem okazję w życiu odwiedzić, a z zagranicznych to na pewno najchujowsze. Niby wszystko ok, ale atmosfery zupełnie nie było czuć + pogoda listopadowa w wakacje + łódzki klub przedszkolaka, a nie biegu na orientację + znany z Grand Prix Silesia pierdolony czeski wirus po wszystkim. Było ciężko. Po prawie 24 godzinnym powrocie i wyzdrowieniu ze sraki przemyślałem kilka rzeczy na bardzo poważnie i podjąłem m. in. decyzję o zaniechaniu jakiegokolwiek biegania przez miesiąc. (Co prawda troszkę truchtałem stawiając punkty podczas Lower Silesia Wildwood Cup, ale o tym mam nadzieję już niedługo w zapowiadanej gorąco notce "Okiem Orga".) Raczej chciałem ominąć MP w klasyku i sztafetach /ale tym razem szczęśliwie złożyło się tak, że jako wnikliwy obserwator i słuchacz uczestniczyłem w sztafetach mniej więcej od 45% ich trwania/ i na serio pojawić się dopiero na nocnych MP. W sumie to się udało i od tamtego czasu co tydzień zaliczam jakieś zajebiste starty, odnosząc nawet /co dość niewybałe/ sukcesy.  
Niestety, gdy 18 października roku bieżącego w okolicach Młodzieszyna okołosochaczewskiego po raz jedyny w życiu udało mi się wspiąć na podium biegając w barwach łódzkiego Orientusia - akurat nikt nie pyknął fotki. A gdybym miał wybrać jedną jedyną z tego roku, to byłaby właśnie ona. Jakby to powiedział nie propsowany jeszcze przeze mnie, a zdecydowanie na to zasługujący Dominik Pańka

"no cóż..."      /polecam poszukać jakiegoś wywiadu z tym grajkiem, bo mówi to naprawdę mistrzowsko/

W każdym razie w tym tygodniu pod względem zadowolenia z siebie zdecydowanie osiągnąłem poziom niepamiętany od roku z okładem, czyli mniej więcej od pobytu w pięknym /bo w lato niezanieczyszczonym pyłem wunglowym/ Krakowie u państwa (już niedługo!) Cyglerów. Chociaż pani - wtedy jeszcze - Faron w sumie nie było na miejscu. W każdym razie udało mi się po raz trzeci w życiu wyprowadzić z domu, ale po raz pierwszy nie do akademika! Dokąd? Dobry internetowicz znajdzie w mig, gorszy niech napisze na priv :)
W każdym razie ramiona mam szeroko otwarte, a że miałem niebywałe okazje korzystać z niejednej gościny ostatnio, to wypadałoby się odwdzięczać. Jak nie na rzemieślnicze /bo chyba nie lagery/ browarki, to na trening - dobrych mapek w promieniu 10km albo przejażdżki metrem jest tyle, co na potrzeby minionych czerwcowych MP zestawił niezawodny Jaco Moro + Lasek Bielański + nadjeżdżają kolejne wykonane na zamówienie ursynowsko-natolińskiego TSu. Plus oczywiście najlepsze na świecie Łosiowe Błota, na których jeszcze nigdy nie byłem, ale taki stan rzeczy zdecydowanie nie utrzyma się długo. Wnikliwy obserwator na pewno zlokalizuje obszar MP w sztafetach sprinterskich, a ja mam nadzieję, że po raz drugi w życiu zobaczę tamże łosia.
W miniony wikend miałem niebywałą przyjemność pierwszy raz w życiu być na zawodach "Baltic Junior Cup". Co prawda dokładnie jak w przypadku JWOCa - nigdy jako uczestnik. Przez dwa dni wyspałem się równo osiem godzin i dlatego piszę notkę teraz, a nie w poniedziałek, ale było zdecydowanie warto! Zupełnie tego nie widać na fotce, ale o 8:30 w niedzielę po rozstawieniu punkcików ten widok był bardzo ładny.
Natomiast orłowski klif to w moim odczuciu miejsce w top10 najładniejszych w Polsce i nie mogłem odmówić sobie jebnięcia z nim fotki przed powrotem na niziny /zupełnie jak niegdyś ze wszystkim dookoła fotki cykał trener Karol/.
Co dalej? Na pewno zgodnie z facebukowym konkursikiem maksymalnie do soboty załaduję wspominki z okolic Chyrowej i Komańczy, co by liczba czytelników (pozdrawiam wszystkich) była ciut większa. A także również w sobotę, ale przy okazji też w niedzielę zamierzam po raz trzeci w życiu uporywać się z męską trasą na geznie. Co prawda chciałem tego uniknąć w dużo normalniejszym kilometrowo MIXie, ale po raz 3 na 4 dotychczasowe przygody wykruszyła mi się pierwotna para. No cóż...
tymczasem krajobraz blogera niby taki sam, ale teraz trochę inne tło

Na zakończenie blogaskowania, oprócz tradycyjnej piosenki z tytułu, tym razem jeszcze bardziej tradycyjny cytat. Tym razem z Przemysława Wiplera. Rok temu była taka nie wiem czy mocno nagłośniona sprawa, a kto mu nie wierzył, ten niech sobie poogląda sam. Ja /o czym wiedziała liczba osób policzalna na palcach jednej ręki/ też miałem kiedyś niebywałą okazję do podobnego spotkania i rozumiałem sprawę od samego początku. 

Kłamstwo jest sprinterem, prawda jest długodystansowcem.

Więc jeśli ktoś z was uwierzy jakiemukolwiek rzecznikowi aktualnej policji w - naprawdę - nieważne jakiej sprawie, ten jest pierdolnięty.