poniedziałek, 22 grudnia 2014

Intensywność zdarzeń, nie nadążam by notować

Powiem tak: dzisiaj udało się naszemu składowi (runner1986, wojtek9898 i tadziu32167) wykonać najmocniejszy trening tego roku:
- rozbieganko 7km po 5'30 (harde)
- mocna część ogólnorozwojowa - 110 rzutów piłką lekarską (z czego około 40 zamiast rękami trener Karol próbował łapać głową)
- okraszone nieprzerwanym najlepszym na świecie kac humorem
- czując się jak zawodnicy kategorii M55B, a nie M21SE (superelite)

A to wszystko dzień po bardzo ładnej najebce, na której w doborowym gronie świętowano moje - okrągłe - urodziny nr 24. Pozdrawiam gorąco wszystkich najebkowiczów ugabuga. Oczywiście "nie wiem jak ty, ale ja czuję się dwadzieścia dwa".

A to wszystko po czterech nocach w samym pierdolonym /fucking/ Dubaju podczas których przespałem łącznie ze 20 godzin (normalnie potrzebuję około 8 na raz). Relacja ze Zjednoczonego Emiratu Arabskiego już niedługo (razem z "okiem orga", Łemko i GEZnO :D ) Oczywiście piosenka wyjazdu to akustyczna "Rude".



PS podobno doświadczenie w sporządzaniu owsianek i potraw z jarmużu (czymkolwiek ten jarmuż jest :) to kwalifikacje wystarczające do przejęcia funkcji trenera kadry juniorów; ciekawe czy moje doświadczenie w sporządzaniu fotek siebie na tle różnych wysokich budynków również wystarczy do zajęcia jakiejś posady w strukturach PZOS

wtorek, 16 grudnia 2014

Chciałbym świecić jak słońce, a nie jak żarówka

Powiem tak: poprzednią swoją noteczkę przeczytałem od momentu opublikowania już cztery razy, taka jest zajebista. Statystyki odwiedziń są niestety cały czas żenujące, ale miniony wikend był na tyle przepiękny, że dla pięćdziesięciu wiernych (pozdrawiam!) czytelników zdecydowanie warto go opisać!

Rozpocząłem w sobotę rano wsiadając na stacji Warszawa Śródmieście w ten sam pociąg relacji Pruszków - Otwock, co reszta klubowiczów z UKS Kusy Warszawa. Podczas krótkiej podróży do Falenicy okazało się, że może i lat mam więcej, ale ulubione gierki na telefonie z grubsza te same. Na "Biegi Górskie" dotarłem w przeciwieństwie do każdego z moich występów z ostatnich kilku lat na grubo przed startem, bowiem krótsze dystanse (a głównie takie biegają reprezentancji Kusego) startują 45 minut przed dłuższym.
Wychodząc na rozgrzewkę spotkałem zupełnie nieaktywnego w internecie, ale najbardziej aktywnego w lesie mapkarza polskiego - Jaca Mora. Podczas opowieści o ostatnich dokonaniach kartograficznych i związanym z nimi brakiem treningu ustaliliśmy tempo, jakie obu nas satysfakcjonuje na 39:00. Innymi słowy, szanujący się zawodnik przy biegu na rekord (PB) powinien mieć pacemakera.

Pierwsza pętla wyszła w 12:54, czyli niby doskonale, ale było to zdecydowanie powyżej moich sobotnich możliwości. (Przy okazji dodam, że dla mnie bieganie poniżej 13 minut na falenicką pętlę to już dość mocno.) Na pierwszych czterech (jedna pętla ma ich siedem) podbiegach (oraz szczególnie zbiegach) czułem się jak król, napierdalaliśmy aż miło. Jednak każdy kolejny podbieg był coraz trudniejszy, drugie koło wyszło w 13:49, a trzecie również w 13:49. Co ciekawe, Jacek przed biegiem nie zgodził się na używanie wulgaryzmów do poganiania, więc musiał się mocno słownie nagimnastykować. Dodając te trzy międzyczasy wyszło 40:32 w tempie wg garminka 4'23/km przy dystansie wg niego 9,24km. Poniżej oczekiwań, ale zdecydowanie powyżej np. sierpniowej formy albo moich występów z poprzedniej zimy. Najlepsza fotka, jaką znalazłem to poniższa, niestety nie do końca widać na niej całkiem udane w moim wykonaniu trzymanie plegieru. Oprócz niej jeszcze trzy całkiem sensowne.

dwukropek pe
tłuszczu jeszcze za dużo, ale napieranie w dal trochę już jest
doskonała ilustracja mojego ambiwalentnego uczucia do "FBG" - młodzi orientaliści zestawieni z biegaczami spod znaku "a pierdolnę sobie jeszcze fotkę przed startem"

Sobotnie popołudnie upłynęło na kończeniu lektury blogaska trenera Karola. Najlepszym podsumowaniem tej pozycji czytelniczej jest komentarz pewnego mieszkańca Masywu Śnieżnika do notki z WUOCA 2012 - pozwolę sobie zacytować "Pierdolisz głupoty aż głowa boli." (Taki komentarz można jednak opublikować pod każdą notką każdego blogera i nie będzie daleki od prawdy.) Jednak przyszłego szefa klubu poznać trzeba dobrze, dlatego podołałem, chociaż kończenia wycieczek po zwyczajowe 3'32/km nie brakowało. Kilka najciekawszych spostrzeżeń:
1. chciałbym mieć takie zdjęcie
2. chcialbym mieć też takie zdjęcie
3. takie to już niekoniecznie, ale ktoś ogarnięty szybko zauważy na nim tzw. biegowego celebrytę od fanpaga "Bieganie życiem stylu", z którym to, gdy jeszcze był biegaczem, a nie celebrytą, miałem okazję trenować w otwockim KSie oraz nie biegać GEZNA w roku 2011 (relacja z GEZNA już wkrótce!!!!!!!!111!!!)
4. gdybym ja się znalazł na tej fotce, możnaby śmiało napisać "medaliści MP w sztafetach z roku 2015" - do zobaczenia 20 września
5. na początku roku 2011 miałem okazję wygrać trening, z którego to zwycięstwa zmontowano nawet relację wideo - polecam
6. przełom lat 2012/13 Dominik Chudzik spędził m. in. połykając niezliczone ilości tabletek - kto go widział w roku 2014, ten wie, że chyba nie wyszło na dobre
7. trener Karol to oczywiście znany entuzjasta łódzkiego Orientusia

Wieczorem próbowałem pływać oraz odwiedziłem (dość sensownie) saunę. Dlaczego próbowałem? Bo tempo rzędu 26'/km jest o około 2'/km czyli 3"/25m wolniejsze od mojego normalnego. Co jest dobrym potwierdzeniem tego, że po prostu trzy starty w cztery dni dość mocno mnie zajebały, ale o to przecież chodziło.

W niedzielę rano wsiadłem do polskiegobusa linii P4, a po 250 minutach (z ominięciem miasta Łodzi) wysiadłem w moim mniemaniu najładniejszym dużym mieście polskim. W planie było zrobić przepiękną wycieczkę biegową, uczestniczyć w "premierze" piwa z AleBrowaru oraz zaznać ukraińskiej gościnności. Plan zrealizowałem w 102%, nawet przy okazji łamiąc swoją zasadę dotyczącą nieużywania aplikacji "snapchat" na trzeźwo. Przy okazji też uporałem się z demonami przeszłości, przebiegając bez zmiany tempa trasę eliminacji KO sprintu z WNOFu z roku 2012 w 4:26, czyli o 32 sekundy szybciej niż 35 miesięcy wcześniej, kiedy to zrobiłem na niej minutę błędu i o 5 sekund minąłem ćwierćfinał. Ogólnie rzecz biorąc miałem w planie przebiec kilka mapek WNOFowych - wyświetlając je sobie na telefonie, ale najpierw nie trafiłem w Park Tołpy, a na pozostałe nie starczyłoby czasu... Jednak jak powszechnie wiadomo - co się nie odwlecze, to uciecze. Na zakończenie, oprócz przebiegu przez "najbardziej muzykalną dzielnicę", nie zabrakło rund honorowych: przy Pergoli i dookoła Placu Grunwaldzkiego. Nie mam w zwyczaju wrzucać linków do swoich treningów, ale ten był naprawdę zacny - tutaj zapisik gpsa. W poniedziałek rano próbowałem jeszcze razem z rocznikiem 96 z LO nr 5 napisać próbną maturkę z polskiego, ale niestety ubrany "na sportowo" - w szary dresik i z torbą - nie dałem rady dostatecznie ukryć się pośród ubranych w garnitury "abiturientów". Czyli dalej realizuję się jako pisarz na niszowym blogasku. No cóż...
odp. "Kilimandżaro"


Wroclove na jednym zdjęciu - Sky Tower (Ty Skower/Sty Kower) + sekundnik na sygnalizacji + dobry i normalny przystanek bez zatoki +piękna architektura
Z ciekawostek to jeszcze:
# wrzuciłem wszystkie mapki, które znalazłem w formacie qrt na swoim dysku do bazy map DOMA - aktualnie jest tego 257 i w liczbach bezwzględnych przegrywam z trenerem Karolem, ale pod względem map z określoną lokalizacją wygrywam znacznie. Innymi słowy, jestem niekwestionowanym liderem.
# dzisiejszy etap WNOFu (mapka na wzór łódzki w pliku pdf zamiast normalnym) doskonale pokazuje, że z "nocnych zawodów sprinterskich" nawet w małym parku można wycisnąć więcej niż marne 15 minut. Pod względem zakręcenia trasy niekwestionowane zwycięstwo w tym roku w Polsce. Pod względem zakręcenia trasy niekwestionowane drugie miejsce w tym roku w Polsce, ostatni etap Szybkiego Mózgu bije wszystkich na głowę. (I nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał, że spora w tym moja zasługa, bo nie dałem rady zrobić drugiej części planowanej mapy :)

Naszło mnie takie dość chyba trafne przemyślenie, że powoli "zaczynam być na bieżąco". A co do planów, to następna próba łamania 39 minut (chociaż w trochę innej scenerii niż falenicka wydma), a także sprawdzanie, czy poniższy obrazek jest prawdziwy już od jutra.

piątek, 12 grudnia 2014

Wóz z sianem jedzie dalej

Powiem tak: jestem aktualnie w trakcie lektury blogaska trenera Karola od samego początku jego istnienia i wolałbym czytać zamiast pisać teraz (bardzo znamienne, ale żeby czytać mógł ktoś, to i ktoś inny musi pisać - co też czynię!), ale kilka kwestii omówić muszę, bo jak nie teraz, to nigdy. Swoje czytelnictwo przerwałem na czerwcu 2013, nie zostało już dużo. Niby tylko 1,5 roku, ale np. w moim życiu przez ten czas zdarzyło się tyle, że były to wydarzenia zupełnie zapomniane.

Przechodząc do meritum - pan trener zalinkował w notce z odbytych wtedy MP (Zamość i okolice) dyskusję na forum biegnaorientacje.pl. A tam ku mojemu wielkiemu zdziwieniu odnalazłem swoją wypowiedź! Nie wiem jak to zabrzmi, ale bardzo lubię czytać swoje własne teksty po pewnym czasie, z reguły nie tracą nic na aktualności, a niosą w sobie pewne bardzo subtelne smaczki. W każdym razie gdybym ja miał okazję być kimś "zarządzającym" w polskiej orientacji - to po przeczytaniu wypowiedzi takiego typa po 1. podrapałbym się w głowę, a po 2. przynajmniej odezwał do niego, bo zdecydowanie widać, że zna się na rzeczy. Nikt się nie odezwał do dzisiaj. Powiem więcej: w wymianie maili, która nastąpiła na początku października tego roku tuż po ponownie trochę feralnych, ale tym razem dla innego klubu (sportowego wykrzyknika)   / notabene doskonale sprawdziła się prawdziwość twierdzenia "punkt widzenia zależy od punktu siedzenia" - myślicie, że gdyby to Krzychu Wołowy, a nie Piotr Łobindropsowy nie miał na swoim chipie wszystkich punktów, to równie mocno w sprawę angażowałby się Sędzia Główny związany przecież dość mocno (chociaż od strony formalnej prawie wcale) z owym sportowym wykrzyknikiem? Ja nie. /   MP okazało się, że np. taki pan Ryszard Chachurski mojego blogaska nie czytuje w ogóle. No cóż...

W ostatnią środę miałem natomiast niewybałą okazję biegać w znanych i czasami lubianych, a czasami nie, zawodach Warszawa Nocą. Ale na pewno cyklu nocnych sprintów z największą (bijącą inne wielkie ośrodki nawet dwukrotnie) frekwencją. Tym razem mi doskonale, a innym to nie wiem, znana mapa z tegorocznego sprintu na MP. Mimo tego, że doskonale, to 7,5km oraz 140m przewyższenia robione na pięciu podbiegach wymagało oprócz czytania mapy bardzo mocnego napierdalania. Ja aktualnie mogę zaproponować jedynie takie "na lepszej średniości", więc przygodę skończyłem bez większych błędów (łącznie może z minutę - jak każdy, w tym największy wariantowy na przebiegu 3-4) jako grajek nr7 (nr6 w klasyfikacji normalnych) ze stratą 5:08 (lub 1:11 do normalnych). Czyli w normalnych nie tak źle, ale to, co zrobił tego dnia Paaaaaaapuś to jakiś kosmos. Sześć przebiegów wygranych z drugim o co najmniej 9 sekund i żadnej bombeczki na tej trasie w nocy - można się tylko zastanawiać czy jakieś grajki ze światowej czołówki nie zostałyby tam przez niego ograne. Z ciekawostek to jestem zdania, że m. in. dzięki moim listopadowym namowom (podczas podróży na GEZnO oraz zaślubinki Sławka i Paulinki) ta trasa była tak długa. Oby tak dalej, nie ma się co bawić w 15-minutowe nocne biegi! Mapka zalinkowana pod poniższy obrazek.
Warszawa Nocą E2 (10/12/2014)

Następnie nadszedł czas na ostatnią w tym roku wyprawę do środkowopolskiego miasta Łodzi. Tym razem po raz trzeci w życiu na sprincik w Parku im. Zaruskiego. Zastanawiałem się trochę nad tym i chyba nie ma innej sprinterskiej mapki, na której w przeciągu ostatnich dwóch lat biegałbym tyle razy. Oczywiście nie zmieniłem swojego zdania i bycie orientacyjnym sprinterem wcale nie jest dla mnie kierunkiem rozwoju, ale w perspektywie nieobecności na wigilii klubowej wypadało się pojawić, aby np. własnoręcznie oddać dresik. Cele główne zrealizowałem w 100%, cel poboczny ciężko powiedzieć, ale przy starcie masowym udało się wskoczyć do top3, ponieważ ostatniego punktu nie podbił trzymający się przede mną przez cały bieg Witek. Trasa bez historii, więc i nie ma o czym pisać - nogi trochę zmęczone po środzie (i wtorkowych schodach), na jedynkę plegier samego zwycięzcy Krzysztofa, na pierwszym motylku i dobiegu do drugiego plegier Witka, na reszcie trasy plegier niczyj tylko zwykły bieg na lepszej średniości. Trochę górki wchodziły w nogi, ale bieganie naobkółko bloków to zdecydowanie nie jest moja ulubiona aktywność.
Łódź Park Tour E2 (11/12/2014)


Co ja mogę więcej napisać? "Pozdrawiam cały Orientuś, a szczególnie Agatkę"? :D Zmiana klubu to zawsze dość trudny temat, a mi się zdarza po raz drugi z rzędu, chociaż tym razem ze zdecydowanie innych powodów. No cóż...

Jeśli chodzi o plany najbliższe, to za 12 godzin start w Falenicy z gorącym zamiarem pobicia życióweczki, czyli niebotycznego 39:30 (z tym, że w 2011 byłem po całej dość solidnej zimie, a teraz po całych dość solidnych czterech tygodniach) - przy okazji trzymam kciuki, żeby panowie "wielcy politykowie" Jacek i Paweł odpowiednio Kozłowski i Lech nie zamknęli falenickiej wydmy ze względu na jej ogromne niebezpieczeństwo (dla życia i zdrowia oczywiście). A za 32 wybitka na rozbieganie i nie tylko do pięknego miasta, o którym w marcu napisałem "chyba starczy". Chyba jednak nie.
tytułowy obraz mistrza Hieronimusa van Aeken z Hertogenbosch zwanego Boschem

sobota, 6 grudnia 2014

Pierwszy grudniowy

Na początek najważniejsze - w tym tygodniu wpadło 7x1km po 3:45 każdy, a ostatni nawet 3:39 oraz 5+2 km po 4'00. Czyli odpowiednio podobno tzw. trzeci i drugi zakres. Ja jestem zadowolony, ale to drugie (dzisiejsze) miało być 2x5km. Niestety dokuczył mi spory ból w jamie brzusznej, szczególnie po prawej stronie i trochę przez chwilę obawiałem się, że to wątroba. Która to miałaby całkiem niezłą wymówkę takiej dysfunkcji, bo w czwartek (jak co roku 4 grudnia) odbyła się "Barbórka" - święto górników i geologów, a więc moje także. W gronie studenckim przyjęło się z tej okazji nadużywać alkoholu. Mi jak co roku udało się zasnąć we własnym łóżku o godzinie 4:15 (w tym roku miałem do niego w miarę blisko w przeciwieństwie do dwóch poprzednich kiedy było daleko i jeszcze wcześniejszego, kiedy było 50m do akademika). Najebkowicz uga buga. Następna 21 grudnia, wcześniej luz oraz pobyt w muzułmańskim przecież kraju.
Co najciekawsze, o godzinie 5:00 tamtego dnia (czyli wczoraj) na warszawskim lotnisku lądowali powracając z poślubnej podróży nasi przepiękni nowożeńcy Pałko i Slavko. Więc gdybym wiedział, przybyłbym jako komitet powitalny! W każdym razie tuż przed godziną 12 otwieraliśmy z panem młodym bronxy na Marymoncie, gdyż pani młoda akurat uczestniczyła w badaniach dla kadrowiczów odbywających się nieopodal. A co mi tam, wrzucę nawet dwie foteczki z tego pięknego spotkania.


Prowadzenie merytorycznych dyskusji to moim zdaniem jeden z ciekawszych sposobów porannego trzeźwienia. Sauny nie było, wojskowymi nie jesteśmy, ale dało radę. Dwa miliardy słów później przybyła reszta wawelowiczów (hohoho co za słowo dwuznaczne) w osobach Pauliny i Marcina, chwilę podziwialiśmy ekrany półtunelowe z mojej wysokości i nadszedł (ponownie, jak na weselu) czas pożegnań. Wóda weselna nadal więc czeka. Historia może nie jak z ósmego odcinka trzeciego sezonu (3x08 albo S03E08) Californication, ale i tak bardzo dobra.
Co do trzeźwienia, to tydzień temu po spotkaniu na szczycie z najprężniejszym na fejsiku mapkarzem polskim miałem niewybałą okazję poranek spędzić w kościele św. Anny na wycieczce z przewodnikiem. Kościele barokowym dodajmy. Obcowanie z taką ilością sztuki było nie do opisania. Dodatkowo do śniadania oglądałem sobie filmową produkcję sprzed 60 lat. Jeśli mogę coś polecić, to polecam mieć folderek "na wytrzeźwienie".
Jeśli chodzi o plany na najbliższą przyszłość, to jutro długie rozbieganko z zawodnikiem top6 MP 2014, poniedziałek spokój, wtorek drugi w życiu trening na sali z UKS Kusy oraz drugi w życiu trening w 20piętrowcu, środa Warszawa Nocą - Mistrzostwa Śródmieścia w biegu na orientację, czwartek Łódź Park Tour - Nowy Wymiar Biegania, piątek spokój, sobota Falenickie Biegi Górskie - do których ze względu na nadreprezentację "biegaczy niedzielnych" (ogólne określenie charakteryzujące kogoś, kto biegając ma na sobie rzeczy za więcej niż miesięczne zarobki, a jeszcze 3 lata temu widząc biegacza cisnął bekę) oraz spory sentyment do zajebistych zimowych zawodów mam bardzo ambiwalentne uczucia. Miejmy nadzieję, że nie przyjedzie ani znany z występów w serialu Alf wojewoda mazowiecki, ani znany z troski o życie i zdrowie radny warszawski. Obaj z ukochanej przez miłujących wybieranie "mniejszego zła" partii i obaj znani z ogrzewania się w blasku rozdawania nagród na tym cyklu. Pisałem już dawno temu, że jakby porównać zagrożenia na falenickiej wydmie - skręcenie kostki, zbicie kolana, uderzenie w drzewo, przeziębienie - z tymi na stadionie Legii, to niestety, ale wydmę trzeba by natychmiast zamknonć!!!