sobota, 3 października 2015

SAD AND BITTER MAN - pierwsza sobota października




I was loooooost, on my oooooown

czwartek, 24 września 2015

SAD AND BITTER MAN - wrzesień


Powiem tak: generalnie swą blogaskową działalność opieram na licznych nawiązaniach i odnośnikach do innych "blogerów", a po minionych MP tekstów (pomijając oczywiście pisane od szablonu "ale jesteśmy zajebiści, natłukliśmy 76 medali MP") jest jak na lekarstwo. W tym miejsu niewątpliwa pochwała (za dobre pisarstwo, nie za podejście do własnych wyników) należy się Garbatemu.  Mi natomiast dość ciężko przychodzi pisanie wyłącznie o sobie i swoich przygodach (typu "ale jestem zajebisty, walę wódę co 2 dni, a medale MP same wpadają"), jednak spróbować trzeba.

Bo i po zobaczeniu dwa tygodnie temu, jaka jest nagroda dla najlepszego "dziennikarza biegowego" naszły mnie 2 spostrzeżenia, z których postanowiłem wyciągnąć 1 wniosek.
Spostrzeżenia: 
1. Bardziej opłaca się pisać pierdoły i wrzucać słodkie zdjęcia, które polubi full ludzi, niż zajmować wysokie miejsca na wynikach.
2. Dlaczego mnie tam nie ma?
Wniosek:
1. Muszę spróbować zmienić swoje blogaskowe przyzwyczajenia i zacząć publikować dość często, może mimo potrzeby czasem intensywnego użycia mózgu do zrozumienia tekstu publika sama przyjdzie z czasem. (tak jak powoli napływa na fanpag Boba Jebanda)

Po niewybale udanym wikendzie w okolicach Dęblina (przypominam - bardzo wysokie miejsca, wyłączne na podium) przyszedł czas najpierw na zorganizowanie ostatniego etapu Pucharu Bielan (o poprzednich będzie w rozdziałach "maj" oraz "czerwiec"), a następnie na mocne wikendowe starty w Ponurzycy i na Poligonie WATu.

Niestety, organizatorzy Pucharu Bielan to w żadnym wypadku nie są spece od IT (ciężko to powiedzieć o sobie, ale jakbym był dobrym hakerem, to przynajmniej mapki znajdujące się na nie moim komputerze bym wrzucił na stronę), więc zgodnie z przewidywaniami, liczenie klasyfikacji generalnej na szybko po ostatnim etapie zajęło jedyne 3 dni. Na szczęście nie brałem w tym udziału, ale jako Sędzia Główny mogłem się wykazać przyznaniem DSQ za bieganie przez teren oznaczony jako prywatny otoczony płotem oznaczonym jako nie do przejścia, z międzyczasów sprawa była ewidentna, a mapa fotografowana z oddali poniżej. Natomiast opublikowane wyniki nadal są "wstępne" - zatem powiedzcie mi, czy IT-team jest poważny? :D
płot z oliwką w SE części mapy, trochę poniżej palca trenera Karola

Las między Regutem a Ponurzycą został użyty jako arena zawodów OK.,;!Sportu po raz szósty w ostatnich 27 miesiącach. Sam robilem najbardziej zachodni fragment (użyty bardzo oszczęnie w 2/6 razy) i w połączeniu z trenigami w tym terenie spowodowało to, że znam go (teren, nie fragment) niemalże (no oprócz najnowszych części) na pamięć. Co oczywiście nadal nie oznacza, że na dołki czy rowy w zielonym trafiam bez wahnięcia. Nowe centrum (opuszczona szkoła) było całkiem klimatyczne, warunki do biegania wspaniałe, w drodze na start nawet atrakcja w postaci drzewa pogryzionego przez bobry, ale leżącego na polu zamiast w pobliskim strumieniu, 180 stopni błędu w jego obalaniu zanotował bobrzy inżynier. Bieg w moim wykonaniu oprócz 1pk (źle przytrzymałem kciuka i myślałem, że na 19pk trzeba...) całkiem przyzwoity, tuż za jedynką dogoniłem Ilię Marczuka - dobry ziomek zajebał trochę, a swoją filozofię biegową "kto nie ma w głowie, ten ma w nogach" wykładał mi prawie do końca trasy. Na 3pk trochę niestety zabiegliśmy, oczywiście to ewidentna wina mapy, a nie nasza, bo była robiona w skali 1:10000, a na zawody tylko przeskalowana. Potem na 4pk okolice punktu trochę zarosły, znowu wina mapy. W drodze na 5pk dogonił mnie Ilia, przestałem go widzieć w drodze na 7pk, na  8pk znowu byliśmy razem, 9pk razem zabiegliśmy (wina mapy). Na 11pk Ilia znowu mi uciekł, na 13pk znowu byliśmy razem, na 15pk to ja mu uciekłem i tak się ucieszyłem, że od razu zajebałem 16pk, na 17pk wygrałem jedyny tego dnia przebieg - tempo w dół było bardzo ok :) Na 18pk Ilia znowu biegł zdecydowanie szybciej i nie do końca optymalnie odbiegł na 19pk, ja za nim, po chwili ogarnąłem błąd, a tu pstryk! sam Mistrz Świata Juniorów w sztafecie z 2011 roku dogonił mnie na 9 minut. Puściłem Papusia przodem przez krzaki i sam kontynuowałem w bezpiecznej odległości, żeby nie wyłapać gałęzi na mordę. Na 20pk były Mistrz lekko zajebał, a ja nie, więc jako taki plegier mogłem potrzymać aż do 22pk. Końcówka bardzo przyjemna, niestety do podium zabrakło mi 44 sekund, no cóż. Bardzo godne uwagi w zalinkowanych przed chwilą międzyczasach jest, że nie są zawinięte, a stanowią jedną linię. Niby kilka kliknięć w programie, a jaka wygoda oglądania! Po tym m. in. można poznać poważnego IT Managera na zawodach. Duźe gratulacje. Inna ciekawostka spotykana w zasadzie tylko na zawodach OK.,;!Sportu to zastosowanie narzędzia do rozdzielenia biegaczy - tzw. "phi-loopa", ale nie w celu ich rozdzielenia (wszyscy biegają tak samo) tylko chyba zagęszczenia trasy. Niestety zapomniałem garminka.
Warszawska Olimpiada Młodzieży klasyg (12/09/2015)
mapa klasyk

Następnego dnia w znanym m. in. z zeszłorocznych MP w "sztafetach sprinterskich" lesie koło WATu przyszło mi biegać drugą zmianę sztafet "zwykłych" jako Kusy Warszawa razem z trenerem Karolem i Owczarem. Wedle przedsezonych planów mogłaby to być próba generalna przed Mistrzostwami Polski, ale dla mnie ten bieg okazał się przekonaniem, że nie mam co na tych MP szukać i z czystym sumieniem mogę podejmować się Biegu Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej, który to pomysł wpadł mi do głowy pod koniec sierpnia podczas powrotu z Tatr (będzie o tym w rozdziale "sierpień"). Na 1 zmianie Rafał mimo sporych chęci nie dotrzymał kroku Łobowi i Wojtasowi, więc wybiegałem samotnie z 6-minutową stratą do liderów na pewnym niewybale wysokim 3 miejscu. Na 1pk zbyt mocno zaczytałem się w mapce, ale z myślą "może ci przede mną zajebali bardziej" ruszyłem po ścieżkach dalej. Taki to był bieg: pełna pizda po ścieżce i wejście w dołki w zielonym. Celowo wchodziłem, bowiem różne śmieci leżą na tym poligonie na ziemi, a mi nie uśmiechało się zrobienie sobie krzywdy w walce o murowane 3 miejsce na mazowieckich sztafetach. Jako wysublimowany przerywnik budowniczy tras zaserwował przebiegi 7-8-9, czyli kilkaset metrów na wprost ścieżką i drogą oraz powrót tą samą drogą. Przebieg godny najlepszych sztafet sprinterskich! Tylko po co ta mapa wtedy! Potem jeszcze 15pk w olbrzymich poligonowych badylach, gdzie pod nogami mogło czaić się wszystko, ale na pewno nie ciekawe bieganie na orientację oraz 26pk, na który trzeba było skakać przez śmieci. Jest kilka typów terenu, po jakich nie znoszę biegać i doły ze śmieciami to właśnie jeden z nich. Po 33:30, nie robiąc sobie żadnej krzywdy, dowiozłem pewne 3 miejsce, które trener Karol utrzymał. Ufff. Nabiegałem 5 czas w stawce 18 podejmujących wyzwanie sztafety M21. Wyniki tutaj. (pół minuty zajęło mi podbicie puszki mety, więc odpowiednio należy odjąć i dodać ten czas celem pełnego ich i mojego wywodu zrozumienia). Następnie dekoracja Pucharu Bielan, w której miałem okazję czynnie uczestniczyć i dekoracja sztafet, z której niestety nie mam żadnych foteczek. Jako ciekawostkę dodam, że z mapy wygląda to na zwykłe rozbicia sztafetowe ("metoda Farsta"), jednak w rzeczywistości zastosowano "metodę Motala" i były po prostu 3 takie "rozbite" pętle. Nie mam pojęcia dlaczego, ale na pewno nie w celu zrobienia dobrych sztafet.
Warszawska Olimpiada Młodzieży sztafety (13/09/2015)
mapa sztafety
"sędzia przyjacielu, rodzinę masz w Izraelu" :D
W kolejnym tygodniu (czyli 8 dni temu) odbyto czwarty etap tegorocznego (czwartego lub wręcz piątego już, zależy jak liczyć) Szybkiego Mózgu. Był on ostatnim do zebrania punktów w klasyfikacji generalnej i z takim też nastawieniem pojawiłem się w Hali Gier warszawskiego AWFu - wskoczyć na podium w kategorii wiekowej. Mój niecny plan spalił na panewce już przed startem - w rozmowie z Wojtasem Dudasem wyszło, że jemu też brakuje jednego startu, więc i tak zepchnie mnie poza upragnione podyjum. Ruszyłem spokojnie, ale pewnie, mając w głowie problemy na ostatnim leśnym etapie Szybkiego Mózgu (w Lasku na Kole, więcej o tym w odcinku "maj"). Po dobrze zrealizowanym długim przebiegu byłem nawet na miejsu nr 5, tracąc do lidera jedyne 14 sekund (w sumie to 5 byłem jeszcze na 19pk, ale wtedy miałem już 1:40 straty - po prostu nie było kilku zwyczajowych mocnych grajków na tym etapie). Małe problemy na 9pk i 11pk nie popsuły mojego humoru, nadal świeciłem po oczach wchodzącym mi w drogę biegaczom z marnymi czołówkami i jak najbardziej obiegałem ścieżkami. Jednakże spory błąd na 15pk (sprawdzanie kierunku na ścieżce wykonane, lecz niestety nieudane) oraz tzw. wypsztykanie skutkujące koniecznością przejścia kilku kroków w drodze na 20pk skutecznie pozbawiły mnie realnych tego dnia szans na pokonanie samego Mistrza Świata w Towerruningu, czyli Łoba. No cóż, 6 miejsce tego dnia (wpisujące się w rosnący ciąg: 4, 5, 6, który nastąpił tuż po 3, 2, 1) oraz 4 w generalce to dokładnie poziom, jaki obecnie prezentuję. Chociaż nie był bym sobą, gdybym nie napomknął, że obecny przede mną w generalce Ilia (oddział białoruski UNTSu) generalnie stawia punkty na owych zawodach, więc generalnie nie bardzo powinien liczyć się w generalce. Zdjęć brak, ale za taki nocny etap należą się duże gratulacje, wreszcie nie było to jakieś marne obieganie ogródków dookoła bloków i obsranych przez psy trawników.
Szybki Mózg E4 (16/09/2015)
mapa Szybki Mózg

Kolejny (czyli miniony) wikend miałem okazję spędzić w sercu (i nie tylko) przepięknych Karkonoszy. Motywację do niebiegania klasyka MP przedstawiłem już poprzednio, jednak nie zawadzi przypomnieć: "nie chciałem po raz czwarty w życiu tracić pół godziny do podium i zajmować wysokiego miejsca w top30."
Bieg Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej odbywany przy okazji Przejścia tejże Kotliny, które to (co dość ważne) zostało zapoczątkowane przez, a obecnie nosi imiona Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza, którzy zginęli w lawinie w Kotle Małego Stawu, jawił mi się jako doskonała okazja do debiutu na dystansie dłuższym od maratonu (ultra to taki festiwal w Miami, gdzie np. DJ Tijestoł dobrze gra, a ultras to taki pan, który np. na stadionie odpala pirotechnikę), który mógłbym jednocześnie celebrować następnego dnia robiąc to, co lubię najbardziej - oglądając zmagania sportowe z browarem w dłoni.

137km, 5000m przewyższenia, Karkonosze, Rudawy Janowickie, Góry Kaczawskie, Góry Izerskie, brak oznaczeń zrobionych przez organizatora, poruszanie się z mapą po często niebędącej szlakiem trasie, której poprawność pokonania sprawdzana jest za pomocą podbijania karty startowej przy lampionach do BnO - plusy zdecydowanie przesłoniły minusy w postaci podejmowania wysiłku od 8 rano do środka nocy (końcówka z mocnym pragnieniem snu) oraz ominięcia w ten sposób wypierdolonego w kosmos klasyka MP bieganego w niewybale wymagającym zarówno biegowo, jak i technicznie terenie. Mam nadzieję spisać nazwijmy to "relację" już wkrótce, więc chwilowo oszczędzę szczegółów i przedstawię konkrety:
0. mapka z trasą i profilem - na odcinku od Śnieżki do Zakrętu Śmierci i od Jakuszyc do Kamieńczyka nigdy nie byłem, ale nauczyłem się go dobrze w domu z mapek i streetview, a w telefonie miałem foteczki z rekonesansów organizatora (w tej chwili mam już poznany fragment od Śnieżki do Janowic Wielkich :)
1. prowadzący stawkę typek z brodą jak na zdjęciu poniżej pobiegł w złą stronę już przed Kamieńczykiem - na Wysokim Moście zamiast w prawo czarnym, to zielonym w lewo - pomyślałem sobie wtedy "oho, przy takiej znajomości trasy moje szanse rosną mocno :) ", a także

2. obiegając Wielkiego Szyszaka, na lekkim nachylonym w lewo zakręcie w prawo na głazach (dosłownie 200m szlaku takiego, jak zielony pod Kotłami - bardzo wymagającego koncentracji) utraciłem kontrolę trakcji i starłem dość niemiło prawą nogę, nic nie bolało, więc podniosłem się i pobiegłem dalej, wydawało mi się, że nie ma tragedii

3. lekka tragedia zrobiła się na zbiegu ze Skalnika (45km trasy, 35 po wyjebce i 92 do końca) - notabene ZAJEBISTE i nigdy chyba nieużyte tereny do BnO miałem okazję oglądać z bliska w Rudawach Janowickich
4. duża tragedia zrobiła się na zbiegu przed Zamkiem Bolczów (53km trasy, 84 do końca) - wszystkie mięśnie w prawej nodze były spięte, a kolano odmawiało współpracy. Wobec czego podjąłem dość trudną (szczególnie w głowie) decyzję o zejściu z trasy przy PKP Janowice Wielkie (55km, 82 do końca). Mój tok myślenia: kilka dni i wrócę do siebie, a kontynuacja (o ile by się powiodła przez te ~17 godzin) groziła zdecydowanie groźniejszymi problemami. Zaśpiewałem sobie jeszcze ulubione hepisedy.

No cóż, po nieprzespanej nocy stawiłem się w niedzielny poranek w Goduszynie, aby z bliska i z browarem w sposób smutny i zgorzkniały obserwować rywalizację. I tak:
1. w K16 stawiło się 5 sztafet, z czego 2 niepoważne
2. w K18 pod nieobecność kontuzjowanego faworyta (WKS Szpital - murowany zdobywca medalu w juniorkach od 2006 roku) medale trafiły do "ciężko pracujących na sukces" grajczyń
3. w K21 rozpierdol zasiał Wawel - i bardzo dobrze! (notabene Mistrzynią Polski w K21 dzień wcześniej została 22 zawodniczka czeskiego rankingu - czyli przez analogię jak ja (jako 15 grajek naszego rankingu) bym pojechał do jakiegoś ogórkowego kraju i został w nim mistrzem, to znaczyłoby, że jestem mocny czy też może oni słabi? Ponadto w rodzinnym pojedynku Alicja okazała się lepsza od Barbary o ponad 2 minuty. Alicja w tym roku do dzienniczka treningowego wpisała ~5godzin biegania, w tym przed MP zero z mapą. OK.,;!Sport    >>    UNTS)
4. w M16 z pewnością były pomysły o wertowaniu regulaminów, bo rozklepała ich dziewczyna ("kobieta w męskiej kategorii? na to na pewno jest jakiś przepis")
5. w M18 stawiło się 5 sztafet, z czego 5 poważnych i walka była naprawdę wyrównana
6. w M21 jak już napisałem, 2 medale były zajęte, do nierównej walki o trzeci stanęło 6 sztafet i tylko mi żal, że nie miałem okazji ani kompanów, aby w tym uczestniczyć. Teraz pora na tradycjne stwierdzenie: "może za rok?"
7. na dekoracji siedziałem sobie samotnie przy jamie z pegmatytami i ze zdziwieniem obserwowałem, że nikt na podium własnoręcznie nie macha swoim żaglem (a szkoda), ale wprowadzenie na poważnie elementu śpiewu na dekoracji jak najbardziej na plus
poważny klub z poważnymi wynikami w poważny sposób pokazuje swoją radość

8. na temat weteranów się nie wypowiadam, bo i wiek jeszcze nie ten, ale na medal w M105 wbiega się tak:

Co dalej? W tym tygodniu jedynie treningi pedałowe pod wiatr oraz duże ilości białka i witaminy C (zalecane na gojenie ran, potwierdzam słuszność). Natomiast w wikend zapisałem się na wolontariatowanie podczas "Etapowego Maratonu Biegów Alpejskich" w Zawoji. Nigdy nie byłem na Babiej Górze, czas najwyższy nadrobić zaległości. Jeśli na koniec mógłbym coś polecić, to polecam pisanie blogaska w PolskimBusie linii G6 War-Kra.

PS Widzieliście biuletyn przyszłorocznego Pucharu Świata? Grubsza sprawa!

poniedziałek, 21 września 2015

Cause after all these years I'm still the same - SAD AND BITTER MAN


Powiem tak: miało być ciut inaczej. Miałem "przebiec" (7'30"/km to chyba jednak nie jest średnie tempo biegu, jak nazywa się takie zawody, ale rozwinięcie tezy wkrótce) po raz pierwszy w życiu ponad 100km (nawet od razu 137), osiągnąć miejsce w top3, a po kilku godzinach potruchtać na sztafetowych MP. Oczywiście był to już plan B, ponieważ stworzony na przełomie tego i poprzedniego roku plan A zakładał walkę sztafety Kusy Warszawa o medal. Jak bowiem powszechnie wiadomo, aby tego dokonać, wystarczy dwóch w miarę mocnych grajków i jeden dość przeciętny. 2 medale są zajęte, ale o trzeci można walczyć. W tym roku jak się okazało do walki stanęło 6 takich sztafet. Kto wygrał, a kto przegrał nie mi oceniać, ale pewne słowa napisane rok temu obrazują to bardzo dobrze:

"Można przeklinać? Bo jest kurwa słaby. Oczywiście nie Jaco (link do blogaska którego dostępny dotychczas po lewej stronie notabene przestał działać :( tylko poziom w naszej męskiej elicie. "

Przeciętnym grajkiem w naszej sztafecie miałem być ja, natomiast tymi dobrymi Karol i Owczar. W tym roku jak się okazało, chłopaki prawie nie dali się zdublować zwycięskiej sztafecie notując odpowiednio 51 i 48 czas w stawce 59 podejmujących wyzwanie sztafety M21 (w tym 2nkle).
Nie chciałem biegać MP w klasyku, bo i nie chciałem po raz czwarty w życiu tracić pół godziny do podium i zajmować wysokiego miejsca w top30. W tym roku jak się okazało, pół godziny straty dawało niewybale wysokie miejsce nr 8.
Moja tegoroczna dolnośląska przygoda zakończyła się natomiast z powodu dość błahej wypierdolki na głazach, która po kilku godzinach zaowocowała brakiem współpracy w temacie "zbieganie" na linii głowa-prawa noga. W tym roku jak się okazało, mam okazję leczyć tradycyjne rany po wyjebce rowerowej, chociaż wcale nie jechałem na rowerze. Spać się z tym zbyt dobrze nie da, więc i czasu na myślenie m. in. o blogasku mam dość sporo - zatem w najbliższych dniach ofensywa pisarska!


północne zbocze Wielkiego Szyszaka - jedyne miejsce w całych Karkonoszach do potencjalnego nieplanowanego kontaktu z podłożem - wykorzystane
pizda na nodze, pi pi pizda na nodze, kręć dupą swoją, kre kre kręć dupą swoją

poniedziałek, 7 września 2015

3, 2, 1 (- lufa?)

Powiem tak: po raz pierwszy (i zapewne ostatni) udało mi się wczoraj wygrać w tym sezonie zawody w biegu na orientację. I to nie byle gdzie (w Kleszczówce koło Dęblina) i w nie byle jakiej obsadzie ("prawie pełnej mazowieckiej"). Ale po kolei.
Pomysł udania się na 3 biegi na mapie w 24 godziny do województwa lubelskiego narodził się w mojej głowie na około 5 dni przed tymi zawodami. Przeanalizowałem dostępne opcje dojazdu i po odrzuceniu wariantu autokarowego, który to ruszał już o godzinie 15 w piątek z Nowego Dworu Mazowieckiego, aby po drodze zbierać wszystkich zainteresowanych kadrowiczów Mazowsza poruszając się przy okazji tempem wolniejszym niż maratońskie oraz skonstatowaniu, że, zupełnie wbrew internetowym zapewnieniom o jakichś wspólnych wybieganiach (uprzedzając komentarze o byciu zgorzkniałym - nigdy nie ukrywałem i pewnie nie przestanę swojej irytacji tym, że upadający pod koniec 2013 klub, cudownie po moim i Basi odejściu zaczął działać najprężniej jak się da), jestem jedyną osobą w rodzinie zainteresowaną bieganiem po krzakach został mi jedynie dobrze znany z zeszłego roku i podróży do Młodzieszyna na Puchar UNTS wariant pociąg+rower. /a zdania wielokrotnie złożone moje ulubione/ Z dworca w Dęblinie na pierwszy sobotni start było około 15km, duży plecak i śpiwór nie są najlepszymi towarzyszami kolarza, ale dotarłem na miejsce o 12:57, więc do startu zostało mi całe pół godziny.
mapa midelek
Analizując wcześniej mapę z moimi przebiegami z Długodystansowych MP w 2007 roku dziwiłem się, dlaczego tak dziwnie rzucało mnie na wejściu na punkty wtedy. Dowiedziałem się już po paru minutach biegu - warstwice na mapce Nieciecz po prostu pływaja. Ja natomiast zapomniałem okularków, więc najpierw było wahnięcie na 2pk, potem zabiegnięcie 3pk, potem mały nieogar na 5pk, aż w końcu konkretne zajebanie na siódemkę. Na trasie 4,6km po dość szybkim lasie to zdecydowanie za dużo. wynik i
mapa noc
Niezrażony niczym po pokonaniu kolejnych kilometrów na rowerze stawiłem się w tym samym miejscu tuż przed zmrokiem. Nocne bieganie z generującą spokojne 1000 lumenów lampą Magicshine to bardzo przyjemna sprawa - walisz po oczach tych z naprzeciwka i ładnie schodzą z drogi. W nocy oczywiście poprawna orientacja wychodziła mi gorzej niż w dzień - nawet na Bob Jebando o tym napisali. To może mała historia: najpierw chciałem sobie ściąć rożek pola, ale wzdłuż niego rosła dość intensywnie tarnina - no to wzdłuż - po przebiciu się przez nią podciągnąłem kawałek drogą i zobaczyłem odchodzącą drogę (na mapie przecinkę) - no to jazda, bo to pewnie moja - po 100m zanikła - no to znowu przez krzaki - przedzieram się z pół minuty a tu obok dość spory szelest - w bok wybiega średnich rozmiarów dzik - słychać jeszcze jeden szelest - nawet jakbym chciał spierdalać przed drugim to nie mam jak, bo wszędzie mocno gęsto - wypadam na drogę i już prawie dokładnie na jedyneczkę. Trzy wnioski na szybkości: a) nie ma się co bać dzików, zupełnie jak wszystkich innych zwierząt - to one boją się bardziej b) wariant od lewej ciut lepszy chyba... c) na poważnych zawodach mógłbym trzymać czyjś plegier już przed pierwszym punktem - to jest dopiero strategia na MP! Reszta traski raczej ok, z zajebaniem w tym samym miejscu co w dzień, a potem na muldeczce w zielonym. W tym miejscu spora pochwała dla stawiacza punktów - w przeciwieństwie do Grand Prix Pomorza jednak dało radę postawić punkt w dobrej muldzie. Oczywiście pod koniec trochę brakowało mocy, ale w końcu po to przyjechałem tym rowerkiem. Jako ciekawostkę dodam, że 8pk Adam Szmulkowski wygrywał całe zawody o 6 minut, a ze mną niemal o 8 - czyli jakby to napisał trener Karol ma świetny bieg i biegnie po medal!. Następnie Adam spotkał Boba i wygrał ze mną finalnie jedynie ciut ponad minutę. Czyli oddając głos Karolowi I tak, złoty medal w elicie przeszedł koło nosa. Wielki niefart :( Oczywiście można mówić że różnie mogło się potoczyć.
mapa klasyk
Po przespaniu nocy dzięki uprzejmości organizatora w remizie? w Kleszczówce (500m od centrum zawodów w niedzielę) nadszedł czas na wisienkę na torcie - bieg "klasyczny" na dystansie 8500m. Czyli wiadomo - elongated middle (nie żaden midlle) - więc napierdalamy bezapelacyjnie mocno od samego początku do samego końca (mojego albo jej). Jak pomyślałem - tak też zrobiłem i pierwszy km w 4:06 (czyli niebotycznie szybko jak dla mnie w tej chwili po lesie), następne oczywiście już trochę wolniej. A ostatnią górkę (na 17pk) to nawet sobie podszedłem końcówkę bo zatykało :) Teraz magiczne sformułowanie - nie ustrzegłem się błędów, ale w porównaniu z innymi wystarczyło! Wyniki, a jakże. Podczas zakończenia, nauczony doświadczeniem ze wspomnianego na początku noteczki zeszłorocznego wypadu pociągiem+rowerem na zawody, gdzie po raz jedyny w sezonie i jedyny w barwach łódzkiego Orientusia stałem na podium (chociaż nie było podium) - teraz tuż przed wyjściem na podium (którego nie było) po raz jedyny w sezonie poprosiłem dobrą dziewczynkę o foteczkę. Zatem jest. Wsiadłem razem ze śpiworem na rower i odjechałem w siną dal. To był całkiem dobry wikend.
polecam zwrócić uwagę na skarpetki podciągnięte do oporu - bo i nie polecam w innych jeździć na rowerku, można sobie Achillesy przeziębić :(
Na koniec oczywiście fotokonkurs (rozwiązanie poprzedniego jest podane w komentkach zarówno na fejsiku, jak i blogasku, niestety nikt nie wygrał) - pytanie dokładnie to samo, co 2 lata temu: Co robiła polska reprezentacja na WOCu? 
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.

odpowiedź w sumie też dokładnie ta sama: "foteczki"



sobota, 29 sierpnia 2015

Jest KONKURS!!! (wracam do gry)

Powiem tak: po raz bodajże dziewiętnasty w czteroipółletniej historii blogaska dane mi jest pisać notkę po dość długiej przerwie (czyli dokonywać czegoś w rodzaju "reaktywacji"). No cóż, taki jest jego (blogaska) niewybały urok... Jednakowoż zdałem sobie właśnie sprawę, że skoro liczba widzianych w tym roku kozic w Tatrach przewyższa liczbę tegorocznych postów dokładnie dwukrotnie (16:8), to koniec żartów i zaczynam wylewać na nowo żale w interety.
Ustalony w bólach na początku wakacji kalendarz startów UKS Kusy Warszawa przewidywał aktualnie nasz (mój też) start w Karst Cupie, jednakże okazało się, że zrobienie 5000km furą na samą północ Finlandii i z powrotem w celu zrobienia 3 fotek i przebiegnięcia się w tempie 20 min/km jest nie do połączenia z wyjazdem następnego dnia na ściganie na Słowację nawet dla trenera Karola. W sumie dojazd furą daleko za Rovaniemi i bieganie w zawodach to już same w sobie dwie rzeczy nie bardzo do połączenia. Nawet na tim360 (która to strona dostarczyła mi przy okazji poprzedniej notki po MP rekordowej liczby wyświetleń) o tym pisali.
Zatem do rzeczy: foteczka jest powyżej, należy podać mniej więcej skąd została zrobiona. Nagroda to butelka piwa w normalnej (do 5 euro) cenie. Jeśli chodzi o podkłady muzyczne, to polecam happysady na żywo.

niedziela, 31 maja 2015

(prawie) Dziesiąty rok w tej samej klasie i nic się nie nauczyłeś

Powiem tak: w piątym roku biegania w M21E (elite) nie dostarczam moim fanom żadnych powodów do uśmiechu. Lajków brakuje, komentarzy nie pisze pies z kulawą nogą, cudowne filmiki szumnie nazywane VLOGiem z Wysowej-Zdroju zobaczyło mniej osób niż błąd statystyczny, a ja jeżdżę sobie na ogólnopolskie zawody wyłapywać srogie baty i po biegu spijać browarki w samotności. Jednym słowem: słabo. Albo nie: chujowo. 
A pomyśleć, że jeszcze 3 lata temu, czyli w roku 2012 po regularnym wiosennym uczęszczaniu na treningi na sali przy ulicy Sarabandy wyczekiwałem z utęskieniem "rundy jesiennej", kiedy to wszystko wskazywało na próbę zmiany klubu na ursynowsko-natoliński TS. Kadra Polski byłaby teraz murowana!
Na minionych MP doszło natomiast do tego, że musiałem rozegrać baraż o "trzecią ligę polskiej orientacji" (w tym temacie szerzej może niedługo, w każdym razie porównania do ogórkowej piłki nożnej są jak najbardziej na miejscu) - ponieważ na sprincie udało mi się zająć wysokie miejsce w top31. Oczywiście byłoby wyższe, gdyby powszechne wśród polskich grajków było przyznawanie się do biegania przez obszary mapy z pionowymi fioletowymi kreskami. Oczywiście dokładność gpsa to jedno a uczciwość to drugie.


Na dystansie nazywanym czasami dość błędnie midllem, a będącym middlem, średnim lub midelem wygrałem baraż (i tym razem nie spadłem), bowiem zająłem bardzo wysokie w tej obsadzie miejsce w top26. Dostałem nawet znowu gpsa, więc wrzucam przebiegi, na których co prawda nie widać bombienia na punktach nr 10, 11 i 17, ale widać na numerki 2, 3, 5, 13 i 21. 
Ten średni dystans był niewątpliwą kwintesencją biegu na orientację (laicy i fani strony PiotrŁobodzińskiTowerruner oczywiście przekonani już są, że Łobo każde, nie tylko sprinterskie "biegi na orientację" to rozpierdala w pył, co nie do końca przecież jest prawdą) i gdy tuż przed punktem dziesiątym na osiem minut dogonił mnie sam Hewioszek, a ja akurat nie miałem pojęcia gdzie jestem -  zasiadłem na chwilę na zwalonym drzewie i zamiast rzewnie zapłakać jedynie zastanowiłem się poważnie: "Co i po co ja tutaj robię, skoro wychodzi to tak chujowo?".
Jako jedyny niewybały pozytyw dodam, że następne MPki, w których zamierzam startować, to sztafety i przewiduję w nich występ pierwszoligowy.

Na zakończenie ciekawostka (może chwytliwy temat napędzi trochę wejść na blogaska), jak ktoś nie chce mieć popsutego dzieciństwa to nie powinien patrzeć i czytać dalej.
(mapki z trasami na oba dystanse bez większego informatycznego wysiłku dostępne były "na internecie" już od 25 maja; skrin poniższy jest z mojego komputerka, a plik owy udało mi się pobrać jedynie w celach kolekcjonerskich - bo i do głowy mi nie przyszło oszukiwanie lub robienie czegoś niezgodnie z regulaminem)

niedziela, 24 maja 2015

Czekaj na mnie mordo spokojnie, napal w kominku i posprzątaj salon

Powiem tak: wybór między złamaniem prawej nogi a złamaniem lewej nogi nie jest taki prosty, ale jeśli trzeba, to lepiej chyba już łamać lewą. A skoro wybór dokonany, to wypada mi wrzucić nową noteczkę, żeby od samego wejścia na blogaska nie gorszyć wulgaryzmami na temat "wyborców" byłego prezydenta.
Miniony wikend spędziłem jak większość orientalistycznej braci w samym sercu polskiego zagłębia meblowego, czyli w Domasławicach na KMP. "Można było spotkać dawno niewidzianych przyjaciół z całej Polski i napić się z nimi lagera" - u zarania blogaska (w roku 2011) leżało lekkie nabijanie się z tego sformułowania, a teraz (w roku 2015) ciężko mi podsumować minione zawody lepiej. Oczywiście spróbuję szerzej zrobić to w następnych dniach.
Ciekawostki:

 # pierwszy raz w życiu widzę wyniki sztafet zrobione w excelu, to chyba jednak chybiony pomysł

# tempo biegu zwycięzcy w męskiej elicie okazało się o cale 20"/km niższe niż przewidywane, a ja w próbie numer około 15 biegania klasyka w M21 poniosłem porażkę numer około 15

# zestawienie lajków:
Piłkowski przy tablicy w Tadzinie: 1
Drągowska przy tablicy w Drągowie: 122

# podczas gdy inni pędzili na "wybory" my pyknęliśmy sobie niewybale urokliwe pamiątkowe zdjęcie. Trzecia siła w Warszawie, czwarta na Mazowszu i osiemnasta w Polsce! (jeszcze co prawda niepotwierdzona, bo i niby jak można przekroczyć limit czasu mając 34% straty do wygranych)
Kusy Warszawa to najlepszy klub, kto nie wierzy huj mu w dziób!

piątek, 15 maja 2015

La Da Da Dee Da Da Da Da / VLOGasek nr 2

Powiem tak: 
a) noteczkę o tym tytule chciałem opublikować świeżutko po powrocie z sylwestrowego obozu, gdy tylko usłyszałem najnowszą wtedy nagrywkę "Popek i Alibaba" ale nie wyszło
b) przemyślałem ostatnio kwestię liczby czytelników, która liczona jest co najwyżej w małych setkach zamiast w tysiącach i wydaje mi się, że to przez nietrzymanie się tematyki stricte biegowej. Chociaż też może przez liczne wyraziste sformułowania (zachwyciło mnie ostatnio przeczytanie na fejsiku cytuję "Tacy ludzie wygrywają w d***kracji. Nikogo nie urażają. Mówią same banały..."). À propos:

Wahałem się dość mocno po finale Pucharu Polski czy wrzucać tę foteczkę, ale nie mogę pojąć, jak można popierać obecny system i układ nie będąc jego beneficjentem. (Chociaż wybór w nadchodzącej drugiej turze to jak wybór czy mieć wypadek drogowy w deszczu czy mieć wypadek drogowy przy dobrej pogodzie)

Już tydzień temu nagrałem natomiast VLOGaska numer 2. Tym razem dużo krócej, bo tylko 5 minut, jakość obrazu cały czas słabiutka, wersja cały czas "raw&uncut&chwdp", ale jest! Niewybałe, że poprzednio nie wrzuciłem miniaturek, tera nadrabiam!




wtorek, 5 maja 2015

Wszędzie się czuję dobrze, ale najlepiej w KLUBIE GO GO

Powiem tak: jeśli ktoś czeka na moje mapki z przebiegami, to jeszcze trochę poczeka. Ale niedługo. Chociaż w sumie jedną mogę już opublikować. Oczywiście najlepsza na świecie metoda kropeczek.

Zawody odbywały się na znanej i lubianej działeczce w Kosewku od czwartku do niedzieli, czyli w tzw. "majowy wikend". Gdzie i jak będę go spędzał opowiedziałem ze szczegółami we VLOGasku, który nagrałem podczas kwietniowego pobytu w Wysowej-Zdroju i miał wyglądać zupełnie inaczej, ale zupełnie dla odmiany coś mi nie wyszło oraz nie miałem czasu, więc jedynie po miesiącu od nakręcenia publikuję wersję "raw&uncut&chwdp". Są aż 4 części, pół godziny dobrej kinematografii i jeszcze lepszego narratorstwa. W przypadku znużenia polecam oglądać na prędkości 150%.
Czy nagram następne nie mam pojęcia, bo mój telefon daje za słabą jakość, a proces jest dość karkołomny i wcale nie wydaje mi się, żeby przyciągnęło to nowych czytelników.  Szczególnie, że nie mówię zbyt wyraźnie. Ale ciekawe doświadczenie. Mam w tej kwestii olbrzymi dylemat bo z jednej strony chciałbym widzieć miliardy lajków i zbijać pionteczki z przechodniami, a z drugiej moje blogaskowanie to coś zupełnie innego niż pisanie banałów, pierdół i ultramotywacyjnych tekstów okraszone przyciągającymi wzrok obrazkami vide ulubione przez wielu "bieganie życiem stylu". Wniosek jest oczywisty i znany od dawna: ludzie rozumiani jako całość właśnie takich banałów pragną, chociaż nikt jako jednostka się nie przyzna. (dla tych którzy mnie wspierają pozdrowienia, dla tej garstki z tłumu której czas nie chce zmieniać)
Wracając do wikendu spędzonego po raz pierwszy od bodajże 25 lat nie na baltic kapie, to zdecydowanie przybliżył mnie do publikacji noteczki pt. "Walenie wódy jako element zaawansowanego amatorskiego treningu biegowego", oddalił od wagi startowej oraz zmienił pogląd nt. najlepszego polskiego zespołu muzycznego. Przez ostatnie co najmniej 2 lata był to Bracia Fago Figot, a aktualnie jest to GANG ALBANII (BANG ALGANII). Na wszelki wypadek nie biegałem, za to wykonałem rowerową wycieczkę wzdłuż Wkry oglądając teren przyszłorocznego Grand Prix Mazowsza (grubszy od grubych), a także "50km" podczas powrotu. Kto śledzi moje endomendobrondo ten wie, że pedałuję ostatnio więcej niż biegam. No cóż. Sobotę spędziłem na sportowo, trzeźwo, biało i łyso relacjonując wszytko na snapczaciku na meczyku o Puchar Polski. Nasza Legia najlepsza w Polsce jest, wiadomo. 
Podsumowując, zdecydowanie odpowiedziałem sobie ostatnio, gdzie jest moje miejsce w bieganiu na orientację i z pewnością nie ma ono nic wspólnego z "profesjonalnym podejściem", chociaż kontuzje i tak mi się trafiają. Jeśli ktoś nie zauważył - zmieniłem też zdjęcie na szczycie blogaska na ładniejsze, chociaż już prawie dwuletnie. Jego tytuł to "łysy na szczycie świata" i doskonale oddaje istotę tekstów znajdujących się pod spodem. Z ciekawszych ciekawostek chyba tyle. Foteczka jedna starczy, bo reszta się nie nadaje. Jej tytuł to oczywko "po nalocie".
PS Jeśli ktoś nie sprawdził wszystkich hiperłącz, to równie dobrze mógł nie czytać wcale.
"zbombardowany"

środa, 22 kwietnia 2015

Kto ma renomę?

Powiem tak: patrząc na wyniki online dzisiejszego pierwszego etapu czwartej (a może nawet i piątej) edycji Szybkiego Mózgu na pewno nie ja. Bo chociaż seniorskie reprezentantki Polski ogrywam (a i z tym bywało w zimie różnie - m. in. o czym mam nadzieję już niedługo na łamach tego blogaska), to od seniorskich reprezentantów dostaję i to grubo. Ale powiedzmy sobie to szczerze i otwarcie - 19 minut na dzisiejszej trasie to jest poziom immortale, super elite i world class. 

Pozwolę sobie teraz na wprowadzenie cytatu, którym w pewnym stopniu wytłumaczę brak aktywności blogerskiej w roku obecnym. 
"Tutaj też podejście permisywne poskutkuje dalszą jakościową deterioracją krajowych wyrobów segmentu craft."
Napisał pan bloger piwny (notabene jeden z niewielu dobrych) w grudniu, a ja przeczytałem to pod koniec stycznia. Godne odnotowania jest też, że blogaski o piwie czytałem przez ostatnie 4 miesiące zdecydowanie częściej niż orientacyjno-biegowe. A jaki wniosek wysnułem z tamtych (notabene mądrych) słów? Że pisarstwo internetowe to w dużym stopniu sztuka sama w sobie, służąca głównie budowaniu niewybałego ego ego ego autora. A jeszcze jak ktoś to przeczyta i potem napomknie o twym blogasku to już wniebowzięcie. Niemniej jednak naprawdę jara mnie, gdy zauważam, że swoim blogaskiem wpłynąłem na cokolwiek.
Kolejna kwestia jest taka, że poziom zaangażowania w prowadzenie blogaska biegacza na orientację rośnie i spada wprost proporcjonalnie do wzrostu i spadku jego aktualnej dyspozycji/porobionych treningów/braku kontuzji.

Mapek i międzyczasów z Szybkiego Mózgu na Śródmieściu Południu jeszcze nie ma, więc i noteczka nie jest zbyt obfita. Oczywiście sprint sygnowany przez Jaca Mora zajebisty mocno ajak. A skoro sam Towerruning World Champion powitał mnie dzisiaj słowami "podobno jest nowa zasada - jedna noteczka na kwartał" to informuję, że właśnie przeminął (z wiartem) kolejny kwartał!

Na zakończenie po 1. filmik z prezentacją stawów skokowych piłkarzy ręcznych podczas MP, a po 2. piękna foteczka z oddziałem białoruskim w zimowej scenerii Beskidu Śląskiego (i zresztą w szczycie mojej tegorocznej formy)

niedziela, 19 kwietnia 2015

Jestem wygranym i przegranym w tym biegu

Powiem tak: wielkimi krokami zbliża się okrągłe 1461 dni, czyli cztery lata działalności blogaska. Blogaska, który w tym roku zaniemógł, ale chyba dzisiaj zmartwychwstaje. Dzisiaj, w dniu powrotu z mojego pierwszego (i na 90% nieostatniego) wyjazdu na Białoruś! Szersza relacja - wiadomo - z pewnością wkrótce, na razie pokrótce napisać mogę, że (e)sztafety urządzono w podmiejskich krzokach i torfowisku, klasyg był grubszy od grubych i przegrałem na nim tylko 31 minut, a sprint był WRE i nie dałem rady zbytnio zawalczyć, bo i bieganie sprintów na orientację to nie moje ulubione zajęcie. A co robiłem przez ostatnie 4 miesiące? (tzn. od znamienitego wyjazdu do Dubaju (gwoli przypomnienia - po życióweczkę na 10km, a nie w innych niecnych celach)) Oczywiście głównie waliłem browarki z butli oglądając ogórkowe piłkarstwo na stadionach z tartanową bieżnią w kilkutysięcznych miejscowościach.
A i jako że niewybałym zbiegiem okoliczności znalazłem mapę z najchujowszych zawodów, które biegałem w życiu (middle, Puchar UNTS 2012) - postanowiłem wzorem czołowych polskich seniorskich kadrowiczów założyć konto na tzw. INSTA. Lajkujcie, folołujcie, wiadomo.
Najlepszy przecież biegowy bloger w Polsce powraca.


niedziela, 18 stycznia 2015

Gdzie podziały się podziały (czyżbym się zeszmacił?)

Powiem tak: obfitujący w milion wydarzeń prawie miesiąc od ostatniej notki oraz fakt napisania tej po 18 dniach nowego roku (w którym jako jeden z celów okołobiegowych postawiłem sobie "100 postów na blogasku" /czyli patrząc statystycznie powinno już być 5/ ) wnikliwemu znawcy świata biegowego może dawać do myślenia. Zależność jest bowiem prosta: mądre, dobre i normalne bieganie = podniecony bloger i vice versa.
Dzisiaj udało mi się sięgnąć dna, bo "zaspałem" na Bieg Chomiczówki. Co prawda podobnie zrobiłem w roku 2012, ale wtedy miałem na jego start do pokonania drogę Karczew-Chomiczówka w zimowych warunkach, a teraz Marymont-Chomiczówka w pięknej scenerii przedwiośnia. Co śmieszniejsze, gdy przed startem szukał mnie trener Karol, usłyszał od przedstawicieli innego warszawskiego klubu bno - "pewnie śpi". Całkiem dobry i trafiony żart, dla mnie żałosna sprawa, a piszę o tym teraz, aby maksymalnie we wrześniu z przyjemnością to samemu przeczytać. Walka trwa!
Dzisiejsza historia (mająca zresztą swój początek w piątkowy wieczór na urodzinach Barta Nowaka) podsunęła mi tytuł jednej z kolejnych notek, która mam nadzieję będzie należała do historycznej serii moich największych hitów. Temat na różnych treningachbiegacza.pl itd. przejeżdżony w każdą stronę, ale zdecydowanie aktualny - "Walenie wódy jako element zaawansowanego amatorskiego treningu biegowego".
Plany na najbliższe dni? Mocne treningi z UKS Kusy Warszawa oraz rozjebka total (łamanie 39:00) na Biegu Górskim w Falenicy w niedzielę.
PS Słowo na dzisiaj? Brobawa - pomysłowe tłumaczenie duńskiego ølfrygt oznaczającego obawę, że w miejscu, do którego się wybieramy nie będzie dobrego piwa.
pozdrówki z Tadzina z 2013