wtorek, 5 maja 2015

Wszędzie się czuję dobrze, ale najlepiej w KLUBIE GO GO

Powiem tak: jeśli ktoś czeka na moje mapki z przebiegami, to jeszcze trochę poczeka. Ale niedługo. Chociaż w sumie jedną mogę już opublikować. Oczywiście najlepsza na świecie metoda kropeczek.

Zawody odbywały się na znanej i lubianej działeczce w Kosewku od czwartku do niedzieli, czyli w tzw. "majowy wikend". Gdzie i jak będę go spędzał opowiedziałem ze szczegółami we VLOGasku, który nagrałem podczas kwietniowego pobytu w Wysowej-Zdroju i miał wyglądać zupełnie inaczej, ale zupełnie dla odmiany coś mi nie wyszło oraz nie miałem czasu, więc jedynie po miesiącu od nakręcenia publikuję wersję "raw&uncut&chwdp". Są aż 4 części, pół godziny dobrej kinematografii i jeszcze lepszego narratorstwa. W przypadku znużenia polecam oglądać na prędkości 150%.
Czy nagram następne nie mam pojęcia, bo mój telefon daje za słabą jakość, a proces jest dość karkołomny i wcale nie wydaje mi się, żeby przyciągnęło to nowych czytelników.  Szczególnie, że nie mówię zbyt wyraźnie. Ale ciekawe doświadczenie. Mam w tej kwestii olbrzymi dylemat bo z jednej strony chciałbym widzieć miliardy lajków i zbijać pionteczki z przechodniami, a z drugiej moje blogaskowanie to coś zupełnie innego niż pisanie banałów, pierdół i ultramotywacyjnych tekstów okraszone przyciągającymi wzrok obrazkami vide ulubione przez wielu "bieganie życiem stylu". Wniosek jest oczywisty i znany od dawna: ludzie rozumiani jako całość właśnie takich banałów pragną, chociaż nikt jako jednostka się nie przyzna. (dla tych którzy mnie wspierają pozdrowienia, dla tej garstki z tłumu której czas nie chce zmieniać)
Wracając do wikendu spędzonego po raz pierwszy od bodajże 25 lat nie na baltic kapie, to zdecydowanie przybliżył mnie do publikacji noteczki pt. "Walenie wódy jako element zaawansowanego amatorskiego treningu biegowego", oddalił od wagi startowej oraz zmienił pogląd nt. najlepszego polskiego zespołu muzycznego. Przez ostatnie co najmniej 2 lata był to Bracia Fago Figot, a aktualnie jest to GANG ALBANII (BANG ALGANII). Na wszelki wypadek nie biegałem, za to wykonałem rowerową wycieczkę wzdłuż Wkry oglądając teren przyszłorocznego Grand Prix Mazowsza (grubszy od grubych), a także "50km" podczas powrotu. Kto śledzi moje endomendobrondo ten wie, że pedałuję ostatnio więcej niż biegam. No cóż. Sobotę spędziłem na sportowo, trzeźwo, biało i łyso relacjonując wszytko na snapczaciku na meczyku o Puchar Polski. Nasza Legia najlepsza w Polsce jest, wiadomo. 
Podsumowując, zdecydowanie odpowiedziałem sobie ostatnio, gdzie jest moje miejsce w bieganiu na orientację i z pewnością nie ma ono nic wspólnego z "profesjonalnym podejściem", chociaż kontuzje i tak mi się trafiają. Jeśli ktoś nie zauważył - zmieniłem też zdjęcie na szczycie blogaska na ładniejsze, chociaż już prawie dwuletnie. Jego tytuł to "łysy na szczycie świata" i doskonale oddaje istotę tekstów znajdujących się pod spodem. Z ciekawszych ciekawostek chyba tyle. Foteczka jedna starczy, bo reszta się nie nadaje. Jej tytuł to oczywko "po nalocie".
PS Jeśli ktoś nie sprawdził wszystkich hiperłącz, to równie dobrze mógł nie czytać wcale.
"zbombardowany"

Brak komentarzy: