wtorek, 13 grudnia 2016

Magazyn bieg na orientację HOT NEWS pierwszy artykuł / appendix

Powiem tak: dzisiaj wpisik zupełnie nie o mnie, a wręcz z kategorii publicystyka. Jakiś czas temu (dokładnie to 5 lat i 7 miesięcy) zakładając owego blogaska planowalem m. in. pisanie tekstów nie tylko o swoich przygodach. Oczywiście /jak z większości innyhc/ nic z tych planów nie wyszło, jednakże:
pod koniec września tego roku otrzymałem maila z intratną /kilkucyfrowa kwota kontraktu, oczywiście wypłacona w białoruskich rublach lub starych polskich złotych ;) / propozycją współpracy z nowym corocznikiem na wydawniczym rynku polskiej orientacji sportowej. Ze swojego zadania wywiązałem się /obviously, like you guys were expecting/ nieterminowo i nietematycznie, jednakże z niecierpliwością oczekiwałem wieści. W międzyczasie zdążyły spaść wszystkie liście, a gdzieniegdzie nawet obfity śnieg, zmienił się trener Kadry Polski, Zarząd PZOS podobno pochylił się nad moimi spostrzeżeniami na temat przepisów, przebiegłem jakieś 10000m przewyższenia w górę... Aż nagle jest! Znamienite grono autorów, ładne grafiki, ciekawe tematyki, możliwość zamówienia w sklepie internetowym, co prawda na okładce mógł(a)by być polski/a zawodnik/czka, a zdjęcie mogłoby być zrobione przez polskiego fotografa i tylko mi...ciebie brak? - napisałby zapewne koneser takich hitów. Nazwiska Piłkowskyego nie ma i cóż poradzić. Jest natomiast blogasek ze mną siedzącym na przysłowiowym szczycie góry.  Zatem proszę bardzo, moje nie nadajace się zapewne do wydrukowania wypocinki. "Appendix" do wydania drukowanego

Zmiany, zmiany, zmiany, co ciekawego wydarzyło się w światowej i polskiej orientacji, głównie pod względem przepisów


# split WOC – podział na „leśne” i „sprinterskie (miejskie)” Mistrzostwa Świata. Od 13 lat WOC odbywa się każdego roku, a każdy zawodnik może zdobyć na nim obecnie nawet 5 medali. Przy czym do osiągnięcia tego na dystansie klasycznym czy średnim potrzeba zdecydowanie nie lada umiejętności i wielu godzin treningu w terenie odpowiadającym mistrzostwom, natomiast na dystansie sztafety sprinterskiej czasem wystarczy średni bieg podobny do tego na bieżni i mocni krajanie na następnych zmianach. Skutkuje to postępującą deterioracją znaczenia różnych medali. Poczynając od roku 2019 będziemy obserwować dwie różne imprezy mistrzowskie  - w tej oryginalnej dotychczasowe indywidualne dystanse średni i klasyczny oraz bieg sztafetowy, natomiast w tej nowej sprint, sztafetę sprinterską oraz nieznany jeszcze format. Z pewnością będzie to jednak indywidualny bieg „first to finish”. Część sprinterska w prostej drodze zmierza do biegania w kółko po stadionie lekkoatletycznym.
WOC 2017 – Estonia
WOC 2018 – Łotwa
WOC 2019  - Norwegia (leśny)
WOC 2020 – Dania (sprinterski)

# dodatkowe wytyczne dotyczące informatycznej części zawodów IOF – temat podniesiony szczególnie po spektakularnych problemach w sektorze IT podczas Pucharu Świata w Polsce. 
http://orienteering.org/iof-takes-steps-to-improve-it-quality-at-major-events/

# World Orienteering Day – poczynając od tego roku IOF organizuje ogólnoświatową akcję dość podobną do naszej Cała Polska Biega z Mapą (http:/biegajzmapa.pl). Głównymi zyskami CPBzM są doświadczenia organizacyjne zdobywane przez poszczególne kluby i osoby zaangażowane, natomiast czy akcja jako taka z pokazowym bieganiem dookoła rynków miast albo centrów handlowych przyciągnęła nowych amatorów sportu polegającego na możliwie szybkim poruszaniu się w możliwie trudnym terenie?
http://worldorienteeringday.com/

11 maja 2016 na całym świecie prawie 253 tysiące osób przemieszczało się między punktami kontrolnymi za pomocą mapy, przyszłoroczna akcja już 24 maja 2017. Nie mogę się doczekać. (tak, to był żart)

# wydłużony czas WOCLongW – albo jestem głupi albo nic więcej niż
http://news.worldofo.com/2016/04/22/long-distance-winning-time-majority-for-equal-winning-time/ i
http://news.worldofo.com/2016/04/13/how-long-should-the-womens-long-distance-be/
nie umiem znaleźć

# jeśli chodzi o zmiany w polskich przepisach to proszę o jeszcze trochę cierpliwości, niewątpliwie będą :)


Metody rozdzielania zawodników w zawodach biegu na orientację

na przykładzie WOCLongM 2016 Stromstad



Każdy z nas miał w życiu okazję biegać zawody, w których budowniczy tras użył jakiejś metody rozdzielenia potencjalnie biegnących wspólnie zawodników. Zapewne zastosowane zostały wtedy tzw. motylki (ang. butterflies, phi-loops) z wielokrotnym podbijaniem (z innymi kierunkami nabiegu) jednego lub większej ilości punktów. Samo wprowadzenie punktu podbijanego więcej niż raz stanowi pewne odejście od idei biegu na orientację – samodzielnej nawigacji za pomocą mapy i kompasu w nieznanym terenie.



Teoretycznie najlepszą, a niewykorzystaną w żadnych dużych zawodach metodą jest tzw. dead running. Może zamiast bycia pierwszym krajem organizującym mistrzostwa w tzw. sztafecie sprinterskiej Polska powinna jako pierwsza zastosować skuteczne metody rozdzielania zawodników na mistrzostwach kraju w leśnym dystansie klasycznym? 
Zamiarem tego artykułu nie jest zabawa autora w tłumacza języka angielskiego, więc poniżej kilka linków do bardzo obszernych rozmyślań nad tematem poczynionych kilka lat temu na łamach worldofo.com




Bardzo ciekawy z punktu widzenia pisania tego artykułu przebieg miały tegoroczne Mistrzostwa Świata na dystansie klasycznym. (http://www.tulospalvelu.fi/gps/20160825WOCLongM/?v=m3)


fig. 1 – Lundanes z Hubmannem dobiegają do punktu węzłowego, przy okazji widząc Kyburza M. z Kaasem oraz Daehliego

fig. 2 – do punktu węzłowego zbliża się Gueorgiou z Bergmanem, przed nimi jest Basset; Lundanes oraz Hubmann na dwóch różnych „skrzydełkach”

fig. 3 – Basset po raz pierwszy na punkcie węzłowym; Hubmann z Kyburzem M. po raz drugi

fig. 4 – Lundanes, Hubmann, Kaas oraz Kyburz M. opuszczają „motylek” w dokładnie takim samym składzie osobowym, w jakim go rozpoczęli; za nimi podąża widzący ich plecy Bergman (będący na pierwszym „skrzydełku”); Gueorgiou jest dokładnie na tym samym „skrzydełku”, co Basset

fig. 5 – efekt dwuminutowego interwału, niezbyt przemyślanej budowy trasy popsutej dodatkowo przez „motylek” w dużym powiększeniu – PIĘCIU zawodników z top10 listy startowej biegnie razem na przebiegu telewizyjnym; to chyba tzw. mokry sen kontrolera z ramienia IOF

Temat jest bardzo szeroki, znany od dawna, a obecnie wpływ na niego mają głównie wymagania stawiane przez stacje telewizyjne. W tym miejscu chciałbym postawić dwa tzw. pytanie retoryczne.
Czy dystans klasyczny powinien dopasować się do telewizji, czy telewizja do dystansu klasycznego?
Czy dystans klasyczny w obecnej formie z dwuminutowym interwałem oraz ekstremalnie dużą ilością krótkich przebiegów to nadal dystans klasyczny?

Inspiracją do napisania owych przemyśleń były działania organizatorów (i kontrolera) wrześniowych MP na dystansie klasycznym w Otroczu. Twierdzono bowiem, że zastosowanie dwóch tzw. motylków na trasie M21 oznacza de facto rozegranie kategorii na czterech różnych pętlach.

Z pozdrowieniami!

piątek, 18 listopada 2016

Cytat na dziś + fotozagadka

Powiem tak: przykro mi, ale nie mam za bardzo ostatnio czasu na klepanie w klawiaturę i przekazywanie swoich doświadczeń czytelnikom. Mam natomiast wystarczającą ilość, aby za pomocą swojego świecącego prostokątu (jazda metrem z tą piosenką na słuchawkach i liczenie osób klepiących w instagram albo zmieniających filter na snapczacie to jedna ze śmieszniejszych rzeczy, jakie przydarzyły mi się w tym roku - a łącznie przydarzyło się naprawdę dużo śmiesznych, więc to nie byle co) być w miarę na bieżąco z aktualnościami. 

A więc do meritum:

Will have to wait a bit to see this stride again. Due to a tight hamstring, being weak in the lower back, tight and weak in the lower abs and probably too much strength training after I strained the ligament in my knee, I now have a back problem. 

Nooo, roześmiałem się niemal jak przy słuchaniu Taka Hemingłeja. :) I naprawdę pasuje mi bycie rekreacyjnym grajkiem: bieganie bardzo mocno w każdy wikend po czym maksimum raz od poniedziałku do piątku ciesząc się względnym zdrowiem oraz średnią formą.
Od razu podpowiem /co by nie było nietrafionych strzałów/, że to Thor Norskov w wieku 22 lat.

Zatem do meritum po raz drugi:

Co polska kadra seniorska robi najlepiej? (mała podpowiedź: dokładnie to samo, co na WOCzku 2013 i WOCzku 2015)
fot. A. Stankiewicz

wtorek, 8 listopada 2016

Nem beszélek magyarul #2

Powiem tak: na początek może piosenka, co by wprowadzić czytelnika w odpowiedni nastrój. Styl to - jak się ostatnio okazało jeden z moich ulubionych - hungarian pub music.
Jak się za chwilę poniżej okaże, przez ostatnie 5 tygodni zaliczyłem chyba więcej biegów z mapą niż między początkiem kwietnia a środkiem sierpnia oraz zaliczyłem chyba więcej metrów przewyższenia niż przez cały miniony rok. Jakby to najbardziej celnie podsumować...bez przewyższenia cała ta zabawa znana jako bieg na orientację nie ma większego sensu moim zdaniem (a już szczególnie nie ma go w płaskim środowisku miejskim czy wręcz obsrano-blokowym) i jarać się treningami w jakichś płaskich polskich krzakach to jedno, a mieć notorycznie do wyboru bieganie 11-12km z 400-500 w górę to drugie.
Ostatnią notkę zakończyłem informacją o średnio udanym bezkompasowym występie w kategorii OPEN na Mistrzostwach Węgier w klasyku. Następny wikend przyniósł kolejne Mistrzostwa (do tego nieznane w Polsce) - w zespołowym scorelaufie oraz po prostu zespołowe. O tym pierwszym nie będę się rozpisywał, bo nie dane mi było wystartować, ale jest to coś w rodzaju szwajcarskiego odpowiednika, tylko częściowo jako scorelauf. Może więcej jak wygram z Sparim w przyszłym roku :) W każdym razie znowu przyszło mi w udziale biegać w OPEN, ale tym razem nawet było się z kim ścigać, bowiem po zrobieniu kilku średnich błędów przegrałem 1 sekundę z juniorskim kadrowiczem Marcellem Szabo. Teren w Bujaku jest stosunkowo prosty i głównie fizyczny, ale warto napomknąć, że w przeciwieństwie do dolomitowego Werteszu i wzgórz budańskich - lokalna geologia to skały wulkaniczne. Po obfitych opadach deszczu przed zawodami wydostanie się z dna kilku jarów stanowiło dla mnie nie lada wyzwanie.

poglądowe "slippery slope"
Kolejnego dnia zaliczyłem debiut na Mistrzostwach Węgier w F21. Zawody zespołowe oznaczają indywidualny start i wyniki na podstawie sumy czasów. Obstawiłem trzecią (z czterech) najdłuższą (czyli drugą najkrótszą) zmianę i wyszło nawet ok. Jeśli nie liczyć zjazdu z powrotem na dno jaru na podbiegu pod 3pk to ponownie podbiegłem każdą jedną górę i mimo kilku mało optymalnych wariantów i średnio umiejętnego zbiegania zająłem miejsce w top4 na swojej zmianie, a nasza sztafeta Tabani Spartacus II uplasowała się tuż za podium. No cóż, brakujące 5 minut to właśnie moje błędy tego dnia. Wyniczki łączne i oddzielne. Co ciekawe, na owych zawodach spotkałem juniorskich grajków z krakowskiego Wawelu, którzy jak widać nie należą do najbardziej zapalonych czytelników mojego blogaska, bo byli mocno zaskoczeni.

kraje się zmieniają, natomiast Piłkowsky nic a nic
W następną środę miałem okazję wystartować w cotygodniowych budapesztańskich zmaganiach środowych - akurat wtedy odbytych w dość interesującym miejscu, bo na górze zamkowej (Budavári Palota). Po raz pierwszy w życiu dobiegłem na taki start z mapą prosto z pracy (może dlatego, że po raz pierwszy w życiu pracuję na etacie). Traska okazała się dość trywialna, ale umiejscowienie niektórych punktów dla tak nieobeznanego z terenem grajka jak ja nie było wcale oczywiste. wyniczki Koniec końców przegrałem jedynie z 28 zawodnikiem tegorocznego WOCzka - czyli przez analogię jestem mniej więcej na poziomie top45 na owym WOCzku? Jak zawsze ciekawe bardzo, że KADROWICZE na lokalnych zawodach w Polsce rozpi***alają mnie w pył, a na poważnych światowych sami są w owy pył rozpi***alani. Wiadomo, wychodzi przysłowiowy brak przygotowania w tym czy tamtym terenie.


widok z ostatniego punktu
ja na ostatnim punkcie
dział IT - zwracam uwagę na połączenie odczytu SI z telefonem, a nie laptopkiem
No dobra, to by było na tyle dzisiaj, z 3 tygodni zaległości nadrobiłem 1,5 - zatem druga połowa już w następnej noteczce. Liczę, że ukaże się ona jeszcze przed zawodami sezonu, czyli GEZnO, które już w ten wikend!

PS nie tagujący sponsora jak te panie w rajtkach Taco Hemingway wydał niedawną całkiem przyzwoitą płytkę, rapsy w takim stylu i konwencji to też jeden z moich ulubionych stylów muzycznych


wtorek, 18 października 2016

Nem beszélek magyarul

Powiem tak: Piłkowski nie schodzi z podium na Węgrzech! W pierwszym starcie rozpier**la konkurencję w pył, a w drugim zajmuje niezmiernie wysokie drugie miejsce tracąc do przysłowiowego czempiona niecałe 55 sekund. Co prawda dzieje się to w kategoriach odpowiednio F21B oraz NYT, ale "czy ktoś gdziekolwiek wspomniał o elicie?" No właśnie - a marketingowy szum z nagłówka leci w świat!!!!!1!!
Porażkę na zielonogórskich MPeczkach przetrawiłem bez większego problemu, bowiem w tamten wikend byłem na 90%, a pisząc smutne i zgorzkniałe /przy okazji polecam jak poje**ny poprzednie noteczki z serii "sad&bitter man" - big piece of some good quality blogging shit/ noteczki podsumowujące już na 100% pewny wyjazdu za tzw. chlebem do Budapesztu. Na szczęście nie jestem zawodowym biegaczem na orientację i, oprócz konieczności startowania w Pucharach Świata w tak niedorzecznych terenach, że głowa boli, orienteering nie stanowi całego mojego życia - więc marne biegi na MP to mniej więcej jak niezłapanie dużej ryby albo słabe napierd***enie się do nieprzytomności albo co tam może komuś nie wyjść w wikendowym hobby. Natomiast dla niektórych brak medaljonu to nos na kwintę i wzrok w podłogę, a zdobyty następnego dnia - napuszenie jak paw i co najważniejsze powodzenie u płci przeciwnej. No cóż, może o to właśnie chodzi w sporcie tzw. profesjonalnym - nigdy nie było mi dane osiągnąć takiego poziomu i sprawdzić osobiście. Do Budapesztu?! - przecież w Europie Zachodniej i Skandynawskiej więcej można zarobić na zasiłku dla bezrobotnych - spyta ktoś, a ja przytaknę. Jednakże pożyjemy i zobaczymy najpierw za kilka lat, a potem za 15-20.
Przez niemal dwa tygodnie udało mi się kilka razy poklepać w asfalt na wybieganiach po mieście przy okazji na biegowo zwiedzając prawie wszystkie główne atrakcje, obejrzeć z bliska maraton oraz dwa razy wystartować z mapą. Na początek może zdjęcie aktualnej -życiowej - formy, którą jak się okazało z mozołem wykuwałem nie na potrzeby kategorii M21E na MP, a kategorii OPEN na Mistrzostwach Węgier (w skrócie OB) i która przy obecnej ilości czasu poświęcanej na odpowiedni trening ulegnie nieuniknionej deterioracji. (no homo)

Pierwszy start to ostatnia w tym roku runda lokalnych zawodów Vizsla Kupa. Vizsla to innymi słowy całkiem przyzwoita psia rasa - wyżeł węgierski i to krótkowłosy, ale nie chodzi w tym wszystkim o odchody psa, bo kupa to puchar. W każdym razie jak przystało na lokalne zawody - zupełnie jak na całym świecie - odbywaly się w miejskim lasku rekreacyjnym. Pomysł robienia w takowym mistrzostw kraju spotkałby się zapewne z głośnym pukaniem w czoło - ale jak mieliśmy okazję się przekonać w Zielonej Górze - Polska to nie cały świat. W skrócie: na zawody dojechałem autobusem, na dzień dobry na 1pk mijałem obozowisko cyganów/bezdomnych strzeżone nie przez dostojnego wspomnianego wyżła, a niezbyt przejemne duże psy, na 2pk po raz pierwszy w życiu na jednym przebiegu zrobiłem 100m przewyższenia (co prawda po ścieżce, ale jedno z marzeń spełnione! - miałem je od roku 2009, kiedy to pod koniec wakacji usłyszałem w opowieściach Słamowira Cyglera /bo nie bylo jeszcze instagramow i snapczatów/ rozszerzone wersje tego, co Podzio91 wypisał na blogasku), na 3 i 5pk mapa lekko nie oddawała rzeczywistości, a reszta trasy bez większego problemu i w naprawdę przyzwoitym tempie. Dość powiedzieć, że podbiegłem pod każdą górę - co na mapie z cięciem warstwicowym co 5m nie zdarzyło mi się bodaj od kategorii M16. Nawiązałem też kontakt z największym węgierskim klubem - Tabani Spartacusem.
wyniczki

Następny wikend to już owe mistrzostwa kraju na dystansie klasycznym (oprócz OB w skrócie są też literki N i E - czyli razem ONEB) i rozegrane dzień wcześniej w tym samym terenie sztafety, na które nie dane mi było dotrzeć. 14,5km i 700m przewyższenia w F21E (F oznacza posiadanie pary chromosomów XY) przy przysłowiowym i anegdotycznym już "braku przygotowania w tym terenie" to zdecydowanie nie były parametry dla mnie, tym bardziej, że nie mogę póki co tytułować się jako posiadacz licencji węgierskiego związku. Skończyło się na zgłoszeniu przez taśmy wygradzające strefę kwarantanny mety do kategorii NYT, czyli OPEN Technical. 4,2km i 200m, ale technicznie nawet bardziej wymagająca od F21E. Aha - przy okazji wypożyczyłem chipa "czerwoniaka", bo mój niestety razem z kompasem zaginął w zawierusze przeprowadzkowej. Odpuściłem z racji owej kwarantanny kupno kompasu i - jak już napisali na Bobie Jebando - postanowiłem udawać Pasiego Ikonena. Perlażu na głowie nie było i skilsów orientacyjnych też nie było, ale to bardzo długa historia. W każdym razie np. zieloneC to tutaj dobrze przebieżny las, w którym po prostu gałęzie wiszą na wysokości 1,5m i trzeba biec w śmiesznym pochyleniu, a zieloneA w przeciwieństwie do np. Mazowsza - rzeczywiście nie jest do przejścia.  Doświadczenie zaprocentuje z pewnością w roku przyszłym, ale śmiało większość niepowodzeń mogę zwalić na brak kompasu. Ponownie podbiegłem każdą jedną nawet najstromszą tuż za 5pk górę - co oznacza, że z formą trafiłem niemal równie dobrze jak polscy kadrowicze seniorscy - nigdy na najważniejsze zawody (czyli w ich przypadku np. WOC, WUOC - a w moim przypadku MP), a zawsze na śmieszne z punktu widzenia mocy grajka (czyli w ich przypadku MP - a w moim Puchar UNTS albo OPEN na ONEB). 
wyniczki
a oprócz nich - TAK, TAK, TAK!!! - splitsbrowser - no po prostu raj dla Piłkowskiego, że nie musi jak głupi pisać i prosić o wykresy, tylko jak w każdym normalnym kraju orientacyjnym te wykresy SĄ

W międzyczasie odbyto w Budapeszcie maraton - czyli iwent marketingowy zupełnie taki sam, jak w Polsce i pewnie całym świecie. Może z taką różnicą, że tutaj nie zaprasza się za gruby hajs czarnoskórych grajków. Mimo posiadania na terenie miasta możliwej do pokonania po asfalcie różnicy poziomów rzędu 400 metrów trasa była oczywiście płaska, aby jak najwięcej osob zmieściło się w limitach i np. poprawiło PB z 4:58:20 na 4:56:50. Barierę 3:00:00, poniżej której chyba można uznać kogoś za biegacza maratończyka połamały całe 82 osoby na 5000 startujących. Reszta przepięknie napędza machinę marketingową i "modę" na skutkujące jedynie problemami natury ortopedycznej klepanie w asfalt przez grubych ludzi . Oglądanie maratonu z perspektywy kibica w strefie expo to średnio przyjemna i skłaniająca do refleksji przyjemność. Przypominam zatem najprawilniejszy cytat, który każdy marketingowiec od magicznych skarpet albo amortyzatorów w butach robionych z "subtelnym" wpływem na środowisko w Chinach i transportowanych potem przez ocean kontenerowcem zrobionym z mimo wszystko wydobytych rud metali powinien sobie wyryć na nagrobku zlotymi zgłoskami:

Only when the last tree has been cut down, the last fish been caught, and the last stream poisoned, will we realize we cannot eat money.

Jak ktoś lubi nieujawniające się lajkiem czy serduszkiem obczajki internetowe /a lubi chyba każdy/ - to zapraszam do śledzenia na:
widok z okna nie mojego

jedni po takie podłoże jeżdżą w Tatry, a inni mają na rozbieganiu 
350m przewyższenia na 6km w mieście po asfalcie? zrobione

ja na ONEB

w międzyczasie odbyto zawody, na które zbudowałem trasy i jak to zawsze
w tym roku w OK!Sporcie Warszawa - na foteczkę się nie załapałem :(
Na koniec tradycyjna piosenka relatywna, której w takiej notce (szczególnie z tym jakże kunsztownym kompasowym nawiązaniem do Pasiego Ikonena) zabraknąć nie może.

wtorek, 4 października 2016

MP noc+średni relazione numero duo

Powiem tak: już bardzo dawno, żeby nie powiedzieć nigdy, nie jechałem na MP w M21 mocno powalczyć (o top6). Świadomy swoich (na treningach interwałowych mocno zbliżonych do brązowego medalisty - Krzycha Wołowego) umiejętności zamierzałem postawić tzw. all-in od początku w nocy, a średni dystans potraktować jako przyjemny, nie do końca szybki, TECHNICZNY bieg. Jakby to dobrze ująć.. założenia zostały zrealizowane w około 0%.
Nie będę się przy tej okazji brandzlował nadmiernie nad swoimi międzyczasami czy przebiegami (wszędzie na kreskę plus czasami jakieś wahnięcia i z rzadka wielkie błędy), czy też tym bardziej wyborem terenu na Mistrzostwa Polski oraz jakością mapy i tras. Przyjemnie poczuć się znowu jak czternastolatek /jakie morze możliwości przy dobrym pokierowaniu ma się w tym wieku/, ale MP to zdecydowanie nie Puchar Najmłodszych. Czasami najwyraźniej tak jest, że mimo przetestowania wszystkiego super dokładnie na tydzień przed można wyje**ać się na tak prozaicznej kwestii jak za duży i tłusty obiad. A przecież nawet wystarałem się o strój cały na czarno, jak tzw. czarny koń. Cóż poradzić, następne MP w nocy już za rok + do tego w terenie, gdzie nie liczy się jedynie bieganie na kreskę i po ścieżkach.
oprócz trasy przebiegi też na fioletowo
Jedyne, na co mnie obecnie pisarsko stać, to kilka luźnych spostrzeżeń:

# będąc w styczniu na prawie wygranych (noteczka "wkrótce"!) Śnieżnych Konwaliach zastanawiałem się patrząc w geoportal, jaki to nowy teren znajdą organizatorzy na październikowe MP i nawet znalazłem skarpę odrzaną koło Czerwieńska. Jak się okazało, wybrano przer***any na lokalnych zawodach kilka razy przez ostatnie kilka lat teren i trzyletnią mapę z naniesionymi nowymi wycinkami, ale niczym innym.
# od połowy sierpnia udało mi się zmniejszyć masę ciała o 7kg i to jeszcze nie jest szczyt możliwości, planowałem po wielkich sukcesach na nocnych MP napisać noteczkę typu "jak z bycia prawie grubasem zostać prawie biegasem", ale jak widać nie jest mi to dane. To może tylko zajaweczka z dzienniczka treningowego: 15.08.2016 - 25' BC1 + p.6' + 15' BC1 - biegane na mapie w temperaturze 30* C i zakończone odmową organizmu. 
# może za dużo trenowałem na zbyt dokładnych z punktu widzenia przeciętnego polskiego biegacza na orientację mapach Jaca Mora; inny Jacek - Kozłowski bowiem uznaje zasadę "jebniemy zieloną plamę tu i tam, po czym za 3 lata nie zaktualizujemy tego i zrobimy MP, w nocy i tak nie widać dobrze"
# kilka lat temu, rozpoczynając przygodę w M21, wyrobiłem sobie pogląd, że rywalizacja z sołdatami (zawodnikami ekstraklasowymi) z mojego punktu widzenia (zawodnika z dolnej części tabeli drugiej ligi) nie ma większego sensu, bo - zupełnie jak w polskiej ogórkowej piłce nożnej - nasze budżety różnią się o ponad jeden rząd wielkości. Niestety, przez ostatnie dwa nie do końca mocno przebiegane lata o tym zupełnie zapomniałem, po czym po dwóch w miarę przebieganych miesiącach wydawało mi się, że będzie ok. Nie było i chyba śmiało mogę stwierdzić, że umiejscowionego w 80% trasy 750-metrowego przebiegu ze sporą górą nigdy w życiu nie będę umiał przebyć w 3:21.
# na średnim udało mi się zająć bardzo wysokie miejsce w top30 i jak zawsze pozastanawiać się, jak to jest, że zwycięzcy są notorycznie na zawodach międzynarodowych rozklepywani dokładnie tak samo, jak ja na tych polskich
# cała otoczka zielonogórskich zawodów - pierwszorzędna
# nie otaguję sponsora jak te panie w rajtkach
# w Czechach w poprzedni wikend też nie popisano się w temacie jakość terenu/mapy/tras

"nie wysilaj się grubasku"
fot. K. Ślusarczyk
Co mogę powiedzieć na koniec? Przez lata ciężko zapracowałem sobie w oczach co poniektórych na opinię narzekacza. A jak śpiewa na wydanej niedawno płycie dekady (jak nie stulecia) najlepszy polski zespół muzyczny - "ci co narzekają niech z Polski spier***ają"). Zatem spier***am i dozo na JWOCU 2018.

niedziela, 2 października 2016

Mistrzostwa Polski nocny i średni 2016 Zielona Góra

Powiem tak: no cóż... 

#natarczy

#terendobrynapucharnajmłodszych
#naśnieżnekonwalieteż
#alenaMPchybanie

#roadtorio
#roadtomp2017


fot. I. Wicha

piątek, 30 września 2016

Łódź Park Tour Atlas Arena i Puchar UNTS 2016

Powiem tak: lepiej późno niż wcale. Miałem napisać kilka zdań o indoor-O już tydzień temu, tuż po publikacji na ten temat na fanpejdżyku warszawskiego OK.!Sportu, ale niestety nie udało się. Chciałem napisać kilka zdań o UNTS Kapie tuż po jego zakończeniu, ale również się nie udało. Teraz natomiast oba fajerwerki z końca września w jednej noteczce!
 Z mapą biegać po kilku poziomach budynku miałem 21 września niewybałą okazję biegać już po raz czwarty w życiu (na sześć takich zabaw zorganizowanych w Polsce przez ostatnie 3 lata). Po przygodach wrocławskich: w miarę udanym (przypominam, że zwycięzca przebiegł tam przez "ścianę nie do przejścia" na przebiegu 9-10) Sky Tower w styczniu 2013, kompletnie nieudanym i stanowiącym największe wyzwanie biorąc pod uwagę moje doświadczenie Stadionie Śląska (jego północnej trybunie) w styczniu 2014 oraz przyzwoitym występie w Narodowym Forum Muzyki w lutym 2016 przyszedł czas na łódzką Atlas Arenę. Po raz pierwszy w życiu starłem się z budynkiem, w którym między poziomami oprócz klatek schodowych można było przemieszczać się schodami na trybunach prowadzącymi od samego dołu na samą górę w linii prostej. Przysporzyło mi to pewnych problemów, ale o tym później. Do miasta Łodzi od dość niedawna można dostać się jak do każdego innego normalnego najpierw drogą szybkiego ruchu, a potem kilkupasmową lokalną, a nie jak za mojej rocznej kadencji w Orientusiu przez niezbyt przemyślany i zdecydowanie niewydolny zjazd "Stryków". Asfalt w mieście też jakiś równiejszy niż 2 lata temu. No cóż...
Przed swoim startem miałem okazję podziwiać m. in. trenera kadry juniorów celowo i w pełni umyślnie przemieszczającego się mimo napomnień spikera przez zakreskowany na mapie i intensywnie wspomniany w komunikacie teren. Nie rozumiem takiego postępowania, może to były reperkusje jakiegoś przegranego zakładu? Ale drodzy zawodnicy juniorscy, na dużych mistrzostwach /co prawda nie biega się tam wewnątrz budynków, ale pionowe fioletowe kreski na mapie mogą wystąpić/ - nie naśladujcie trenejra.

Start był umiejscowiony w taki sposób, że dobrze widać było odbiegającego zawodnika /niestety indoor-O nie oferuje innego wyboru chcąc dać jakiekolwiek miejsce do rozgrzewki i nie zamykając startujących w jakimś pomieszczeniu/, więc na pierwszy punkt odbiegłem dokładnie tak, jak goniony przeze mnie jak się okazało zwycięzca biegu Rafol - do klatki schodowej. Okazało się to niestety błędem /najlepszy wariant schodami po trybunie/, ale takie uroki Atlas Areny. 2pk dobrze, ale następnie zamiast na 3pk udałem się w strone punktu czwartego /czyli na szczyt schodów/. Podbiegów nigdy mało! A prawdę mówiąc popełniłem tragiczny błąd w czytaniu mapy. Kontynuując przygodę na przebiegu 2-3 miałem też spore problemy z trafieniem w odpowiednie schody prowadzące na najwyższy poziom. Po powtórnej wspinaczce na punkt nr 4 zagotowałem się na tyle, że przebiegłem obok 5pk tracąc kolejną bezcenną minutę. Ostatnie 6 punktów to już tylko leciutkie zawahanie na 9pk i bardzo szybkie bieganie po poznanym przez pierwsze kilka minut biegu budynku. Na odcinku start-5pk straciłem do zwycięzcy 2:35, a na odcinku 6pk-meta 5 sekund. Cóż poradzić. Odpocząłem chwilę, rozpocząłem pobiegowy trucht, zacząłem rozmyślać "300km w dwie strony jednego wieczora, żeby tak się zgubić i biegać 3 minuty za długo???", po czym postanowiłem ruszyć na trasę ponownie. I ponownie na pierwszy punkt wybrałem zły wariant /biegnąc na pamięć w 35 sekund, podczas gdy najlepszy czas na zawodach na tym przebiegu to 1:04/, a także na przebiegu 3-4 zbiegłem na sam dół zamiast zostać na poziomie drugim /bo podbiegów NIGDY mało!/ i trochę zatykało mnie już na szczycie schodów, a na końcówce dogoniłem rywalizującego jeszcze trenera Karola, więc nie chcąc wystawiać mu punktów musiałem trochę zwolnić /jak się okazało, zwiedzał Atlas Arenę dużo dłużej niż ja/. Na finiszu zameldowałem się wg zegarka po niecałych dziewięciu minutach. Bardzo fajnie, ale przecież zupełnie nie na powtarzalności trasy polega nasz piękny sport. /chociaż jakby się tak głębiej zastanowić, to implementacja tzw. motylków na długim leśnym dystansie wprowadza właśnie owy element powtarzalności i znajomości trasy podczas wbiegania po raz wtóry na ten sam punkt przy okazji nie dając ŻADNYCH wymiernych korzyści z rozdzielenia dwóch mocnych zawodników, którzy i tak spotkają się po podbiciu wszystkich punktów na tych tzw. motylkach. A już zakazywanie użycia zegarków z GPSem, które niby pomogłyby wrócić na węzłowy punkt zawodnikom kategorii M21 to jakieś popier***one kuriozum - po to ktoś jest mocnym grajkiem, żeby trafiać na punkty czytając mapę, a nie zajmować sobie czas obsługą zegarka - ale to już temat na oddzielne wypociny/
wyniczki
międzyczaski
Kilka impresji obrazkowych:
ale napiera!, fot. Orientuś Łódź
analiza z trenerem na szybkości, fot. Orientuś Łódź
prawie jak..., fot. Orientuś Łódź
...Hubmann na WOCzku w Wenecji!, fot. ???
zwycięzcy próbują zatańczyć poloneza, fot. Orientuś Łódź
schody chędogie, szczególnie w dół
fot. festiwalbiegowy.pl
kącik czytelnika mapy, fot. Orientuś Łódź
ale napiera2! fot. festiwalbiegowy.pl
Następnego dnia na dość nieświeżych nogach przyszło mi wziąć udział w tradycyjnym środowym treningu interwałowym mazowieckiej elyty. Tym razem z racji udziału wielu uczestników w ŁPT odbył się on w czwartek. Użyta została ostatnia z nowych mapek w dzielnicy Wesoła, a ściganie było jak zawsze najszybsze z dotychczasowych (dotamtądczasowych?).
instagramowy skład uzupełnia oppapus, fot. J. Morawski
był nawet (jak zawsze) traking:
 http://app2.trackcourse.com/view/20160922stara-milosna
Następnie na rozkład wskoczył Pucharek UNTS. Rywalizować oprócz zwyczajowych mazowieckich grajków przyjechali nawet kadrowicze z województwa łódzkiego. Rozpoczęto city racem, czyli biegiem "miejskim" - po obsranych ursynowskich blokach. Jak to, jak to, taki zapalony pisarski przeciwnik obiegania obsranych przez psy ogródków przyblokowych biega w takich zawodach? Tak jest, w celu zmęczenia się przed biegiem nocnym oraz zdobycia zapowiadanej w obrysie terenu zawodów Kopy Cwila. Niestety, ku mojemu rozczarowaniu, mapa nie objęła północnej strony ul. Wawrzyńca Surowieckiego. 
Bieganie w mieście bez przewyższenia to jednak niepełna zabawa. Moim założeniem było pobiec szybko, ale na tyle, żeby być w stanie po 7 godzinach pościgać się w lesie w nocy. Czyli takie 90%. Po lekkim zawahaniu na 3pk i dość dużym (wyszedł brak przygotowania w bieganiu po blokach i parkingach w tym roku) na 4pk realizowałem swoje założenia jak najbardziej poprawnie, czasu na czytanie optymalnych wariantów przy niepełnej prędkości było aż nadto. W międzyczasie uciąłem sobie pogawędkę z mijanym na trasie Michałem Olejnikiem wytykając mu, że wcale nie biegnie wolno, jak to przed startem wszem i wobec zapowiadał. Jak się okazało, jego zachowawcze tempo było mocniejsze niż moje 90%. Niestety, po przebiegu wzdłuż al. KEN utraciłem koncentrację na tyle, że zapomniałem o podbiciu 37pk przebiegając tuż obok. Nie chciałbym wszystkiego zwalać na brak przygotowania w tym terenie, ale chyba tutaj też on wyszedł...Do mety dobiegłem zadowolony z siebie w ciut ponad 41 minut, ale bez jednego punktu niestety nie da się zająć miejsca w top5 wyprzedzając tym samym wielkiego Podzia. Cóż poradzić. Warto odnotować, że na historycznych Szybkich Mózgach notowałem zazwyczaj ok. 4 minuty straty do zwycięzcy podczas 25-30 minut biegu, w tym razem odnotowałem tyleż samo, ale podczas 37. Czyli pewien progres jest. wyniczki i traking


ale napiera!, fot. L. Parfianowicz
do zwycięzcy nadal jednak brakuje sporo
fot. L. Parfianowicz
Wraz z niechybnym nadejściem ciemności o godzinie 19 wystartował dla mnie główny punkt wikendowego programu - nocny start masowy z kilkoma naprawdę mocnymi grajkami z prawdziwej polskiej elity. /elita to dla mnie słowo określające umiejętności zawodnika, a nie jego wiek, można być już w wieku nawet 18 lat eliciarzem w Polsce (w Skandynawii aż tak łatwo nie jest) i pozostać nim do wieku nawet sporo powyżej 40, a można biegać w M21 całe życie, ale nigdy nie zostać elitą jak np. ja/ Trzymanie plegieru podczas szaleńczego jak na moje umiejętności tempa przemieszczania się przez zielone było nie lada wyzwaniem, ale podoływałem mu aż do 4pk /rozbicie bardziej na wschód/, kiedy to Papuś z Olejem nagle zniknęli w krzakach, a gdy ich znowu zobaczyłem, biegli już na 5pk. Mi natomiast po 15 minutach biegu na orientację nagle przypadło w udziale czytanie mapy, bowiem wcześniej ani nie miałem takiej potrzeby, ani nie było to dla mnie wykonalne. Skończyło się sporym regresem tempa i kilkoma wahnięciami, po których na długi przebieg ruszaliśmy we trzech z Ilją i Wojtasem. Mimo lekko różnych wariantów punkt podbiliśmy razem i zaczęła się największa przygoda tej nocy. Wypałowaliśmy /ja głównie patrząc na plecy Wojtiego, a nie na kompas/ w złe zagłębienia, które dodatkowo na wydrukowanej mapie przykrywał numer punktu. Każdy wyciągnął swój grzebyczek i rozpoczęło się czesanie, w którym uczestniczyło w pewnym momencie aż 5 grajków. Dalsza część trasy to podziwianie biegowych umiejętności Darka Wójcika (49 lat!) na drodze, po czym dojeżdżanie go w lesie. Nareszcie to u kogoś innego niż u mnie wychodził brak przygotowania w terenie. Co jak co, ale areną cotygodniowych mazowieckich treningów interwałowych był właśnie Las Króla Jana wraz z przyległościami. W międzyczasie dały mi się we znaki trudy dnia (łącznie ok. 35km tej soboty wpadło do dzienniczka) i zwolniłem trochę tempo na powrocie do podbijanych drugi raz punktów, przez co zgubiłem Ilję i Wojtasa. Ilja finalnie odnalazł się w okolicach 22pk, a przebieg 23-24 pokonałem jak rasowy wygrywacz biegu ze startu masowego na pełnej prędkości i bez oglądania za siebie. Finalnie szóste miejsce i niby duża strata, ale zadowolenie z prędkości trzymanego plegieru na początku i jakości swojej własnej orientacji w połowie trasy dość duże. Teraz tylko wyeliminować wielkie błędy i świat stoi otworem ;) wyniczki i szczególnie polecam traking. Duża ciekawostka, że organizator postanowił spełnić marzenie robiącego nocne zawody i dać każdemu uczestnikowi nadajnik GPS. Wtedy w razie kłopotu wiadomo skąd zabrać kręcącego kółka w złym kwartale lasu gagatka albo gagatkę.
napięcie przedstartowe jak na dłoni, for. L. Parfianowicz

w końcu jakieś czerwone prostokąty przy moim nazwisku!
 Jaco Moro teraz, fot. L. Parfianowicz
Jaco Moro kiedyś - czy cokolwiek się zmieniło?, fot. ???
Niedzielny poranek zwiastował /dokładnie tak jak w następnym tygodniu, czyli już za 2 dni/ bieg średni rozgrywany małe kilkanaście godzin po zakończeniu nocnego, czyli dla uczestników tego drugiego "lekko" nieświeże nogi. Innymi słowy, kto nie biega nocy albo zejdzie niezwłocznie z trasy, ten na średnim ma dużo łatwiejsze zadanie. Charakterystyka ta zupełnie nie dotyczy mnie, bowiem właśnie na nocy upatruję swoich szans, a średni bieg na MP przejadę jedynie na tzw. zaliczenie - o słuszności tego rozumowania przekonałem się jak najdobitniej na opisywanym Pucharze. Ruszyłem niby fajnie, ale po chwili nie trafiłem już w 1pk, a po następnej w 4pk i zaczynało robić się nieciekawie, bo w każdej chwili na bite 4 minuty mógł mnie dojechać Olej. Jak się później okazało, on początku trasy również nie zaliczy do udanych, więc swoim lekko ślimaczym tempem kontynuowałem przygodę starając się sklejać krechę niczym Kowalski w Otroczu. Zacząłem też doganiać różnych słabszych grajków i próbować przyspieszać, co niechybnie kończyło się na szczęście nie w przydrożnym rowie, ale wahnięciami na 14, 16 i 18pk. W drodze na 19pk miałem nareszcie okazję podziwiać Oleja w tempie przelotowym, niestety w przeciwieństwie do nocy nie byłem w stanie utrzymać jego pleców. Na koniec jeszcze od takiej strony nabiegłem na 22pk, że nie załapałem jak większość kategorii na ładne zdjęcie z lasu, po czym tempem ślimaka wjechałem na metę i niezwłocznie padłem. Krótki bieg, ale trzeci mocny w 24h zrobił dokładnie to co miał zrobić - sponiewierał. Tym razem miejsce w top9 i 5:30 straty do zwycięzcy, a top5 zmieściło się w 42 sekundy - tylko, że dwóch z nich miało raczej świeże nogi. W każdym razie kolejna notka i kolejne propsy dla trenera Karola. Warto odnotować, że wikend zakończyłem /w przeciwieństwie do KMP 3 tygodnie wcześniej/ bilansem 0:3 z Fryderykiem "bo jesteś chamski" Pryjmą. wyniczki i traking

top3 KM21 z midelka, Marysia w przysłowiowym lekkim szoku
fot. L. Parfianowicz
Dobra, dobrnąłem do końca, zatem wzorem najdłuższej i w mojej nieskromnej opinii najlepszej noteczki w dziejach blogaska opublikowanej 4 lata temu - dozo na eMPe. I życzę każdemu borykającemu się z różnymi kłopotami grajkowi takiego powrotu do w miarę żwawego biegania po lesie, jaki wykonałem przez ostatnie 2 miesiące albo jaki wykonuje ekspresem do Warszawy Filip.

niedziela, 25 września 2016

Mistrzostwa Polski klasyk i sztafeta 2016 Otrocz i Batorz

Powiem tak: popełniłem ostatnio największy grzech blogera, czyli dopuściłem do powstania zaległości. Od ostatniej notki odbyłem 6 startów z mapą i 2 treningi interwałowe mazowieckiej elity - zatem przy piętrzącej się tematyce pisarskiej uzyskałbym niedługo niedopuszczalne opóźnienia i wzorem Dudusia pisał noteczki na tematy minione dobrych kilka tygodni temu. W ten piękny ostatni wrześniowy niedzielny wieczór mówię przysłowiowe nie.

Klasyk

W szóstym roku biegania w M21 po raz czwarty przyszło mi się zmierzyć z indywidualnym długim biegiem leśnym. Przygotowany byłem chyba lepiej niż w latach 2011-2013, kiedy to miałem do zwycięzcy okazję tracić po anegdotyczne 30 i więcej minut. Na kilka dni przed startem w polskiej orientacji rozdzwoniły się telefony, bowiem organizator (zapewne za namową pana kontrolera) uznał /jak się później okazało/ dwa "motylki" na trasie za cytuję "bieganie na pętlach" i chciał, aby kategoria M21 startowała co 2 minuty. Sprawa jest oczywiście trywialna z prawnego punktu widzenia, ale w tym miejscu chciałbym przedstawić swoje stanowisko w temacie kontroli zawodów. Otóż czy aby na pewno potrzebujemy jako malusieńka dyscyplina osoby do "kontroli", która oprócz z racji wielkości środowiska bycia często trenerem zainteresowanym wynikami własnych zawodników, jak pokazuje życie może wymyślić sobie łamanie jakiegokolwiek przepisu powołując się na swój decydujący głos, a jednocześnie aprobować mapy o takiej jakości oznaczenia roślinności w dobie dostępności danych NMPT? Moim zdaniem nie.
Ok, pobrandzlowałem się wystarczająco.
przebiegi moje, znaki zapytania nie moje
Wystartowałem z zamiarem zaliczenia równego, bezbłędnego i średnio szybkiego biegu. Po jego zakończeniu byłem przekonany o poprawności wykonania zadania aż do opublikowania przebiegów zwycięzcy. Jest dla mnie szokiem, jak w tym terenie można bylo aż tak sklejać krechę i zaliczać jedynie minimalne wahnięcia. Chyba po prostu trzeba być mocnym grajkiem z elity. (Chociaż narysowane przez Kowala wejście na pk31 - czyli przejazd góra-dół przez zły jar - wygląda na co najmniej pół minuty do tyłu. Co ciekawe, ten punkt po doświadczeniach z Pucharu Koziołka wydawał mi się najtrudniejszy na całej trasie, a nie sprawił żadnych problemów.) Kolejna ciekawostka, że w przeciwieństwie do każdego poprzedniego klasyka MP w M21 zwycięzcy nie dojeżdżali mnie jak furmankę na dwadzieścia kilka minut, a wręcz z racji dogodnej pozycji startowej nie dałem się wyprzedzić żadnemu grajkowi. Chociaż trenerowi Karolowi do dojechania na 12 minut zabrakło naprawdę mało i w tym miejscu propsy dla niego za bardzo wysokie miejsce w top7. Pod koniec trasy lekko oszczędzałem się już na podejściach mając w głowie nadchodzący bieg sztafetowy. Na uwagę i gratulacje zasługuje świetny druk i czytelność mapy w skali 1:15000. Podsumowując: średni bieg dokładnie na miarę moich możliwości i potrzeb, 13 miejsce, 27 minut straty do zwycięzcy, ale jedyne 23 do podium - to już nie 30. Za rok klasyg do poprawki!
wyniczki
a po lesie napieram tak
 fot. AZS UMCS Lublin
teren bajeczka, fot. AZS UMCS Lublin


Sztafeta
przebiegi moje
Tak samo jak w przypadku klasyka, zaliczyłem dwuletnią przerwę w startach na MP. W sztafecie OK!Sportu Warszawa w roku 2011 oprócz mnie i Kuby biegał nieznany jeszcze wtedy Piotr Łobodziński, w 2012 Grzesiek Wróblewski, a w 2013 Piotr Drągowski. W tym roku przyszła kolej na Darka Wójcika - całkiem wybieganego weterana liczącego sobie dokładnie tyle lat, co moja mama, czyli nie powiem :) Ale warto dodać, że suma rocznikowych lat naszej sztafety wynosiła 101. Czyli dokładnie o 1 mniej niż suma lat zwycięzców. Niestety ta zbieżność liczb w niczym nie pomogła. Przyznam się, że przed biegiem kalkulując układ listy startowej liczyłem na utrzymanie po swojej drugiej zmianie pozycji dającej Kubie na trzeciej możliwość zakręcenia się w okolicach medalu brązowego. Jednakże Darek nie dał rady przytrzymać głównego tramwaju, a w dodatku pod koniec dopadł go pech weterana - zaparowały okularki. No cóż, w M21 takie tłumaczenia nie wyglądają poważnie. W sumie żadne tłumaczenia nie wyglądają poważnie, bo po prostu trzeba biegać bardzo szybko klejąc krechę i w żadnym wypadku nie filozofować. Swojego biegu nie mogę zaliczyć do udanych - zupełna samotność, marne tempo i lekkie problemy na niemal każdym punkcie. Przy okazji trochę biegania po przycmentarnych śmieciach - jeśli miałbym wymieniać najmniej ulubione podłoża to szklane śmieci zajmują miejsce nr 1. Na końcówce objechał mnie jeszcze młody Zuchu z Orientusia i to by było na tyle. 34 czas w stawce 48 podejmujących wyzwanie sztafety M21, 13 minut straty do najlepszego czasu i 7 do większości sensownych. Dość powiedzieć, że gdybym zaliczył przyzwoity bieg, to udałoby się naszej sztafecie wejść do top6. Byłem "lekko" zły na swój występ i wielkie niespełnione nadzieje, więc zupełnie zaprzestałem śledzenia rywalizacji. Ominęły mnie zatem co najmniej dwa bardzo ciekawe wydarzenia:
Jean Baran objeżdżający wielkiego Rina 
wrocławski Śląsk świętujący cyderkiem w K18
Nadeszła więc pora na tradycyjne zdanie posztafetowe: może za rok? wyniczki

W tak zwanym międzyczasie jeszcze przed MP po północnej stronie wesołskiej (wesołowskiej?) linii średniego napięcia odbył się interwałowy trening z dość liczną obsadą. Wygrał go Mistrz Świata Juniorów z 2011 i 2013 roku, a całość wyglądała mniej więcej tak:


Z tradycyjnej mapki na koniec postanowiłem niniejszym zrezygnować, bo jak ktoś jara się tematem to już dawno przegląda codziennie bazę na zielonymsporcie (w uzupełnianiu której coś tam działam), a jak nie to nie.