piątek, 19 lutego 2016

Trochę konkretów i trochę pierdół (Co słychać u niereprezentantów S01E04, season finale!)

Powiem tak: "pierwsze rzeczy najpierw" - a więc zapraszam w świat analogii. Przypomnijmy sobie takiego kolarza, Lanca Armstronge - 15 lat temu rozpierdalał w pył co roku słynny le Tour, a jego legenda narosła dość mocno. Oczywiście byli tacy, którzy twierdzili, że to się nie da itd. ale kto by ich tam słuchał. Potem okazało się, że jednak "ugali" było trochę wspomagane farmakologicznie i legenda upadła. W moich oczach oczywiście, bo może komuś imponują takie wyczyny. Przy okazji wyszło, że "w tym sporcie i tak wszyscy biorą", więc Lanca to po prostu jeden z wielu, a nie ten co został niby legendą. Idąc dalej z historią, jakiś czas temu w Polsce zdarzało się, że grupa zagranicznych biegaczy obstawiała np. półmaraton i 10km w jeden wikend, żeby w następny biegać znowu takie połączenie, a potem znowu. W sumie to podobnie robi wielu "amatorów", ale oni grzmocili po 3'00/km. Powstała wśród nieogarniętych obserwatorów swego rodzaju legenda, ale ci kumaci zdawali sobie sprawę z czystości "ugali" czy "ukraińskiej szkoły biegowej". Ostatnie miesiące to zalew rewelacji w tym temacie, legenda raczej upada, a "bohaterscy" biegacze niewymagający żadnej regeneracji kojarzą się jednoznacznie. Natomiast obecnie fejsika zalewają mi propsy dla jakiegoś elektryka z wąsem. Parafrazując chyba najbardziej znany cytat Stefana Banacha (książkę o którym mam obecnie niewybałą przyjemność czytać), niekoniecznie chodzi mi o dostrzeganie analogii między analogiami czy analogii między faktami, wystarczy dostrzeganie faktów. Mam też oczywiście okazjonalną piosenkę.



LUMEN Run #1, 21 stycznia, sklep Sport Guru w Adgar Fit
wyniczki
Wydarzenie promocyjne, obstawione m. in. przez ludzi startujących w marszach na orientację, którzy potem mówią o sobie "stałem na podium w zawodach w biegu na orientację (osiągając np. tempo 6'30/km po drogach po płaskim)". Na szybkości zebraliśmy 2 składy "prawdziwych (niepodrabianych) orientalistów" i rozjebaliśmy w pył konkurencję (o 2 minutki, wspomniany wyżej blogasek mija się z prawdą). Oczywiście, jak to na podobnych biegach, przed startem nikt za bardzo nie wiedział, o co będzie chodziło dokładnie. Okazało się, że należy w cztery osoby przebiec ok. 4 km po Szczęśliwicach i po drodze uporać się z zadaniami sprawnościowymi. Raz wygrywasz światełko na rower, raz wycieczkę do Dubaju (relacja :) wkróóótce) - ale generalnie bardzo warto wyszukiwać i brać udział w podobnych wydarzeniach. Aha - udało mi się bodajże pierwszy raz w życiu (w chyba pierwszym pojedynku) ograć znanego blogera, warszawskiegobiegacza.pl - który to codziennie uśmiecha się do mnie z okładki książki pana Danielsa.


GURU
a najszersze bary ma kto?
wjechali jak husaria? 
rodzinne

XIII Zimowe Biegi "Górskie", 23 stycznia, Warszawa Falenica
wyniczki (moje 40:32, pętle: 13:22 + 13:32 + 13:38)
Dostać numer na taki bieg to nie taka prosta sprawa (o ile nie zrobiło się tego w grudniu na cały cykl, a tera nie przyjeżdża bo np. pogoda brzydka), więc zmuszony byłem (nie tylko ja zresztą) startować na tzw. krzywe ryło. Jako rozgrzeweczka mapka z juniorskim mistrzem świata w sztafecie z 2011 roku na tzw. Falino - tam to dopiero jest wielu chętnych do wygrania treningu. Śniegu full, początek spokojnie, potem nawet niby spokojniej, ale subiektywnie dość mocno. Podzio minął mnie gdzieś na 4 podbiegi przed końcem, niestety nie przytrzymałem koła. Natomiast zarówno Jaco Moro, jak i Papuuuuś rozjebani :)


Bob Jebando niespotkany, bo i niby gdzie
jakieś kacperki, jeszcze poza moim zasięgiem niestety
rodzinne
start ładny - ja po lewej w zielonej czapce, za mną Podzio w niebieskiej
startując po około 3'50/km biegnie się w takim wielokolorowym tłumie,
który potem jednak postanawia znacznie zwolnić kroku

ABC biegu na orientację, 24 stycznia, Warszawa Radość

wyniczki - 842658 to ja (ominąłem liniówkę)
Potraktowałem mapkę w głębokim śniegu jako część długiego rozbiegania, nawet nakręciłem cały występ kamerką zamontowaną na czole, ale dzień był dość pochmurny, światło słabe, więc i słabo wyszło. (nie mam nerwów do obrabiania 5 GB filmu). Na treningu owym była również sama "Wicemistrzyni Polski w maratonach".


na 1pk i z 15pk oczywiście przez płot
(bo chyba nie dookoła, co?)
Śnieżne Konwalie TP25, 30 stycznia, Bobrowice
wyniczki
Będzie oddzielna "relacja", czekam na foteczki na stronie organizatora, żeby była pełna. 



XIII Zimowe Biegi "Górskie", 6 lutego, Warszawa Falenica

wyniczki (moje 1 pętla 12:33)
Niestety lekko przeziębiony postanowiłem nie ryzykować całkowitego popsucia zdrowia. Udało mi się natomiast zrobić tzw. selfje ze zwycięzcą
(i medykami).

ekipa startowa godna 

Wesołe Biegi Górskie + WesolIno (zima 2016-3. runda), 13 lutego, Warszawa Wesoła

wyniczki przełaj (pętle 8:06 + 8:40 + 9:03)
wyniczki mapka
Na rozgrzeweczce z Wojtasem gadaliśmy sobie, jak to należy zacząć spokojnie, a potem przyspieszać. Potem zrobiliśmy zupełnie odwrotnie :) Ale były dość istotne powody. Wystartowałem na 10km (5 pętli), po trzeciej dałem sobie spokój. Przeziębionko zostawiło lekki ślad + miałem jeszcze trening na mapce do wygrania, a następnego dnia mocne bieganie. Ponownie z kamerką na bani i ponownie nic nie wyszło z nagrywek. Ale już jest nowa karta SD i może następnym razem pyknie.



4pk ukradziony, a na czerwono widać boje z kamerką
II Bieg dla Par, 14 lutego, Park Skaryszewski
wyniczki (ja jako Pioter Łobodziński - pętle 1,8km w 6:05 + 6:26 + 6:31) - niejeden wpisze sobie teraz w biegowe CV "rozjebałem Łobodzińskiego na 5km" :D
Plan był prosty - najpełniejsza pizda, jaka się da i nie przegrać z kobietami oprócz pierwszej (bo to zdecydowanie za wysokie progi). Ruszyłem zatem w grupce "women elite", lecz po 5 minutach okazało się, że to jednak dla nich za szybko. Dla mnie też, więc kolejne pętle ciut wolniej. Zdecydowanie zyskiwałem na biegnięciu opór po wewnętrznej stronie pętli z dziurawym asfaltem w Skaryszaku, wręcz po wystającym spod owego asfaltu bruku. Na końcówie minimalnie ograł mnie łysy grajek (244 numer) z pary, która na wynikach widnieje przed nami. Jest to tyleż dziwne, że Iwona z tamtą kobietą wygrała około 2 minuty, ale no cóż...

typowy średnio mocny grajek
rodzinne
luźno góra
ilość zjeboszczaków standardowa
podium ciut poza naszym zasięgiem
PS skoro przebiegłem piątaka po 3'30/km, to czas stał się najwyższy, aby znaleźć klub. Sezon 2016 razem z nowym-starym OK!.,;'Sportem!

poniedziałek, 15 lutego 2016

Chętnie bym coś napisał

Powiem tak: ale dużo bardziej ciekawe wydaje mi się aktualnie czytanie dzienniczka treningowego pana Thierrego. Tzw. kopalnia wiedzy z odpowiednią dawką humoru wysokich lotów. I co dość ważne, oprócz zachwytów "ale jestem zajebisty, biegam w zimę na zawodach na Półwyspie Iberyjskim i rozpierdalam wszystkich jak chcę" zdarzają się też wpisy mniej hurraoptymistyczne. Niewybałe. Dodając do tego lekturę attackpointa Cat T uzyskuję przy przejściu na inne strony ów charakterystyczny, dość ciekawy, lecz zapomniany już (bo i miernie efektywną w moim wykonaniu zabawę w attackpointy porzuciłem ładnych parę lat temu) efekt rozmycia ekranu. 
Bob Jebando niespotkany...

piątek, 12 lutego 2016

MANIFEST

Powiem tak: zbierałem się do napisania takiej notki od początku stycznia, czyli od ostatniej tzw. reaktywacji blogaska. Jednak co chwilę myślałem sobie: jeszcze jeden komentarz i reakcja na niego. W minionym tygodniu wszystkie "komentkowe" cele spełniłem, więc ze spokojem mogę pisać. Pewną namiastkę swojej blogerskiej filozofii wyłożyłem w 2011 roku w pierwszym poście (pod zaskakującym tytułem "Pierwszy"), jednak zbliżające się wielkimi krokami 5. urodzinki blogaska to chyba akurat wiek na napisanie czegoś w rodzaju credo. Słowo manifest ma bezpośrednio nawiązywać do Manifestu Skyrunnera przedstawionego przez Kiliana Jorneta w "autobiografii", którą miałem okazję przeczytać w grudniu - generalnie standardowy słabiutki poziom książek o bieganiu pełnych marnie przetłumaczonych okrągłych zdań i pseudopoetyckich opisów z nielicznymi perełkami typu owy "manifesto".

Na początek polecam i zalecam zapoznanie się z pewnym (dość długim, ale cóż to dla wytrawnego czytelnika - zresztą można potraktować to jako swojego rodzaju test - skoro nie umiesz ze zrozumieniem przeczytać 3 stron, to może daruj sobie przyjacielu wchodzenie na tego blogaska) tekstem traktującym o niebywałym spłyceniu poziomu debaty publicznej opublikowanym dokładnie na początku tego roku: Świat wegetariańskich cyklistów oraz nienormalna polskość.

Następnie można odpalić sobie Rycha Peję z wydanej w nomen omen 2011 roku płytki. Jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową owego tekstu na blogasku, nie wyobrażam sobie lepszej. "Będąc niepopularnym, w pewnych kręgach wręcz wyklętym". Co tu dużo mówić, dla mnie najlepszy raper w Polsce to właśnie ten poznański, nie żaden bydgoski, wrocławski, krakowski, łódzki czy tym bardziej warszawski. A trójmiejskiego to nawet nie znam żadnego.

Czym zatem jest ten blogasek? Na przestrzeni lat zmieniało się moje stanowisko w tej sprawie: najpierw byłem przekonany, że po stosunkowo krótkim czasie te wymyślne i lekko prowokacyjne teksty o życiu, przygodach i przemyśleniach średnio mocnego biegacza na orientację zyskają dość szerokie audytorium. Gdy tak się nie działo, zdecydowanie opadał mój pisarski zapał lub próbowałem różnych mniej lub bardziej desperackich "chwytów marketingowych". Kiedy i to się nie powiodło, zbiegając się przy okazji w czasie z olbrzymim regresem prezentowanej formy sportowej (przypadającym na cały 2015 rok), postanowiłem "skończyć robotę" i zamknąć działalność. Obecnie wróciłem bogatszy o wieloletnie doświadczenie i z doskonale znanym "targetem" - piszę coś w rodzaju pamiętnika generalnie dla siebie, bardzo dużo satysfakcji sprawia mi czytanie własnych archiwalnych pościków, a jeśli ktoś tu czasem zajrzy i cokolwiek z tego wyniesie - super! Jak nie - też super! Skoro piszę dla siebie - to przede wszystkim w sposób przez siebie ulubiony, z wielokrotnie złożonymi zdaniami, różnorodnymi konstrukcjami językowymi i jak najwiekszą ilością nawiązań do innych "dzieł kultury" oraz nie brzydzę się dobrze umiejscowionymi przekleństwami. Prościuteńkie!

Kolejna kwestia - będąc przez ostatnie 3 lata w trzech różnych "klubach" poznałem doskonale naczelną zasadę polskiej orientacji: "we the best, fuck the rest". Nawet jak w rzeczywistości nie jesteśmy najlepsi, a od innych można się wiele nauczyć i zdecydowanie warto odnotowywać ich istnienie. Jak jesteś z innego klubu, to zazwyczaj możesz sobie wypierdalać i nikogo to nie interesuje, a jak jesteś "od nas" - oooo, to zapraszamy. Warto dodać, że napisałem w życiu oprócz ponad stówki notek na blogaska kilka tzw. "takich tekstów" - na potrzeby serwisu biegnaorientacje.pl, ale nie zostały przyjęte entuzjastycznie (w sumie w żaden sposób nie zostały przyjęte, więc zaniechałem takiej "gładkiej" działalności publicystycznej).
Czas na moje ulubione porównanie lajków:
relacja z występu polskich zawodników na jednych z wielu zimowych zawodów na Półwyspie Iberyjskim, gdzie w każdej kategorii biega po około trzech/y poważnych/e zawodników/czki, a reszta raczej zbiera grzyby albo próbuje wykręcić najlepszy błąd na Boba Jebando (sukcesami w zawodach których jaranie się jak pochodnia jest doskonałym przykładem zostania anegdotycznym już mistrzem ogórkowego kraju - bo jesteśmy mocni, czy też rywale słabiutcy?) - 22
(Już widzę te komentarze: heheszki i beka, ciekawe co ten Piłkowski zwojował na międzynarodowych zawodach konkurując z Mistrzami Europy w sprintach albo ile ma medali MP??? xD
Spokojnie odpowiadam: medali 0 i raczej ta liczba się już nie zmieni. Miałem natomiast okazję rywalizować z grajkami typu Pawlak, Hewelt, Drągowski, Cygler oraz wymiennie co rok Morawski, Jasiński, Stefański i Podziński. Ze średnim czy też średnio-dobrym biegiem nie dało się wpaść na podium, a kim byli i gdzie teraz są wasi rywale? 
Po prostu staram się w miarę obiektywnie opisywać rzeczywistość + do zobaczenia w lesie!) 
Ponadto warto nadmienić, iż jestem (stan na 2 marca 2016) posiadaczem największej ilości startów od roku 2008 (169) w rankingu na zielonymsporcie.pl.

Pora na kwestie światopoglądowe, które nie występują zawsze, ale zawsze dobitnie zaznaczają swą obecność na blogasku. Patriotyzm to w żadnym wypadku nie jest dla mnie płacenie (bandyckich) podatków (idących głównie na nowe siedziby ZUSu i wysyłanie sportowców na melanżowe wakacje do ciepłych krajów oraz pochłaniającą połowę kosztów "administrację" tymi środkami) czy jaranie się raz w roku "nooo, ja to uczciłem Święto Niepodległości jak trzeba uklepując asfalt w centrum miasta, nie to co jakieś bydło rozpierdalające pół Warszawy" (zapraszam do Warszawy - jest jej więcej niż sztuczne kwiatki na stelażu i drewniana budka - notabene trzeba być pierdolniętym, żeby nie przyjmować do wiadomości podstawowych faktów). Patriotyzm to miłość do ojczyzny (terenu, ziemi, na której mieszkają ludzie tworzący naród - nie państwa, które próbuje tym nader nieudolnie zarządzać) oraz znajomość i krytyczne wyciąganie wniosków z własnej historii - a co za tym idzie prowadzenie polityki historycznej. Jeśli dla kogoś lepszy był prezydent - kompromitacja, działający w sposób jawnie antypolski, jeżdżący na wycieczki stawać na krześle i nieuważający córki Pileckiego za gościa nr 1 na uroczystościach w Auschwitz (pomijam już zupełnie twierdzenia z książek pana Sumlińskiego) - no cóż...

Można oczywiście bardzo łatwo zdyskredytować mnie twierdząc, że mimo 25 lat jeszcze "niczego" w życiu nie osiągnąłem - tak, jest to niewątpliwie prawda. Jednak proszę się zastanowić, ile jest osób, które w tym wieku już "coś" osiągnęły, a ile z nich (od razu podpowiem, że 99%) ma bogatego ojca. Aha - piszę te słowa ze swojego ulubionego stanowiska i tak, rzeczywiście biegam na orientację (kocham to i chyba nie przestanę) od dziecka (foteczka z 2002 roku).