środa, 9 marca 2016

O dalekich podróżach i o wielkich wygranych (We Run Dubai 2014)



Powiem tak: zapraszam w podróż. I to nie byle jaką, bo najpierw do października 2013, a potem do grudnia 2014 i na Półwysep Arabski. 

Chyba nikt z uczestników promocyjnego biegu Nike #Flashrun odbytego 30 października dwa i pół roku temu nie podejrzewał, że nagrodą będzie wyjazd dla dwóch osób na czterodniową wycieczkę do Dubaju. Konkurencja byłaby chyba ciut większa. Minęło już trochę czasu, więc i nie pamiętam wszystkiego super dokładnie (zupełnie jak połowa moich biegowych przygód nie załapało się to na blogaska), ale główne założenia były następujące: mapa ulic z zaznaczonymi dziesięcioma strefami, w każdej po 3 osoby (bardziej lub mniej znane lub też w ogóle nieznane - typu raper W do E, Tomasz Smokowski i to z wąsem w ramach akcji Movember, Yared Shegumo, Iwona Lewandowska, Asia Jóźwik czy szerokie grono "facebukowych blogerów biegowych", z których co jeden to śmieszniejsza nazwa fanpaga) ubrane w odblaskowe kurteczki z numerem i trzeba zrobić jak najwięcej zdjęć numerów przez 60 minut. Oczywiście najłatwiej byłoby wrzucić po prostu tę mapkę z przebiegami, ale po 1. rozładował mi się wtedy garminek, a po 2. mapka zaginęła. Nie wnikając zanadto w szczegóły typu robiłem foteczkę na rogu Brackiej i Mysiej komuś, kto mógł biegać tylko po Placu Trzech Krzyży czy obszar przy PKP Powiśle, gdzie grajek w kurtce mógł biegać po poziomie Powiśla, poziomie peronu, poziomie Alej lub schodach między nimi, więc i ciężko było go akurat wyhaczyć, udało mi się ustrzelić bodaj 23/30 numerów i tym samym wygrać całe zawody. Był bowiem jeszcze taki haczyk, że jeśli ktoś spóźnił się nawet chwilę, to nie był klasyfikowany. Po wszystkim mierzyłem +/- swoją traskę i wyszło w okolicach 13 km w tę godzinę. Trzeba oczywiście pamiętać o sporej ilości czasu poświęconego na uganianie się za kurteczkami. Kilka fotek dla rozjaśnienia.

fotkę pyknąć w biegu wcale nie tak łatwo
tutaj trochę widać mapkę
pstryk!
w nagrodę ładna ramka
i propsy od Jareda
i nawet dali trochę pofristajlować
Nagrodami dla pierwszej trójki była "biegowa wycieczka marzeń" na bieg Nike typu Run Warsaw do jakiejś europejskiej stolicy w roku 2014. Podaliśmy dane i każdy ruszył w swoją stronę (ja na melanż zawieruszyć mapkę). Po pół roku ciszy nadszedł czas wymiany maili na jaki to bieg byśmy nie chcieli jechać, pierwotnie w grę wchodziła Praga, Stambuł albo Moskwa. Następnie po lekkich zmianach planów okazało się, że może to być nawet Dubaj w terminie tuż przed świętami, gotowość do wyjazdu potwierdziła znana instagramowiczka Ruda, a w przeddzień wylotu dotarł zestaw wyjazdowicza spodenki+buty (mając wybór w ciemno zdecydowałem się na swoje pierwsze startówki w życiu - Zoom Streak 5 ("striki piątki" :), mocno polecane wtedy przez jednego z moich ulubionych blogerów Giżę (rzadko spotykane merytoryka i wyważenie zamiast jakże częstych słodkich foteczek i czczego pierdolenia). Robiło się coraz ciekawiej.
więcej dźwigów niż w Dubaju
Plan był następujący: wylot w środę po południu, przylot w nocy czasu miejscowego, czwartek lekkie zwiedzanie i ogarnięcie się w temperaturze i strefie czasowej, piątek 8 rano start na 10k, sobota większe zwiedzanie, niedziela z samego rana powroty. 
W czwartek jedyną szansą na rozruch było wstanie ekstremalnie wcześnie, co też uczyniliśmy. Byłem wtedy w niewątpliwie życiowej formie (obecnie szczęśliwie jestem w jeszcze lepszej), a startóweczki oraz niewybałe krajobrazy pozwoliły mi klepać dwuseteczki poniżej 30 sekund.  Świetne uczucie i polecam każdemu biegać rytmy pod Burż Chalifa. Następnie całą dziewięcioosobową ekipa (3x2 w nagrodę i 3 osoby z wyższych sfer Nike Polska) wybraliśmy się na całodzienne zwiedzanie. Łącznie chodzenia wyszło pewnie z 10km, więc może nie był to najlepiej spędzony "dzień przedstartowy", ale ciężko się było powstrzymać. 
muszelki pod Burż al Arab? zebrane

Następnego dnia znowu nie dane było mi się wyspać, bo We Run Dubai 2014 ruszał o godzinie 8:00. Nie pamiętam dokładnych powodów, o ekstremalną temperaturę raczej nie chodziło, bardziej o zamknięcie ulic dla garstki truchtaczy pewnie. Otoczka biegu na dobrą sprawę niczym nie zaskoczyła, przepchałem się w miarę do przodu (miałem opaskę w kolorze najszybszej strefy, ale przed nią była jeszcze VIP) i jazda! Uczestnicy pokazali prawdziwy "dubajski styl": pierwsze 100 albo 150 metrów pełen gaz, a potem płynne przejście do marszu. Po uspokojeniu oddechu ponownie pełna pizda i ponownie marsz. Gdzieś w okolicach pierwszego kilometra minąłem ostatnich takich grajków i mniej więcej na 20-30 miejscu starałem się robić swoje. Założenie było na łamanie 38:00 czyli po 3'48 każdy kilometer. Początek oczywiście standardowo ciut szybciej (~3'40), w okolicach 4km minąłem najlepszą kobietę. Mimo poranka było dobre 20 stopni i dość sucho, piłem na każdym z kilku wodopojów, natomiast niektórzy lokalesi biegli w ocieplaczach czy długich dresach. Skończyłem jako 17 grajek, zegar pokazał 38:06. Mój niezależny pomiar długości na mapach googla dał mniej więcej 10200m, o garminie nic nie mówię, bo fragment trasy był w tunelu, ale mam pewne wątpliwości co do "atestu". Szczególnie, że macki PZLA chyba nie sięgają do Arabskich Emiratów. W każdym razie pytany o życiówkę na dychę śmiało odpowiadam, że póki co 38:06, ale uwaga uwaga, nabiegana w Dubaju. Niestety nie są dostępne pełne wyniki, były pod tym linkiem, ale coś nie działa i dzielnych informatyków od pomiaru czasu w ogóle to nie interesuje. Zwycięzca w okolicach 30:30, a top10 to był wynik rzędu 35:00. Ostatnie kilkaset metrów piłowałem do oporu, ale sub 38 nie dało rady. Ruda pobiegła w okolicach 41:40 i o kilkanaście sekund przegrała damskie podium. Startowała z odleglejszego miejsca w tłumie i "dubajską szkołę biegową" podziwiała przez dobre kilka kilometrów.

po prawej typowi dubajscy biegacze uliczni
od frontu, jak się przyjrzeć, to nawet moją białą opaskę widać gdzieś w środku
całkiem kontent (nie żaden content, tylko zadowolony oczywiście)
w sumie to wszyscy zadowoleni, bo niecodziennie zostaje się medalistą
traska
Kolejnym punktem programu było dogorywanie na plaży, ale woda to jednak nie jest najlepsze remedium na lekkie otarcia. Natomiast wielbłądy na piasku z wieżowcami w tle to zdjęcie, które chyba każdy chciałby mieć. Udało się także zwiedzić położony w sąsiednim emiracie Abu Zabi (połączenie 100km pięciopasmową autostradką) meczet Szejka Zajeda. Podobno jeden z sroższych na świecie, nie mam zbytnio porównania, ale dość ładna i kunsztownie wykończona budowla. Kwestii religijnych nie poruszam. Udało się również podróżować i mocno pogubić drogę przy wyjściu z metra (notabene budowa którego była ponoć mniej kosztowna niż budowa północno-wschodniego odcinka obwodnicy Warszawy. Udało się ponadto wjechać na taras widokowy Burż Chalifa (oczywiście po odstaniu godzinki w kolejce i kontroli bezpieczeństwa obszerniejszej niż później na lotnisku) - położony w okolicach 450 metrów nad powierzchnią terenu - czyli nad nim jest jeszcze około 400 metrów konstrukcji. Cenna uwaga - zakazane było tam wystawianie kijów do robienia zdjęć samego siebie za szybę.

Podsumowując: wycieczka mojego życia, "czasami wygrywasz światełko na rower, a czasami wycieczkę do Dubaju" i jak to się mówi: dziękówka Nike Running Polska. Poniżej jeszcze kilka (słodkich?) foteczek.


centrum zawodów o brzasku



jak rasowy towerruner pod zdobytym budynkiem
prawie jak rasowy towerruner
blogasek, a jakże
ja pod żyrandolem
ja i wielbłądy
ja i meczet
widok z tarasu widokowego
#instagramowicz #elo
dach Burż Chalifa (podobno w rytm piosenek rapowych skaczą z niego prostytutki)

piątek, 4 marca 2016

W biegu


Powiem tak: mój świeżo rozbudzony blogerski zapał w ostatnich dniach nieco osłabł. "Haha, pobiegał przez parę tygodni więcej kilometerków i teraz karnet do fizjoterapeuty trzeba wykupić?" Może aż takiej tragedii to nie ma, ale od kończącego ostatni wpis walentynkowego (waledrinkowego) Biegu dla Par moja współpraca z lewym ścięgnem Achillesa odbywa się w nie do końca wymarzony sposób. Takie niestety problemy nizinnego biegacza w zimę - zamiast jak normalny człowiek robić treningi np. na nartach, rowerkach stacjonarnych czy bieżniach mechanicznych - brak śniegu zachęca do łupania na samych nogach. Ale nie poddaję się, bo jak to sie mówi WALKA TRWAAAA (dopóki oczywiście nie zacznie boleć kulszowa rwaaaa). Drugim czynnikiem osłabiającym było zalanie fejsika "biegaczami - "wannabe" blogerami". W skrócie: patrzcie wszyscy i LAJKUJCIE jaki ze mnie zajebisty grajek. To nic, że czasowo dostałem w pizdę jak siemasz, ale WYGRAŁEM z bólem. I do tego jestem MEDALISTĄ. Otóż zdałem sobie sprawę, że pisząc blogaska stawiam się dokładnie w tym samym rzędzie. Tylko lajeczków jakby mniej :) (bo i trudno o to ze zdroworozsądkowym, a nie pozytywnym usposobieniem)


Wrocław Night O-Fight, 23 lutego, Narodowe Forum Muzyki we Wrocławiu

wyniczki

mapka
przebiegi moje na pewno super czytelne





















Moje trzecie (na dotychczasowe pięć odbytych w Polsce) zawody w biegu na orientację w budynku (indoor-O). Bogate doświadczenia zebrane szczególnie przy okazji biegania po zapleczu północnej trybuny stadionu Śląska lekko zaprocentowały (%%%) - taktyka na taki bieg jest niestety w przeciwieństwie do tych forsowanych przez Boba Jebando dość złożona: liczymy ile poziomów do góry lub do dołu dzieli nas od następnego punktu, szukamy odpowiednio łączących owe poziomy schodów i dopiero jazda, nigdy odwrotnie. Warto stanąć na kilka sekund zamiast 2 minuty biegać potem jak pojebany w kółko. Oczywiście technika zbiegania i lawirowania w tłumie też jest istotna, ale to już detale, najbardziej liczy się uniknięcie utraty kontaktu z mapą i wielkigo błędu. Czyli w sumie dokładnie jak w normalnej orientacji.
Standardowo jak pomyślałem - tak wcale nie zrobiłem i na 1pk wbiegłem początkowo na poziom +1. Pierwsza myśl - zajebali punkt, druga myśl - o ja idiota. Niby tylko 6 sekund straty na tym przebiegu, jak widać nikt nie zaczął optymalnie. Dalej ok, 4pk nawet wygrany króciutki przebieg (mimo SI z roku 2007). Na 6pk na 100% ktoś (akurat nietrudno znaleźć, że Jarek Borgiel) pobiegł tą mniejszą klatką schodową - ale drzwi teoretycznie można było otwierać tylko w jedną stronę. I kiedy wzorem styczniowego etapu Warszawa Nocą szykowałem się do wyjścia na prowadzenie całych zawodów - po słusznie zrealizowanym wariancie małą klatką na 7pk - na najniższym poziomie drogę moją jakąś kłodą (na przebiegach na czarno) zagrodziło dwóch dzielnych panów z ochrony oświadczając, że tu nie wolno biegać. Aha. Na szczęście wzorem owego stycznia nie było to obite kolano, więc mocno zdekoncetrowany ruszyłem dalej. Całość kosztowała mnie około 30 sekund. Na 10pk wybiegłem ze schodów ponownie o poziom za nisko, ponownie trochę zgłupiałem i ponownie około 15 sekund do tyłu. Na 14pk oczywiście ktoś (nie chce mi się szukać) przebiegł przez fioletowy obszar. Finalnie, jak to słusznie określono w relacji, wywalczyłem 3 miejsce. Co ciekawe, nie załapałem się na foteczki z biegu, ale załapałem się na filmik - macham rękami na wejściu do zaznaczonej na fioletowo strefy startu (miejsce wydawało się doskonałe do tym celu - bo i po co ktoś miałby przebiec przez tę tasiemkę).
o tak było
5km przy Półmaratonie Wiązowskim, 28 lutego
wyniczki
Kolejny już blogerski pojedynek na asfalcie. Tym razem do pomocy najęty został nawet pacemaker Maro, który to ze swej roli wywiązał się pierwszorzędnie. Założenie było na 17:45 (3'33/km). Początek doskonale, do nawrotu w połowie dystansu trzymałem plegier jak trzeba. Brak jakichkolwiek szybkich treningów w tym miesiącu dał o sobie znać chwilę później i pozostała mi jedynie walka o <18:00. Trzon grupy dojechał zgodnie z planem, dzięki czemu Iwona zanotowała 40 sekund progresu na 5km w dwa tygodnie. Moje kilometry wyszły: 3:29, 33, 37, 37 i 40, PB cieszy, ale z drugiej strony dwa tygodnie wcześniej byłem już prawie na poziomie 17:30. No cóż... Cała nadzieja w jak najszybszym nadejściu ciepłej wiosny.
nadjeżdżają w tle
jadą
wjeżdżają
lekko spóźniony
Szmulo prawie niezważony
prawdziwy mocny grajek

Na koniec (dla odmiany) obrazek oraz filmik. Kiedyś (w 2008 roku) zachwycałem się wygaszonym już niestety jednym z blogerskich klasyków - zapiskami Alka Bernaciaka. Oprócz ładnych mapek były tam też pewne kwestie polityczne, w skrócie: Polska to jebany zaścianek. Teraz (w 2016 roku) chyba oczywista jest wyższość naszego zaścianka nad jakże postępowymi Szwedami. Mądrość na dziś: przegrałeś ze Szwedem w lesie? Nie smuć się, nasze dzieci z ich dziećmi wygrają bez problemu, bo ich dzieci po prostu nie będzie.