piątek, 30 września 2016

Łódź Park Tour Atlas Arena i Puchar UNTS 2016

Powiem tak: lepiej późno niż wcale. Miałem napisać kilka zdań o indoor-O już tydzień temu, tuż po publikacji na ten temat na fanpejdżyku warszawskiego OK.!Sportu, ale niestety nie udało się. Chciałem napisać kilka zdań o UNTS Kapie tuż po jego zakończeniu, ale również się nie udało. Teraz natomiast oba fajerwerki z końca września w jednej noteczce!
 Z mapą biegać po kilku poziomach budynku miałem 21 września niewybałą okazję biegać już po raz czwarty w życiu (na sześć takich zabaw zorganizowanych w Polsce przez ostatnie 3 lata). Po przygodach wrocławskich: w miarę udanym (przypominam, że zwycięzca przebiegł tam przez "ścianę nie do przejścia" na przebiegu 9-10) Sky Tower w styczniu 2013, kompletnie nieudanym i stanowiącym największe wyzwanie biorąc pod uwagę moje doświadczenie Stadionie Śląska (jego północnej trybunie) w styczniu 2014 oraz przyzwoitym występie w Narodowym Forum Muzyki w lutym 2016 przyszedł czas na łódzką Atlas Arenę. Po raz pierwszy w życiu starłem się z budynkiem, w którym między poziomami oprócz klatek schodowych można było przemieszczać się schodami na trybunach prowadzącymi od samego dołu na samą górę w linii prostej. Przysporzyło mi to pewnych problemów, ale o tym później. Do miasta Łodzi od dość niedawna można dostać się jak do każdego innego normalnego najpierw drogą szybkiego ruchu, a potem kilkupasmową lokalną, a nie jak za mojej rocznej kadencji w Orientusiu przez niezbyt przemyślany i zdecydowanie niewydolny zjazd "Stryków". Asfalt w mieście też jakiś równiejszy niż 2 lata temu. No cóż...
Przed swoim startem miałem okazję podziwiać m. in. trenera kadry juniorów celowo i w pełni umyślnie przemieszczającego się mimo napomnień spikera przez zakreskowany na mapie i intensywnie wspomniany w komunikacie teren. Nie rozumiem takiego postępowania, może to były reperkusje jakiegoś przegranego zakładu? Ale drodzy zawodnicy juniorscy, na dużych mistrzostwach /co prawda nie biega się tam wewnątrz budynków, ale pionowe fioletowe kreski na mapie mogą wystąpić/ - nie naśladujcie trenejra.

Start był umiejscowiony w taki sposób, że dobrze widać było odbiegającego zawodnika /niestety indoor-O nie oferuje innego wyboru chcąc dać jakiekolwiek miejsce do rozgrzewki i nie zamykając startujących w jakimś pomieszczeniu/, więc na pierwszy punkt odbiegłem dokładnie tak, jak goniony przeze mnie jak się okazało zwycięzca biegu Rafol - do klatki schodowej. Okazało się to niestety błędem /najlepszy wariant schodami po trybunie/, ale takie uroki Atlas Areny. 2pk dobrze, ale następnie zamiast na 3pk udałem się w strone punktu czwartego /czyli na szczyt schodów/. Podbiegów nigdy mało! A prawdę mówiąc popełniłem tragiczny błąd w czytaniu mapy. Kontynuując przygodę na przebiegu 2-3 miałem też spore problemy z trafieniem w odpowiednie schody prowadzące na najwyższy poziom. Po powtórnej wspinaczce na punkt nr 4 zagotowałem się na tyle, że przebiegłem obok 5pk tracąc kolejną bezcenną minutę. Ostatnie 6 punktów to już tylko leciutkie zawahanie na 9pk i bardzo szybkie bieganie po poznanym przez pierwsze kilka minut biegu budynku. Na odcinku start-5pk straciłem do zwycięzcy 2:35, a na odcinku 6pk-meta 5 sekund. Cóż poradzić. Odpocząłem chwilę, rozpocząłem pobiegowy trucht, zacząłem rozmyślać "300km w dwie strony jednego wieczora, żeby tak się zgubić i biegać 3 minuty za długo???", po czym postanowiłem ruszyć na trasę ponownie. I ponownie na pierwszy punkt wybrałem zły wariant /biegnąc na pamięć w 35 sekund, podczas gdy najlepszy czas na zawodach na tym przebiegu to 1:04/, a także na przebiegu 3-4 zbiegłem na sam dół zamiast zostać na poziomie drugim /bo podbiegów NIGDY mało!/ i trochę zatykało mnie już na szczycie schodów, a na końcówce dogoniłem rywalizującego jeszcze trenera Karola, więc nie chcąc wystawiać mu punktów musiałem trochę zwolnić /jak się okazało, zwiedzał Atlas Arenę dużo dłużej niż ja/. Na finiszu zameldowałem się wg zegarka po niecałych dziewięciu minutach. Bardzo fajnie, ale przecież zupełnie nie na powtarzalności trasy polega nasz piękny sport. /chociaż jakby się tak głębiej zastanowić, to implementacja tzw. motylków na długim leśnym dystansie wprowadza właśnie owy element powtarzalności i znajomości trasy podczas wbiegania po raz wtóry na ten sam punkt przy okazji nie dając ŻADNYCH wymiernych korzyści z rozdzielenia dwóch mocnych zawodników, którzy i tak spotkają się po podbiciu wszystkich punktów na tych tzw. motylkach. A już zakazywanie użycia zegarków z GPSem, które niby pomogłyby wrócić na węzłowy punkt zawodnikom kategorii M21 to jakieś popier***one kuriozum - po to ktoś jest mocnym grajkiem, żeby trafiać na punkty czytając mapę, a nie zajmować sobie czas obsługą zegarka - ale to już temat na oddzielne wypociny/
wyniczki
międzyczaski
Kilka impresji obrazkowych:
ale napiera!, fot. Orientuś Łódź
analiza z trenerem na szybkości, fot. Orientuś Łódź
prawie jak..., fot. Orientuś Łódź
...Hubmann na WOCzku w Wenecji!, fot. ???
zwycięzcy próbują zatańczyć poloneza, fot. Orientuś Łódź
schody chędogie, szczególnie w dół
fot. festiwalbiegowy.pl
kącik czytelnika mapy, fot. Orientuś Łódź
ale napiera2! fot. festiwalbiegowy.pl
Następnego dnia na dość nieświeżych nogach przyszło mi wziąć udział w tradycyjnym środowym treningu interwałowym mazowieckiej elyty. Tym razem z racji udziału wielu uczestników w ŁPT odbył się on w czwartek. Użyta została ostatnia z nowych mapek w dzielnicy Wesoła, a ściganie było jak zawsze najszybsze z dotychczasowych (dotamtądczasowych?).
instagramowy skład uzupełnia oppapus, fot. J. Morawski
był nawet (jak zawsze) traking:
 http://app2.trackcourse.com/view/20160922stara-milosna
Następnie na rozkład wskoczył Pucharek UNTS. Rywalizować oprócz zwyczajowych mazowieckich grajków przyjechali nawet kadrowicze z województwa łódzkiego. Rozpoczęto city racem, czyli biegiem "miejskim" - po obsranych ursynowskich blokach. Jak to, jak to, taki zapalony pisarski przeciwnik obiegania obsranych przez psy ogródków przyblokowych biega w takich zawodach? Tak jest, w celu zmęczenia się przed biegiem nocnym oraz zdobycia zapowiadanej w obrysie terenu zawodów Kopy Cwila. Niestety, ku mojemu rozczarowaniu, mapa nie objęła północnej strony ul. Wawrzyńca Surowieckiego. 
Bieganie w mieście bez przewyższenia to jednak niepełna zabawa. Moim założeniem było pobiec szybko, ale na tyle, żeby być w stanie po 7 godzinach pościgać się w lesie w nocy. Czyli takie 90%. Po lekkim zawahaniu na 3pk i dość dużym (wyszedł brak przygotowania w bieganiu po blokach i parkingach w tym roku) na 4pk realizowałem swoje założenia jak najbardziej poprawnie, czasu na czytanie optymalnych wariantów przy niepełnej prędkości było aż nadto. W międzyczasie uciąłem sobie pogawędkę z mijanym na trasie Michałem Olejnikiem wytykając mu, że wcale nie biegnie wolno, jak to przed startem wszem i wobec zapowiadał. Jak się okazało, jego zachowawcze tempo było mocniejsze niż moje 90%. Niestety, po przebiegu wzdłuż al. KEN utraciłem koncentrację na tyle, że zapomniałem o podbiciu 37pk przebiegając tuż obok. Nie chciałbym wszystkiego zwalać na brak przygotowania w tym terenie, ale chyba tutaj też on wyszedł...Do mety dobiegłem zadowolony z siebie w ciut ponad 41 minut, ale bez jednego punktu niestety nie da się zająć miejsca w top5 wyprzedzając tym samym wielkiego Podzia. Cóż poradzić. Warto odnotować, że na historycznych Szybkich Mózgach notowałem zazwyczaj ok. 4 minuty straty do zwycięzcy podczas 25-30 minut biegu, w tym razem odnotowałem tyleż samo, ale podczas 37. Czyli pewien progres jest. wyniczki i traking


ale napiera!, fot. L. Parfianowicz
do zwycięzcy nadal jednak brakuje sporo
fot. L. Parfianowicz
Wraz z niechybnym nadejściem ciemności o godzinie 19 wystartował dla mnie główny punkt wikendowego programu - nocny start masowy z kilkoma naprawdę mocnymi grajkami z prawdziwej polskiej elity. /elita to dla mnie słowo określające umiejętności zawodnika, a nie jego wiek, można być już w wieku nawet 18 lat eliciarzem w Polsce (w Skandynawii aż tak łatwo nie jest) i pozostać nim do wieku nawet sporo powyżej 40, a można biegać w M21 całe życie, ale nigdy nie zostać elitą jak np. ja/ Trzymanie plegieru podczas szaleńczego jak na moje umiejętności tempa przemieszczania się przez zielone było nie lada wyzwaniem, ale podoływałem mu aż do 4pk /rozbicie bardziej na wschód/, kiedy to Papuś z Olejem nagle zniknęli w krzakach, a gdy ich znowu zobaczyłem, biegli już na 5pk. Mi natomiast po 15 minutach biegu na orientację nagle przypadło w udziale czytanie mapy, bowiem wcześniej ani nie miałem takiej potrzeby, ani nie było to dla mnie wykonalne. Skończyło się sporym regresem tempa i kilkoma wahnięciami, po których na długi przebieg ruszaliśmy we trzech z Ilją i Wojtasem. Mimo lekko różnych wariantów punkt podbiliśmy razem i zaczęła się największa przygoda tej nocy. Wypałowaliśmy /ja głównie patrząc na plecy Wojtiego, a nie na kompas/ w złe zagłębienia, które dodatkowo na wydrukowanej mapie przykrywał numer punktu. Każdy wyciągnął swój grzebyczek i rozpoczęło się czesanie, w którym uczestniczyło w pewnym momencie aż 5 grajków. Dalsza część trasy to podziwianie biegowych umiejętności Darka Wójcika (49 lat!) na drodze, po czym dojeżdżanie go w lesie. Nareszcie to u kogoś innego niż u mnie wychodził brak przygotowania w terenie. Co jak co, ale areną cotygodniowych mazowieckich treningów interwałowych był właśnie Las Króla Jana wraz z przyległościami. W międzyczasie dały mi się we znaki trudy dnia (łącznie ok. 35km tej soboty wpadło do dzienniczka) i zwolniłem trochę tempo na powrocie do podbijanych drugi raz punktów, przez co zgubiłem Ilję i Wojtasa. Ilja finalnie odnalazł się w okolicach 22pk, a przebieg 23-24 pokonałem jak rasowy wygrywacz biegu ze startu masowego na pełnej prędkości i bez oglądania za siebie. Finalnie szóste miejsce i niby duża strata, ale zadowolenie z prędkości trzymanego plegieru na początku i jakości swojej własnej orientacji w połowie trasy dość duże. Teraz tylko wyeliminować wielkie błędy i świat stoi otworem ;) wyniczki i szczególnie polecam traking. Duża ciekawostka, że organizator postanowił spełnić marzenie robiącego nocne zawody i dać każdemu uczestnikowi nadajnik GPS. Wtedy w razie kłopotu wiadomo skąd zabrać kręcącego kółka w złym kwartale lasu gagatka albo gagatkę.
napięcie przedstartowe jak na dłoni, for. L. Parfianowicz

w końcu jakieś czerwone prostokąty przy moim nazwisku!
 Jaco Moro teraz, fot. L. Parfianowicz
Jaco Moro kiedyś - czy cokolwiek się zmieniło?, fot. ???
Niedzielny poranek zwiastował /dokładnie tak jak w następnym tygodniu, czyli już za 2 dni/ bieg średni rozgrywany małe kilkanaście godzin po zakończeniu nocnego, czyli dla uczestników tego drugiego "lekko" nieświeże nogi. Innymi słowy, kto nie biega nocy albo zejdzie niezwłocznie z trasy, ten na średnim ma dużo łatwiejsze zadanie. Charakterystyka ta zupełnie nie dotyczy mnie, bowiem właśnie na nocy upatruję swoich szans, a średni bieg na MP przejadę jedynie na tzw. zaliczenie - o słuszności tego rozumowania przekonałem się jak najdobitniej na opisywanym Pucharze. Ruszyłem niby fajnie, ale po chwili nie trafiłem już w 1pk, a po następnej w 4pk i zaczynało robić się nieciekawie, bo w każdej chwili na bite 4 minuty mógł mnie dojechać Olej. Jak się później okazało, on początku trasy również nie zaliczy do udanych, więc swoim lekko ślimaczym tempem kontynuowałem przygodę starając się sklejać krechę niczym Kowalski w Otroczu. Zacząłem też doganiać różnych słabszych grajków i próbować przyspieszać, co niechybnie kończyło się na szczęście nie w przydrożnym rowie, ale wahnięciami na 14, 16 i 18pk. W drodze na 19pk miałem nareszcie okazję podziwiać Oleja w tempie przelotowym, niestety w przeciwieństwie do nocy nie byłem w stanie utrzymać jego pleców. Na koniec jeszcze od takiej strony nabiegłem na 22pk, że nie załapałem jak większość kategorii na ładne zdjęcie z lasu, po czym tempem ślimaka wjechałem na metę i niezwłocznie padłem. Krótki bieg, ale trzeci mocny w 24h zrobił dokładnie to co miał zrobić - sponiewierał. Tym razem miejsce w top9 i 5:30 straty do zwycięzcy, a top5 zmieściło się w 42 sekundy - tylko, że dwóch z nich miało raczej świeże nogi. W każdym razie kolejna notka i kolejne propsy dla trenera Karola. Warto odnotować, że wikend zakończyłem /w przeciwieństwie do KMP 3 tygodnie wcześniej/ bilansem 0:3 z Fryderykiem "bo jesteś chamski" Pryjmą. wyniczki i traking

top3 KM21 z midelka, Marysia w przysłowiowym lekkim szoku
fot. L. Parfianowicz
Dobra, dobrnąłem do końca, zatem wzorem najdłuższej i w mojej nieskromnej opinii najlepszej noteczki w dziejach blogaska opublikowanej 4 lata temu - dozo na eMPe. I życzę każdemu borykającemu się z różnymi kłopotami grajkowi takiego powrotu do w miarę żwawego biegania po lesie, jaki wykonałem przez ostatnie 2 miesiące albo jaki wykonuje ekspresem do Warszawy Filip.

niedziela, 25 września 2016

Mistrzostwa Polski klasyk i sztafeta 2016 Otrocz i Batorz

Powiem tak: popełniłem ostatnio największy grzech blogera, czyli dopuściłem do powstania zaległości. Od ostatniej notki odbyłem 6 startów z mapą i 2 treningi interwałowe mazowieckiej elity - zatem przy piętrzącej się tematyce pisarskiej uzyskałbym niedługo niedopuszczalne opóźnienia i wzorem Dudusia pisał noteczki na tematy minione dobrych kilka tygodni temu. W ten piękny ostatni wrześniowy niedzielny wieczór mówię przysłowiowe nie.

Klasyk

W szóstym roku biegania w M21 po raz czwarty przyszło mi się zmierzyć z indywidualnym długim biegiem leśnym. Przygotowany byłem chyba lepiej niż w latach 2011-2013, kiedy to miałem do zwycięzcy okazję tracić po anegdotyczne 30 i więcej minut. Na kilka dni przed startem w polskiej orientacji rozdzwoniły się telefony, bowiem organizator (zapewne za namową pana kontrolera) uznał /jak się później okazało/ dwa "motylki" na trasie za cytuję "bieganie na pętlach" i chciał, aby kategoria M21 startowała co 2 minuty. Sprawa jest oczywiście trywialna z prawnego punktu widzenia, ale w tym miejscu chciałbym przedstawić swoje stanowisko w temacie kontroli zawodów. Otóż czy aby na pewno potrzebujemy jako malusieńka dyscyplina osoby do "kontroli", która oprócz z racji wielkości środowiska bycia często trenerem zainteresowanym wynikami własnych zawodników, jak pokazuje życie może wymyślić sobie łamanie jakiegokolwiek przepisu powołując się na swój decydujący głos, a jednocześnie aprobować mapy o takiej jakości oznaczenia roślinności w dobie dostępności danych NMPT? Moim zdaniem nie.
Ok, pobrandzlowałem się wystarczająco.
przebiegi moje, znaki zapytania nie moje
Wystartowałem z zamiarem zaliczenia równego, bezbłędnego i średnio szybkiego biegu. Po jego zakończeniu byłem przekonany o poprawności wykonania zadania aż do opublikowania przebiegów zwycięzcy. Jest dla mnie szokiem, jak w tym terenie można bylo aż tak sklejać krechę i zaliczać jedynie minimalne wahnięcia. Chyba po prostu trzeba być mocnym grajkiem z elity. (Chociaż narysowane przez Kowala wejście na pk31 - czyli przejazd góra-dół przez zły jar - wygląda na co najmniej pół minuty do tyłu. Co ciekawe, ten punkt po doświadczeniach z Pucharu Koziołka wydawał mi się najtrudniejszy na całej trasie, a nie sprawił żadnych problemów.) Kolejna ciekawostka, że w przeciwieństwie do każdego poprzedniego klasyka MP w M21 zwycięzcy nie dojeżdżali mnie jak furmankę na dwadzieścia kilka minut, a wręcz z racji dogodnej pozycji startowej nie dałem się wyprzedzić żadnemu grajkowi. Chociaż trenerowi Karolowi do dojechania na 12 minut zabrakło naprawdę mało i w tym miejscu propsy dla niego za bardzo wysokie miejsce w top7. Pod koniec trasy lekko oszczędzałem się już na podejściach mając w głowie nadchodzący bieg sztafetowy. Na uwagę i gratulacje zasługuje świetny druk i czytelność mapy w skali 1:15000. Podsumowując: średni bieg dokładnie na miarę moich możliwości i potrzeb, 13 miejsce, 27 minut straty do zwycięzcy, ale jedyne 23 do podium - to już nie 30. Za rok klasyg do poprawki!
wyniczki
a po lesie napieram tak
 fot. AZS UMCS Lublin
teren bajeczka, fot. AZS UMCS Lublin


Sztafeta
przebiegi moje
Tak samo jak w przypadku klasyka, zaliczyłem dwuletnią przerwę w startach na MP. W sztafecie OK!Sportu Warszawa w roku 2011 oprócz mnie i Kuby biegał nieznany jeszcze wtedy Piotr Łobodziński, w 2012 Grzesiek Wróblewski, a w 2013 Piotr Drągowski. W tym roku przyszła kolej na Darka Wójcika - całkiem wybieganego weterana liczącego sobie dokładnie tyle lat, co moja mama, czyli nie powiem :) Ale warto dodać, że suma rocznikowych lat naszej sztafety wynosiła 101. Czyli dokładnie o 1 mniej niż suma lat zwycięzców. Niestety ta zbieżność liczb w niczym nie pomogła. Przyznam się, że przed biegiem kalkulując układ listy startowej liczyłem na utrzymanie po swojej drugiej zmianie pozycji dającej Kubie na trzeciej możliwość zakręcenia się w okolicach medalu brązowego. Jednakże Darek nie dał rady przytrzymać głównego tramwaju, a w dodatku pod koniec dopadł go pech weterana - zaparowały okularki. No cóż, w M21 takie tłumaczenia nie wyglądają poważnie. W sumie żadne tłumaczenia nie wyglądają poważnie, bo po prostu trzeba biegać bardzo szybko klejąc krechę i w żadnym wypadku nie filozofować. Swojego biegu nie mogę zaliczyć do udanych - zupełna samotność, marne tempo i lekkie problemy na niemal każdym punkcie. Przy okazji trochę biegania po przycmentarnych śmieciach - jeśli miałbym wymieniać najmniej ulubione podłoża to szklane śmieci zajmują miejsce nr 1. Na końcówce objechał mnie jeszcze młody Zuchu z Orientusia i to by było na tyle. 34 czas w stawce 48 podejmujących wyzwanie sztafety M21, 13 minut straty do najlepszego czasu i 7 do większości sensownych. Dość powiedzieć, że gdybym zaliczył przyzwoity bieg, to udałoby się naszej sztafecie wejść do top6. Byłem "lekko" zły na swój występ i wielkie niespełnione nadzieje, więc zupełnie zaprzestałem śledzenia rywalizacji. Ominęły mnie zatem co najmniej dwa bardzo ciekawe wydarzenia:
Jean Baran objeżdżający wielkiego Rina 
wrocławski Śląsk świętujący cyderkiem w K18
Nadeszła więc pora na tradycyjne zdanie posztafetowe: może za rok? wyniczki

W tak zwanym międzyczasie jeszcze przed MP po północnej stronie wesołskiej (wesołowskiej?) linii średniego napięcia odbył się interwałowy trening z dość liczną obsadą. Wygrał go Mistrz Świata Juniorów z 2011 i 2013 roku, a całość wyglądała mniej więcej tak:


Z tradycyjnej mapki na koniec postanowiłem niniejszym zrezygnować, bo jak ktoś jara się tematem to już dawno przegląda codziennie bazę na zielonymsporcie (w uzupełnianiu której coś tam działam), a jak nie to nie.

poniedziałek, 12 września 2016

Początek września

Powiem tak: oglądam ostatnio od początku (po raz kolejny) mój ulubiony serial - Californication. Jego tematyką są przygody pisarza i gdy pod dość mocnym wpływem czterech pierwszych sezonów rozpoczynałem blogaskową karierę pięć i pół roku temu, to w marzeniach po kilku latach internetowego pisarstwa widziałem siebie przy zachowaniu odpowiednich proporcji gdzieś w miejscu Hanka Mudiego. A już to, że nowe znajome będą mówiły coś typu "I love your writing" brałem niemal za pewnik. No cóż, to nie jest jedyna rzecz, jakiej nie osiągnąłem w życiu... /chociaż może jakbym wypisywał okrągłe marketingowe zdania w stylu nie powiem kogo i wrzucał chwytające za serce foteczki nie swojego autorstwa w stylu "dictator of goooood taste", to by coś z tego było?/
PS mój ulubiony bohater to oczywiście /biedaczek/ Lew Ashby

W każdym razie po zdecydowanie nieudanych KMP w kolejny wikend przyszła pora na organizowanie własnych zawodów. Mi przypadła rola budowniczego tras i stawiacza punktów /i nawet trochę stawiacza trasy dla KM10NR/. Na WOM klasyk rozegrany na mapie Anielin przybyło około 150 osób żądnych mazowieckiego biegania z mapą w najbardziej klasycznym wydaniu. Czyli innymi słowy frekwencja trochę nie dopisała, ale podobno niektórzy pojechali trenować razem z kontrolerem zawodów do przyszłowikendowych eMPeków. Kontroler i trener żywotnie zainteresowany wynikami swoich podopiecznych to z pozoru dwie wykluczające się funkcje, ale jak widać nie dla UNTSiaków. W temacie poprzedniego zarządu PZOS to mam nawet obrazek z humorem najwyższych lotów.
Zawody OK.,;'!Sportu w głównej kategorii wygrał trener Karol, który pokonał nawet samego mistrza Polski na dystansie średnim z roku 2012. Wygląd Jaca po pokonaniu owych 12,4km w 71 minut wynagrodził mi wszystkie trudy związane z budowaniem tras, ale niestety nie pomyślałem o uwiecznieniu go na foteczce. Chyba wszyscy uczestnicy wyjechali z Otwocka z uśmiechem na ustach, większość wyjechała z nagrodami (19 kategorii, czyli niemal 57 dyplomów dla mniej niż 100 osób biegających na trasach niefaworkowanych to moim zdaniem ciut przydużo /tak o 8-9 kategorii/, ale akurat w tej kwestii nie miałem nic do gadania), zastrzeżeń do najważniejszych kwestii (mapa+trasy) nie odnotowano /póki co, może jeszcze ktoś mailika wystosuje/. Dmuchanej zjeżdżalni oraz pokazu starych samochodów niestety zabrakło, więc konkursu na najlepsze zawody w roku WOM klasykiem nie wygramy. Ale już za 5 tygodni MM średni w niemal tym samym terenie.
- czy można trasę M21?
- bardzo proszę
właściwy człowiek na właściwym miejscu
fot. A. Piłkowska
W międzyczasie (środowy poranek) odbył się kolejny z serii mazowieckich treningów interwałowych z mapką. Początek roku szkolnego niestety usunął z listy startowej nauczycieli WF-u. Bieganie jak zawsze dość żwawe, tym razem pierwszy raz na drewnianych słupkach postawionych przez tim 360 stopni /ewentualnie team 2 Pi/ w warszawskiej dzielnicy Wesoła. Super opcja na fajny trening - brązowy palik widać zazwyczaj dopiero będąc na punkcie, nic nie świeci z daleka. Po raz kolejny treningu owego nie udało mi się wygrać, ale tym razem (w przeciwieństwie do poprzednich) jeden interwał padł moim łupem. Następne OL-intervaler już w środę (a kolejne w następne aż nie skończą się pomysły mapkowe) - zgłoszenia na maila do Jaca Mora!
traking provided by trackcourse
fot. M. Gajda
Dzień po WOM klasyku sekcja OK.!Sportu stawiająca bieganie z mapą w unikalnym terenie ponad płaskie kolczaste krzaki albo obieganie obsranych przez psy bloków wybrała się na trening pre-MP do słynnej Parchatki. Postawiłem sobie za cel trzymanie dość żwawego tempa i w drodze /długiej w dół/ jarem na 11pk okazało się, że zamiast przebiec całą trasę w 90kilka minut zakończę przygodę po niecałej godzinie na punkcie nr 12. Mocny tydzień treningowy odda już niedługo. /oby/ Co ciekawe, przewyższenia na tych w linii prostej 5,5km wyszło około 300m - czyli niemal wprost proporcjonalnie do 510 na 10,2 dwa tygodnie temu w Otroczu oraz zapewne 600 na zapewne 13km w przyszłą sobotę. Czekam(y wszyscy) na komunikat techniczny i wylosowane minutki! Przebiegi tym razem jawne, bo i co komu po wiedzy jak biegać w niby takim samym terenie, ale z jednak mniejszymi jarami. /a na serio to boję się losu mocnego grajka maratończyka nieujawniającego swoich treningów, a potem schodzącego z trasy/ :D (hahaha, pośmialiśmy się)
Tradycyjna ładna mapka na zakończenie niniejszym wrzucona, ale może jeszcze jej wersja numero uno?
http://zielonysport.pl/mapy/1986-22-216-LU.jpg

wtorek, 6 września 2016

Klubowe Mistrzostwa Polski Jakuszyce 2016 relacyjka

Powiem tak: może na dobry początek mapka z klasyga i kilka słów na temat tego biegu od Janka Petrżeli. Jak widać będąc tzw. mocnym grajkiem z elity można do opisywania swoich przygód oprócz okrągłych ogólników używać ciut ciekawszych słów. 

Skandinávie hodinu od domu? Lyžařské tratě v Jakuszycích znám velmi dobře a je to moje nejoblíbenější místo na běžky, orienťák jsem tam ale běžel poprvé. A stálo to za to! První pasáž byla famozní - otevřené bažiny, spousta kamenů a borůvčí po kolena. Po podběhnutí železnice už zbylo jenom to borůvčí, zato bylo občas po pás. Takže těžká fyzická prasárna.
przebiegi moje
Do Jakuszyc jechałem pewny siebie i z ambicją powalczenia o top10 na klasygu oraz przybiegnięcia w pierwszym tramwaju na sztafetkach. W piątek uznawałem to wręcz za plan minimum. Wydawało mi się, że, mimo bycia wrakiem zawodnika pod koniec lipca, dzięki dużej ilości sierpniowego biegania na mazowieckich mapkach popartego mocno szkoleniowymi biegami w Malej Skale i Otroczu doszedłem z formą do jako takiego poziomu. Jak się okazało, cytując klasyka, "niestety wyszedł brak przygotowania w tym terenie." (w którym cała czołówka sobotniego biegu klepała dość dużo ostatnimi czasy, a raczej jest on unikatem na skalę polską i gdzie tam jakiemuś mazowieckiemu laskowi z nawierzchnią niemal tartanową do kamieni, między które nieogarniętemu grajkowi nogi wpadają co chwilę) 
Teren scharakteryzował już po czesku Janek, jednak nie zaszkodzi napisać po polsku. Jagodziny po jajca (albo po pas), pod nogami bez przerwy niewidoczne spod jagodzin kamienie i dość mokre bagna. Samo poruszanie się w dobrym kierunku przez zielone stanowi tutaj wyzwanie. Dla mnie próba czytania mapy w "biegu" kończyła się niemal zawsze wywrotką na ryj w jagodziny. Na dobrą sprawę po skończeniu trasy nie byłem zmęczony w sposób biegowy tylko nazwijmy to ogólnorozwojowy. Dzięki sporym błędom nie udało mi się nawet połamać 10:00/km, podczas gdy czołówka zakręciła się wokół 7:00/km. Startowałem dość wcześnie, po olbrzymim błędzie na 17pk i mało optymalnym wariancie na 20pk podbijając go zobaczyłem goniącego mnie na 20 minut ("na pewno coś mu się pojebało, ja biegnę całkiem dobrze, może parę minut błędu przed chwilą, ale nie 20") Michała Kalatę i to by było tyle jeśli chodzi o niesamodzielne pokonywanie trasy. Wielu innych grajków z M21 może w tym temacie powiedzieć dużo więcej, ale mając 120 sekund interwału i żadnej metody rozdzielenia (aż się prosiło o dead running) ciężko oczekiwać innych efektów. Skala 1:15000 też specjalnie nie pomagała i chociaż niby jest nakazana przepisami, to nie widzę większego sensu dawania pomniejszonej 1:10000 celem "trzymania się przepisów" - bo potem użytkownicy takiej mapki muszą "trzymać się lupy", żeby cokolwiek wyczytać podczas poruszania się.
Podsumowując mój występ: na 1pk lądowanie w bagnie i błyskotliwy odwrót, na 8, 14 i 17pk spore błędy, na 20 i 22pk marne warianty. Natomiast na 15pk ok wariancik doskonale wykonany i jedyne 2 minutki straty. Przepaść. Samotny bieg w pięknych okolicznościach przyrody, bez możliwości zaobserwowania (jak np. pisarz blogaska Popatrz Pozytywnie) mocnych grajków w akcji. Nie ma co ukrywać, przy wychodzącym braku przygotowania w tym terenie bieganie na czyjeś plecy pomaga full. Oczywiście mając możliwość, robiłbym tak samo, niestety trafiłem niekorzystne losowanie.
im dłuższy pasek - tym dłużej wg winsplits pro ktoś jechał na plecach; skrin dzięki uprzejmości B. Pawlaka
Może teraz pora przypomnieć moje zeszłoroczne słowa na temat jakuszyckich MP w klasyku. "Nie chciałem biegać MP w klasyku, bo i nie chciałem po raz czwarty w życiu tracić pół godziny do podium i zajmować wysokiego miejsca w top30. W tym roku jak się okazało, pół godziny straty dawało niewybale wysokie miejsce nr 8." 
Czyli odnosząc się do nich i mojego występu z zeszłej soboty - kolejny klasyk, kolejny raz w pizdę i kolejne bardzo wysokie miejsce w top30. (Chyba w top model, hahaha, ale się pośmialiśmy.) Warto odnotować, że straciłem do zwycięzcy 39 minut, czyli dokładnie tyle, ile rok temu stracił grajek w top10. Coż poradzić, biednemu zawsze wiatr w oczy i wychodzi brak przygotowania w tym terenie...

Następnego dnia grana była sztafeta klubowa, w której po ośmioletniej przerwie mogłem wystartować w barwach OK!Sport Warszawa. Nie chce mi się niestety linkować do poszczególnych wyników, ale z grubsza było to tak:
2007 Puławy - jakaś zmiana dla M18 w II sztafecie OKS Otwock
2008 Przesieka - zmiana dla M18, ale już w I sztafecie OKS Otwock
2009 Gdynia - OKS Otwock nie jest w stanie skompletować składu, biegam pk w Gwardii Warszawa i walę przy okazji nkla ;)
2010 Białka - OKS Otwock nie jest w stanie skompletować składu, obserwuję rywalizację z "low percentage liquid" w dłoni
2011 nawet nie wiem gdzie okolice Złocieńca - OK! Sport Warszawa nie jest w stanie skompletować składu, trenujemy w czasie KMP w Żelazku
2012 Trzetrzewina - OK!Sport Warszawa nie jest w stanie skompletować składu, obserwuję rywalizację
2013 Oborniki Śląskie - OK!Sport Warszawa nie jest w stanie skompletować składu, obserwuję rywalizację (motyw łysego obserwatora w tle)
2014 Helusz - pierwsza zmiana w II sztafecie łódzkiego Orientusia, bieg na miarę możliwości i potrzeb; I sztafeta wali nkla na bodajże piątej zmianie
2015 Domasławice - pierwsza zmiana w jedynej sztafecie warszawskiego Kusego, marna forma i marny bieg
2016 Jakuszyce - pierwsza zmiana w I sztafecie OK!Sport Warszawa
fot. L. Parfianowicz

Nie czułem specjalnego zmęczenia poprzednim dniem, bardziej wkurwienie i żądzę pokazania w końcu jakiegoś stylu - żeby od postronnych obserwatorów słyszeć po biegu coś innego niż "noo ale sobie na Bobo Jebanado powrzucasz skrinów". Na 1pk pewny objazd drogą, trochę za wczesne wejście 50m za liderami, uśmiech przy spotkaniu Oleja, zdziwienie, że to jeszcze nie moja polanka i jazda dalej. Tzn. wszyscy dookoła jazda a ja zawieszenie na iglakach albo wyjebka na ryj przy czytaniu mapy. Brak przygotowania w tym terenie wychodził straszliwie. Na 2pk widziałem dobrze grupę odbiegającą od rozbicia B, jednak nie byłem w stanie dobrze wejść na swoją ściankę w zielonym i odjechali. Jak się okazało na zawsze, ale póki co starałem się nadgonić. Po którejś z rzędu wyjebce w drodze na 4pk /a wystarczyło objechać od lewej i może zobaczyłbym plecki tramwaju/ zacząłem bardzo głośno wyrażać swoją dezaprobatę, bo i doganiać zaczęli mnie teoretycznie dużo słabsi grajkowie (weterani). Na 6pk /chyba najtrudniejszy patrząc po trakingu/ sprawdzona dzień wcześniej taktyka - zatrzymanie mniej więcej w momencie wbiegu w kółko punktowe i wyłapanie mchu na kamieniu sokolim okiem. Chociaż na ch** (tak, tak, nowy styl na blogasku - brak twardych wulgaryzmów) komu takie umiejętności, jak nie radzi sobie z przebieraniem nogami. Na krótkich przebiegach 8-11pk pożegnałem się już ostatecznie z myślą o spotkaniu pierwszego tramwaju, po czym chciałem przyspieszyć w dół i na chwilę zgubiłem się w drodze na 12pk, co zaowocowało mało optymalnym wariantem. W skrócie: poziom techniczny gorszy niż w K14. Do końca już bez problemu i nawet żwawo, ale jeszcze na punkcie widokowym meldowałem się razem ze wspomnianymi wcześniej weteranami. Finalnie 12 minut straty do lidera, 9 do tramwaju, w którym planowałem być i bardzo wysokie miejsce w top13. Chwilę po przybiegnięciu widziałem natomiast jak ktoś bez żenady na mapie z poprzedniego dnia pokazuje swoją trasę kolejnym zmianom. Cóż poradzić, gdyby zabierano mapy w sobotę, to na pewno komuś udałoby się pstryknąć foteczkę i tyle z tajemnicy.

Teraz może na chwilę oddajmy głos Michałowi Olejnikowi:
Zajęliśmy dziś 14 miejsce. Dobre, chociaż były szanse nawet na 7. 
Mój bieg był średni, do drugiego km byłem w pierwszej grupie, ale później popełniłem błąd. Poczułem ból biegania w tym lesie, chociaż w łatwiejszej części czułem się świetnie, dzięki czemu odrobiłem na końcówce.
Niestety wyszedł brak przygotowania w tym terenie.

No cóż, o swoim niedzielnym występie mógłbym napisać dokładnie to samo, tylko niestety nikt by nie lajkował.
fot. UNTS Warszawa
Po mojej dość marnej zmianie na kolejnych klub w miarę możliwości (K16 niekoniecznie ma szanse w starciu z KADROWICZAMI z M20 - notabene niewybale ciekawe jest, że kadrowicze słabe dni mają bardzo często na finałach dużych mistrzostw, ale na dużych polskich zawodach nigdy - może to zadanie dla jakiegoś kształconego na wyższych uczelniach "psychologa"?) zaczął piąć się w górę i były szanse nawet na top8, niestety na ostatniej zmianie wpadł nkl. Jakiż to skok technologiczny i dobre działanie trakingu, że wiedzieliśmy o tym dosłownie 2 minuty po podbiciu złego punktu przez Kaśkę. Nykiel jak to nykiel - czasami się trafia, ale w OK!Sporcie Warszawa trafia się zdecydowanie zbyt często i to nawet mimo powtarzania przez całe sobotnie popołudnie "to są sztafety, więc sprawdzamy kody!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!" Może warto tutaj zastosować porównanie lekkoatletyczne: otóż mamy sztafetę 4x100m, która notorycznie upuszcza pałeczkę albo wbiega na nie swój tor. W końcu po kilku latach udało się nie popełnić błędu formalnego - i wygrali! Po czym w następnym biegu na trzeciej zmianie typek sobie skacze przez rów z wodą.
a przez pewien czas byliśmy nawet równo z södertäljsko-nykvarnskim Orienterem
fot. UNTS Warszawa
już nie taki łysy obserwator w tle, japonki wskazane na podłożu z ostrymi kamieniami
fot. M. Mądra

Jeszcze przed dobiegnięciem masowego startu ostatniej zmiany zawinąłem się z ekipą z samochodu na przepyszne żarełko do Biathlonu i fruu w 5 godzin z Jakuszyc do domu trenować do MP w Batorzu! Nikt na mnie na zakończeniu nie czekał, więc i nic tam po mnie! Chociaż jakbym miał okazję wyjść na podium - to na pewno na bosaka, bo i nadal szukam sponsora od butów! Mogę nawet w ramach współpracy robić tutoriale, jak je poprawnie wyjmować z pudełka albo wkładać na stopy i wiązać sznurówki! 
Bilans KMP jest prosty - 0:2 z Chaburą, 0:2 z Garbacikiem, 0:1 z Heweltem i 0:1 z Galiczem. Może jednak lepiej było wzorem Alka Bernaciaka odpuścić i mieć ze wszystkimi (w tym nawet z mistrzem Lundanesem) bezbramkowe remisy? (a jeszcze przy okazji zagrać na 0:0 u buka i zgarnąć grube szmale) Pozostaje radość z dobrej mapki w cudownym terenie i "dobrego treningu siły biegowej".

Na zakończenie tradycyjny ponaddwudziestoletni wyrób kartograficzny i poddaję czytelnikom pod refleksję co poszło nie tak, że w ostatnich latach zamiast w dobrych terenach z przewyższeniem na różnych dużych zawodach cioraliśmy się po jakichś jebanych kolczastych płaskich krzakach.
http://zielonysport.pl/mapy/1989-18-317-JG.jpg